środa, 30 listopada 2016

Fragment powieści Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu Joanny Jax



Julian nie był przyzwyczajony do długiego marszu, nawet w wojsku poruszał się głównie konno, a buty, które dostał od felczera, były ciasne i niewygodne. Od czasu do czasu zatrzymywał furmanki, trafiały się nawet ciężarówki i podróż wydawała się znośna. Przywykł już nieco do polowych warunków, dlatego noc w stodole nie była dla niego niczym dramatycznym. Gdy skończyło mu się jedzenie, kupował od chłopów chleb, kiełbasę, a czasami nawet dostał miskę ciepłej zupy. Te posiłki, chociaż proste i mało wykwintne, były o niebo lepsze od żołnierskiego wiktu.
Do Zakopanego dotarł na trzeci dzień i swoje pierwsze kroki skierował do willi Pod Giewontem, gdzie zawsze zatrzymywali się z ojcem, gdy przybywali w góry, poszusować na nartach.
– Wszelki duch pana Boga chwali, wyście som syn Antoniego. – Gaździna złożyła dłonie jak do modlitwy. – Włyź że do chałpy, dychniesz trochę.
– Dzień dobry, pani Halembowa. – Julian wszedł do środka i uściskał starszą kobietę.
Jej willa, skromna, ale okazała, świeciła pustkami. Nie był to sezon ani na narty, ani na piesze wędrówki, poza tym wojna nie sprzyjała urlopom, chyba że oficerom SS.
– Stary chybnął się kasik, ale jak flasecke zwącha, to psyjdzie. A ja grule zrobie, dyć Julian głodny, a juści.
– Pani Halembowa, Niemcy już tu są?
– A dyć som. Skoda godać. Wojna, zebyk ich… – Halembowa wygrażała pięścią. – A i te Słowaki tyż pieklarze jedne.
– Pani Halembowa, sprawę mam, ale taką delikatną i dyskretną… – zaczął nieśmiało.
– A dyć godaj, ukwalujemy co, a co ja, bajcorka jaka? – obruszyła się Halembowa.
– Muszę za granicę się dostać, na Węgry. Jak by to powiedzieć, górami, no wie, Halembowa, nie tak normalnie… – wyjąkał Julian.
– No głuptok z Juliana! Goda kaj zamraćkany. Toć ja wim, przewodnika ci trza. Abo ty jeden ceper, co na raty kce na Węgry. Tera na skijach nijak, iść trza. – Hambelowa poczuła się urażona, że Julian rozmawia z nią jak z głupią babą.
– Wiem, pani Halembowa. Ale młody, zdrowy jestem, dam radę – przepraszająco powiedział Chełmicki.
Staruszka zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
– Trza ci nowe gacie dać, z parzenicami. Serdok, kłabuk. Wsyndy Miemcy, trza iść gościńcem, kie się zaćmi – niemal rozkazującym tonem powiedziała kobieta.
Potem wyszła z kuchni, gdzie siedzieli i jedli, by wrócić z naręczem ubrań. Chełmicki przebrał się i dokonał prezentacji.
– Piknie, tyko nie godaj za wiela, bo zrazu cię Miemcy capną.
Gdy nastał zmierzch, piechotą udali się na skraj miasta, do jednej z chat. Niewiele różniła się od innych, była okazała i zapraszała turystów na noclegi. Halembowa porozmawiała chwilę ze starszym mężczyzną siedzącym na ławce przed domem i ten po kilku minutach dał znać Julianowi, żeby wszedł do środka.
Wewnątrz kilku młodych mężczyzn siedziało przy stole i grało w karty. Jeden z nich wstał od stołu, podszedł do Juliana i uścisnął mu dłoń.
– Z wiecora wyrusamy – powiedział krótko.
O zmierzchu wyruszyli w kierunku Doliny Chochołowskiej i zatrzymali się w niewielkiej chatynce jednego z górali. Nie był to dom mieszkalny, ale coś w rodzaju szopy, gdzie można odpocząć, zgromadzić zapasy jedzenia czy zostawić grabie lub łopaty. Stały tam dwie prycze przykryte owczymi skórami. Janek zapalił małą oliwną lampkę i zapytał:
– Skądsik uciekł?
– Spod Warszawy. Wycofywaliśmy się z północy, żeby wesprzeć oddziały broniące stolicy. Dziabnął mnie jeden w ramię i tak leżałem, póki mnie leśnicy do miejscowego felczera nie zanieśli. Jak się ocknąłem, to Polski już nie było. Nie miałem zamiaru się poddać i postanowiłem wyjechać za granicę. A ty żołnierz, baca? – rzucił pytanie Julian, trochę z ciekawości, trochę z obawy, że jego kurier, chociaż patriota, może być zbytnim amatorem na taką wyprawę. 
– Po gimnazjum poszedłem na jednoroczny kurs podchorążych do Cieszyna, a potem odbyłem praktykę w I Pułku Strzelców Podhalańskich. I tak zostałem pogranicznikiem. Wysłano mnie na służbę niedaleko Komańczy. I tam dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna. Niemcy ze Słowakami zaatakowali Przełęcz Dukielską i szli na Lwów…
– Ciebie chociaż zrozumieć można, bo jak Halembowa zocyna godać, to nijak nie wiem, co mówi. – Julian uśmiechnął się i jednocześnie odetchnął z ulgą, że nie ma do czynienia z amatorem.
– A to w Cieszynie byłem, a to nawet dwa lata w Krakowie na uniwersytecie, to i normalnie godać zacąłem, bo się wszyscy ze mnie śmiali. Każdy myśli, że jak ktoś z Podhala, to już należy mieć tłumacza ze sobą.
– I jak się uchowałeś? Przecież wszyscy żołnierze mieli złożyć broń i do niewoli iść? – zdziwił się Julian.
– Chciałem walczyć, nie podobało mi się to, co się dzieje, więc pojechałem do naszych, do Rawy Ruskiej. W Uhercach zawinąłem karabin maszynowy i waliłem w niemieckie samoloty, aż wizg szedł. Ale zaraz i tam zrobiło się gorąco. Z resztą niedobitków dotarliśmy do Tarnopola, bo tam jeszcze była jakaś nadzieja. Liczyliśmy na pomoc Sowietów, ale niebawem okazało się, że to zdrajcy, psubraty. Stoimy my sobie, a tu nam jeden z miejscowych ulotkę przynosi. A w niej Ruskie piszą do Ukraińców, że się z Timoszenką dogadali i żeby Ukraińcy nas, Polaków, mordowali. W pierwszej kolejności z wojskowymi, nauczycielami i duchownymi mieli się rozprawić. Po kilku godzinach wjechały ruskie czołgi i wojsko, i zaczęli nas rozbrajać. Musieliśmy klęczeć na szosie, jak pątnicy przed kapliczką Matki Boskiej, a oni nas łagrami straszyli. Uciekłem… Co było robić? – westchnął Janek.
– Wszyscy przeciw nam. Ale przecież my nikomu Polski nie oddamy. Nie wierzę, że to tak się skończy, i albo do Rosji nas dołączą, albo do Rzeszy – niemal płacząc, powiedział Chełmicki, trochę wstydząc się swojej słabości.
– Ja też płakałem, jak siedziałem na takim wysokim drzewie i patrzyłem, jak naszych prowadzą i do ciężarówek wsadzają. Zanim do Zakopanego wróciłem, jeszcze trzy razy śmierci spod kosy uciekałem. Dotarłem do domu i znalazłem starych kumpli. I tak się zebraliśmy i przerzucamy na Węgry tych, co ocaleli. Słowaki to też psubraty, ale trafiają się i porządni. Toż my tyle lat sąsiadami byli, na halach razem gorzałkę piliśmy, to jak tak teraz mielibyśmy strzelać do siebie albo donosić jeden na drugiego – dokończył ze smutkiem Janek.
Obaj popadli w zamyślenie. Sytuacja była wyjątkowo dramatyczna. Wszyscy dookoła to byli wrodzy, Ukraińcy i wielu Słowaków, a przede wszystkim dwa silne mocarstwa. Jednak dwaj młodzi mężczyźni wciąż wierzyli, w jakimś dzikim uporze, że to jeszcze nie koniec. Wbrew logice, wbrew wszystkiemu.
Przewodnik odczekał, aż nastanie późny wieczór i zrobiwszy krótki rekonesans po okolicy, nakazał wymarsz. Szli wzdłuż Czarnego Dunajca, by kawałek dalej po kładce przejść na drugi brzeg. Podążali marszowym krokiem, niemal bez wytchnienia, by jak najszybciej przekroczyć pas graniczny. Jedynie gdy słyszeli jakieś podejrzane dźwięki, zatrzymywali się, kryjąc się za wyłomami skalnymi i czekając na rozwój sytuacji. Pogranicznicy jednak poruszali się utartymi szlakami i rzadko z nich schodzili, nie czując ani zagrożenia, ani też przesadnie nie zajmowali się tropieniem ewentualnych uciekinierów. Był początek wojny, nikt nie wiedział, jak będzie, a rozkazy przychodziły codziennie inne. Jedne mówiły o wzmożonej czujności, pozostałe o zachowaniu spokoju i wykonywaniu rutynowych patroli.
Kiedy znaleźli się po drugiej stronie, kilka kilometrów od granicy, Julian odwrócił się jeszcze i popatrzył na ciemne kontury Tatr, które w świetle księżyca wydawały się złowrogie. Jego góry, gdzie każdego roku spędzał kilka tygodni u dobrotliwej Halembowej. Patrzył z jej domu na Giewont, przechadzał się po Krupówkach i szusował na stokach. Poczuł złość, że to miejsce jest teraz pełne hałaśliwych, nadętych Niemców, którzy nawet nie są w stanie docenić soczystości języka górali, ich obyczajów i tego, że Zakopane jest symbolem Polski w tej części kraju.
W jednej z wiosek spotkali znajomego Słowaka, który za odpowiednie wynagrodzenie zabrał ich zdezelowaną półciężarówką w dalszą podróż, do Różniawy, miejscowości oddalonej kilkanaście kilometrów od Koszyc. Tam Julian pożegnał Janka i wsiadł do pociągu zmierzającego w kierunku Budapesztu. Chełmicki nie wiedział, co zrobi, gdy tam dotrze, ale Janek powiedział mu, że rząd Telekiego jest Polakom przychylny i będzie się tam czuł bezpiecznie. Gdy żegnali się na dworcu, Julian spontanicznie krzyknął do Janka:
– Pamiętaj o wiadomościach do mojej rodziny!
– Na pewno dotrą, gdzie trzeba. Mam znajomych ceprów, to załatwią sprawę – odpowiedział gromko Janek.
– Do zobaczenia w wolnej Polsce!
– Jeszcze Polska nie zginęła! – Młody otarł łzy.

Kolejny fragment powieści przeczytacie już jutro na blogu Książki w eterze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku, będzie nam bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.