Porozmawiajmy o pierwszej miłości - Praca zbiorowa

Porozmawiajmy o pierwszej miłości - Praca zbiorowa

„Pierwsza miłość.
To coś więcej niż uczucie.
To siła.
To coś, co siedzi głęboko w nas.
Czasami zainteresowanie jest jednostronne, dusząco nieodwzajemnione. Zauroczenie, które nie przeradza się w nic więcej. Ale gdy nadchodzi dzień, w którym zainteresowanie jest obustronne, wyczekiwane i odwzajemnione, wtedy dzieje się magia.
Pierwsza.
Miłość.”
Kim Holden

Nowe, niesamowite doznanie, ukradkiem skradzione spojrzenia, pierwsze pocałunki i motyle w brzuchu… Pierwsza miłość może czegoś nauczyć, ale też zgubić.
Słodka, gorzka, ekscytująca, a może też rozrywająca serce?
Czy pierwszej miłości się nie zapomina?

Autorki znane z list bestsellerów, opowiadają o pierwszej miłości i związanych z nią emocjach. Zapraszamy, porozmawiajmy o pierwszej miłości!”

„Porozmawiajmy o pierwszej miłości” to książka, w której znajdziecie zbiór pięknych, zabawnych i wzruszających opowiadań o pierwszej miłości. Każde opowiadanie jest inne i wyjątkowe i naprawdę na siłę nie będę wybierać tego jednego, które mogłoby być najlepsze, bo wszystkie mnie urzekły i mi się podobały. Autorki w swoich opowiadaniach ukazały różne oblicza tej najważniejszej miłości, czyli pierwszej miłości, która zostaje w sercu i o której się nie zapomina. 

Nie będę pisać, o czym są opowiadania, bo cokolwiek bym napisała, to i tak zbyt dużo bym zdradziła. Zapewniam Was, że jest to książka lekka, niewymagająca, ale warta uwagi. Autorki naprawdę postarały się i napisały opowiadania pokazujące wiele twarzy pierwszej miłości. Historie są krótkie, treściwe i napisane bardzo przystępnym językiem, więc wszystko czyta się na jednym wdechu. Poza tym wstęp do książki napisała cudowna Kim Holden, a to samo w sobie jest dużą rekomendacją. Słowa Kim na pewno trafią do Waszych serc i długo będziecie o nich myśleć. 

„Porozmawiajmy o pierwszej miłości” to książka, którą tylko i wyłącznie mogę Wam polecić. To idealna lektura na wakacje, przy której może i Wy znajdziecie swoją pierwszą miłość.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia.
Toxyczne dziewczyny - Rory Power - Zapowiedź patronacka

Toxyczne dziewczyny - Rory Power - Zapowiedź patronacka

Feministyczna wersja "Władcy Much" opowiadająca o trzech najlepszych przyjaciółkach, które mieszkają w szkole z internatem dla dziewcząt, mieszczącej się na wyspie objętej kwarantanną. Po tym, jak jedna z nich nagle znika bez śladu, reszta dziewczyn musi przebyć trudną drogę, by odkryć prawdę o swoim więzieniu. Ten najnowszy debiut to porywająca powieść, niepodobna do niczego, co już znasz.

Minęło osiemnaście miesięcy, odkąd na szkołę dla dziewcząt Raxter nałożono kwarantannę, od kiedy Tox pogrążył wyspę i wywrócił życie Hetty do góry nogami.

Zaczęło się powoli. Z początku zaczęli umierać nauczyciele. Potem Tox przeniósł się na uczennice, wykręcając i zmieniając ich ciała. Teraz, odcięte od reszty świata i pozostawione same sobie na wyspie, dziewczyny nie wychodzą poza ogrodzenie szkoły. Tox zmienił lasy w dzikie i niebezpieczne, a dziewczyny czekają na lekarstwo, które obiecano im dostarczyć. Tox przenika do wszystkiego.

Kiedy Byatt znika, Hetty robi wszystko, by ją odnaleźć, nawet jeśli oznacza to złamanie kwarantanny i walkę z potwornościami czającymi się za ogrodzeniem. Gdy się tego podejmuje, odkrywa, że w historii Raxter kryje się znacznie więcej, niż mogłaby kiedykolwiek przypuszczać.
Anioł z Auschwitz - Eoin Dempsey - Fragment powieści

Anioł z Auschwitz - Eoin Dempsey - Fragment powieści

Rozdział 1

Auschwitz-Birkenau, wrzesień 1943 roku

Samochód zatrzymał się przed szeregiem trzydziestu magazynów, rozmieszczonych w trzech rzędach po dziesięć. Każdy miał około dwunastu metrów szerokości i sześćdziesięciu długości. Kierowca otworzył drzwi rapportführerowi Friedrichowi, Christopher wysiadł za nim.
– Będzie pan pracował głównie tutaj – rzekł Friedrich. Wyjął spod pachy rejestr, uniósł pierwszą kartkę i spojrzał na kolejną. – Widzę, że powierzyli panu to stanowisko dzięki doświadczeniu w księgowości.
Christopher przytaknął i spojrzał na magazyny, które otaczało wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego.
– Cieszę się, że dostaliśmy jakąś fachową pomoc. Przed wojną byłem prawnikiem we Frankfurcie. Tu jest napisane, że jest pan Niemcem, ale trafił pan do nas z terenów okupowanych.
– Tak, mieszkałem na Jersey, zanim wyspa została wyzwolona.
– Błogosławiony dzień, nie wątpię. – Friedrich zamknął rejestr i podał go kierowcy. – Jestem pewien, że jako oficer SS doskonale zdaje pan sobie sprawę, jak ważną pracę tu wykonujemy.
– Oczywiście, herr rapportführer.
– Bardzo dziwny akcent – zauważył Friedrich.
Był ciepły, wrześniowy dzień. Christopher poczuł, jak po plecach spływa mu strużka potu. Jego nowy mundur boleśnie opinał go w ramionach. Gdzieś w oddali grała orkiestra. Docierały do niego niesione przez wiatr tony Kanonu D-dur Pachelbela.
– W Europie żyje za dużo plemion, jest za dużo różnic, za duże szanse na konflikt, wojnę. Wystarczy spojrzeć na historię, żeby zobaczyć, do czego to prowadzi. Interesuje się pan historią? Na pewno. Zapewne dlatego poprosił pan o przydział właśnie tutaj, żeby trafić do samego centrum tworzenia historii. Mam identyczne odczucia. Wiele nas łączy.
– Tak, herr Friedrich.
– A Żydzi od zarania byli najgorszym z tych wszystkich plemion. Ta wojna to ich wina. Placówki takie jak ta mają zapobiec kolejnym wojnom. Rozumie to pan, prawda herr Seeler?
– Tak, herr rapportführer, oczywiście. – Około stu dwudziestu metrów dalej stał duży, betonowy budynek. Jego masywny komin wznosił się kilkanaście metrów w górę i wypluwał gęsty, czarny dym.
– Chodzi mi o to, że musimy być twardzi jak granit – odezwał się ponownie Friedrich. – Powtarzam to wszystkim nowym oficerom. Nasza praca jest zbyt ważna, nie możemy kalać jej współczuciem czy litością dla więźniów. – Splunął. – Żadne przejawy słabości, zwłaszcza względem więźniów, nie będą tu tolerowane. Potrzebuję wyłącznie zahartowanych, w pełni oddanych esesmanów. Rozumie mnie pan, herr obersturmführer?
– Oczywiście, herr rapportführer, doskonale rozumiem.
– Żydzi, jak wszystkie pasożyty, świetnie się przystosowują. Potrafią odczytywać nasze emocje, grać na naszych lękach. Dlatego do tej pracy nadają się tylko silni mężczyźni, którzy nie są podatni na ich podłe sztuczki, wymierzone we wszystko, co jest dobre na tym świecie. Musi pan wiedzieć, że każdy wydany tu rozkaz służy dobru Rzeszy, dlatego nigdy nie może pan kwestionować otrzymanych poleceń.
– Nie mogę się doczekać nowych obowiązków, herr rapportführer.
– Dobrze, bardzo dobrze, takiej odpowiedzi oczekiwałem. Czeka pana wyjątkowo ważne zadanie. Wraz z rozwojem naszej tutejszej aktywności rośnie zapotrzebowanie na oddanych funkcjonariuszy, którzy trzymaliby pieczę nad redystrybucją funduszy z powrotem do Rzeszy.
Szli wzdłuż szeregu magazynów. Drzwi znajdującego się tuż przed nimi były otwarte. Wewnątrz przebywało około dwudziestu względnie zdrowo wyglądających kobiet, które sortowały oznaczone białą kredą walizki. Kiedy zbliżyli się do wejścia, żadna nie podniosła głowy. Co chwilę kobiety rzucały ubrania na ogromną stertę albo odkładały biżuterię na otoczoną przez uzbrojonych strażników długą ławę.
– Będzie pan nadzorował sonderkommando, naszą żydowską siłę roboczą, przy sortowaniu dóbr i kosztowności, które mogą się nam na coś przydać. Następnie będzie pan przeglądał owe dobra i odsyłał je do Rzeszy. Pański obowiązek będzie polegał na zapewnieniu bezpiecznego przesyłu. Rozumiem, że wypracowanie odpowiedniego systemu wymaga czasu, ale proszę się starać. Potrzeby naszego obozu są ogromne, nie może być więc mowy o lenistwie albo niskiej wydajności.
Friedrich kiwnął na Christophera, by poszedł za nim, i obaj cofnęli się o kilka kroków.
– Będzie pan za nie odpowiadał. – Friedrich objął zamaszystym gestem znajdujące się przed nimi magazyny. – Nie muszę dodawać, że nie tolerujemy tu korupcji. Proszę mieć na oku zarówno siebie, jak i innych. Wydział polityczny patrzy. Jak pan wie, mogą w dowolnym momencie przeszukać każdego i nieustannie węszą za niedozwolonymi kontaktami z więźniami. Jeżeli zostanie pan przyłapany na złodziejstwie czy też sprzeniewierzeniu, jak mawiacie w księgowości, kara będzie szybka i surowa. Ale jestem pewien, że sięganie po takie środki nie będzie konieczne.
– Oczywiście, że nie, herr rapportführer.
– Herr Seeler, jestem ciekaw… Szybko pan awansował. To dość niezwykłe, by nowy rekrut tak szybko został obersturmführerem.
– Jestem księgowym, herr rapportführer. Nadano mi ten stopień, żeby inni księgowi uznali moje zwierzchnictwo.
– Tak czy siak, spodziewałem się, że pańskie stanowisko zajmie jakiś ranny weteran. Trudno uwierzyć, że młody, sprawny mężczyzna ze Zjednoczonego Królestwa zdołał w takim tempie wstąpić do SS i zdobyć u nas tę funkcję.
– Straty wśród naszych dzielnych żołnierzy powodują, że ludzi mojego pokroju, którzy wcześniej mieszkali za granicą, chętniej przyjmują do SS. Obecnie każdy ma szansę służyć w szeregach elity Hitlera, tak rdzenni Niemcy, jak i cudzoziemcy. Gdy okazało się, że mogę spełnić marzenia i zostać żołnierzem SS, naprawdę mi ulżyło. Koniec końców urodziłem się w Berlinie, herr Friedrich.
Christopher nie wspomniał o olbrzymiej łapówce, jaką jego wujek musiał zapłacić, by zapewnić mu stanowisko w obozie, bo oczywiście trafił tam wyłącznie dlatego. Gdy się nabierze wprawy, łatwiej kłamać, a Friedrich wydawał się całkowicie usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
– Proszę za mną. – Friedrich podążył między magazyny, a Christopher podbiegł, żeby go dogonić. Panowała tam dziwna cisza. Christopher zastanawiał się, gdzie podziali się wszyscy więźniowie. Słyszał, że są tam ich tysiące. – Czy przed przydziałem nazwa naszej placówki obiła się panu o uszy?
– Owszem. Wuj mi o niej opowiadał. Jest oficerem Wehrmachtu, stacjonuje na froncie wschodnim.
– A jak on dowiedział się o obozie?
– Wiedział, że pragnę służyć Rzeszy, więc rozejrzał się dla mnie za przydziałem.
– Nasza praca ma istotne znaczenie, ale nie można o niej mówić. Nie muszę przypominać o pańskiej przysiędze lojalności.
– Powtarzam ją każdego dnia, herr rapportführer.
– Miło mi to słyszeć, herr Seeler. Dzięki młodym mężczyznom takim jak pan, Führer będzie z nas dumny. – Wyszli spomiędzy trzeciego rzędu magazynów i stanęli przed pokaźnym ceglanym budynkiem. Wyglądał jak masywne gospodarstwo rolne kilkusetmetrowej długości. – Te budynki są nowe, ukończone ledwie dwa miesiące temu. Właśnie tu będzie pan gromadził dobra i kosztowności. Trafiliśmy na dobry moment. Zawsze lepiej oprowadzać nowo przybyłych, gdy jest pusto. Kiedy przyjeżdża transport, robi się dość gorączkowo.
Friedrich poprowadził Christophera w stronę wejścia do budynku, po drodze minęli kilku więźniów. Wyglądali na zdrowych i dobrze odżywionych. Każdy niósł jakieś narzędzia lub pchał wózek. Przeszli przez niewielki przedsionek prowadzący do przestronnej przebieralni, w której pod ścianami oraz na środku stały rzędy ławek. Nad ławkami, co kilkadziesiąt centymetrów, wisiały ponumerowane haczyki. W pomieszczeniu panowała pustka, nie było ani jednego okna, powietrze było gęste. Christopher miał ochotę jak najszybciej opuścić to miejsce.
– Będzie pan organizował gromadzenie odzieży i kosztowności likwidowanego tu niepożądanego elementu. – Słowo „likwidowany” odbiło się w głowie Christophera głośnym echem, od razu pomyślał o Rebecce. Poczuł, że miękną mu kolana, i natychmiast usiadł na najbliższej ławce.
– Nie ma czasu na odpoczynek. Czeka pana wiele pracy – ponaglił go Friedrich.
Christopher wyszedł za nim z powrotem przez przedsionek, a następnie masywne, stalowe drzwi z judaszem oraz znakiem: „Szkodliwy gaz! Wejście zagraża życiu”.
Mężczyzna wziął głęboki haust powietrza. Friedrich zdążył wyprzedzić go o kilka kroków, więc Christopher musiał go dogonić, próbując przy tym zwolnić oddech. 
– Jestem pewien, że domyśla się pan, jaki jest charakter naszej pracy, i rozumie, dlaczego jest taka delikatna.
Christopher zdał sobie sprawę, że milczy o kilka sekund za długo, więc rzucił pośpiesznie:
– Tak, herr rapportführer, zarówno delikatna, jak i ważna.
– Otóż to. To jedno z krematoriów, z których będzie pan pobierał przeznaczone do wysyłki dobra. Oprócz niego są jeszcze trzy, wkrótce najpewniej staną kolejne. Można odnieść wrażenie, że pracy ciągle przybywa i nigdy się nie kończy. – Friedrich poprowadził Christophera z powrotem do samochodu. – Pańskie biuro znajduje się na końcu tego rzędu, ale i to z czasem może się zmienić. – Widząc zbliżającego się Friedricha, kierowca zasalutował i otworzył obu mężczyznom drzwi. Christopherowi drżały dłonie, więc schował je do kieszeni. Serce waliło mu w piersi, a wsiadając, uderzył głową w karoserię. Rapportführer chyba tego nie zauważył. Droga na koniec rzędu magazynów zajęła kilka chwil, Friedrich przez cały czas mówił – coś o odpowiedzialności i honorze – ale Christopher już go nie słuchał.
Samochód zatrzymał się przy ostatnim magazynie. Pewnie szybciej byłoby przejść tę odległość pieszo. Friedrich ruszył do przodu i ciągle mówiąc, dotarł do drewnianych drzwi z oknem. Christopher otworzył je i obaj weszli do środka. W pomieszczeniu było trzech mężczyzn, którzy podnieśli na nich wzrok. Friedrich poprowadził Christophera do drzwi prywatnego gabinetu. Wzdłuż ścian stały regały z aktami i rejestrami, okno wychodziło na ponury dziedziniec. Na niemal pustym biurku stał tylko telefon i sterta dokumentów, za biurkiem znajdował się duży sejf.
– To pańskie biuro, choć oczekuję, że większość czasu będzie pan spędzał w magazynach i krematoriach. – Wrócili do części, w której siedziało trzech mężczyzn. – Proszę pozwolić, że przedstawię pański personel pomocniczy. – Wszyscy trzej wstali. – Po pierwsze, oto Karl Flick. – Tęgi mężczyzna w okularach postąpił krok naprzód i podał Christopherowi zimną, spoconą dłoń. – To Wolfgang Breitner. – Breitner, niski człowiek z wielkim nosem, także wystąpił z szeregu i uśmiechnął się. – A to Toni Müller. – Tym razem dłoń Christophera uścisnął wysoki i poważnie wyglądający mężczyzna.
– Witamy, herr obersturmführer. Nie możemy się doczekać współpracy – oświadczył Müller. – Jestem pewien, że nie brakuje panu pomysłów na reorganizację procesu księgowania.
– Zgadza się – odparł Christopher i poczuł ulgę, że nie zadrżał mu głos. – Zdaje się, że dziś jest ważny dzień, musimy się przygotować na następny transport. Na kiedy go zaplanowano, herr rapportführer?
– Z tego, co wiem, na jutro – odpowiedział Friedrich i spojrzał na zegarek. – Na mnie czas. Po pracy panowie zaprowadzą pana do kwatery. Witam w Auschwitz, herr Seeler.
Friedrich zamknął za sobą drzwi, a Christopher powiódł wzrokiem po nowych współpracownikach – jego podwładnych. Wszyscy trzej w międzyczasie usiedli przy swoich biurkach i wlepili wzrok w dokumenty oraz rejestry. Christopher przeprosił, oddalił się do łazienki mieszczącej się na końcu korytarza, po czym zatrzasnął się w ostatniej kabinie. Z całej siły przycisnął kolana do klatki piersiowej i siedział na toalecie, dopóki nie wystraszył się, że jego nieobecność może wzbudzić podejrzenia.
Kiedy wrócił do biura, przerzucił papiery leżące na biurku i ułożył je w kolejności do lektury. Raporty informowały, że do obozu przybywa ogromna liczba ludzi. Wiele tysięcy każdego tygodnia, a jednak do pracy w miejscowych fabrykach potrzebowano tylko około trzydziestu tysięcy robotników. Baraki w głównym obozie nie mogły pomieścić więcej niż kilka tysięcy osób. Nic z tego nie rozumiał. Liczby się nie zgadzały. Na biurku leżały też rejestry dotyczące mienia więźniów, które zwrócono do Rzeszy: reichsmarki, dolary, funty, liry, pesety, franki, ruble i wszystkie inne waluty, o jakich kiedykolwiek słyszał. Przez obóz płynęła rwąca rzeka pieniędzy, a on miał okiełznać jej nurt.
Po pracy nowi współpracownicy zaprowadzili go do kantyny. Podawano w niej okazałe porcje jedzenia, do tego, w przeciwieństwie do obozu szkoleniowego SS, naprawdę smacznego. Kwaterę miał dzielić z innym młodym oficerem ze służb wartowniczych obozu. Nazywał się Franz Lahm, był untersturmführerem z Regensburga. Chciał namówić Christophera na wieczorne wyjście, żeby poznał innych esesmanów lub wybrał się do kina, albo burdelu dla strażników.
– No, daj spokój. Chodź się z nami napić. Jeżeli zamierzasz kłaść się tak wcześnie przed każdym transportem, to nigdy z nami nie posiedzisz.
– Idź, nie przejmuj się mną. To mój pierwszy dzień. Obiecuję, że jutro wieczorem ze wszystkimi się przywitam.
Lahm wrócił o trzeciej nad ranem, przewrócił się o stojący na środku pokoju stolik i zasnął tam, gdzie upadł. Kilka sekund później pomieszczenie wypełniło się jego chrapaniem. Christopher nie reagował. I tak nie spał. Leżał w ciemności, zastanawiając się, jak znajdzie Rebeccę w tej pajęczynie chaosu i śmierci.


Rozdział 2

– Herr Seeler, czas wstawać. Wkrótce transport. Za pół godziny musimy być na stacji – powiedział Flick.
Powieki Christophera były ciężkie z powodu braku snu. Lahm już wyszedł, jego zapasowy mundur wisiał na drzwiach szafy. Na mankietach widniały ślady krwi. Christopher od razu się wzdrygnął. Miał wrażenie, że Flick go obserwuje. Wstał, po czym włożył mundur. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze i wziął głęboki oddech. Patrzył, jak klatka piersiowa unosi się i opada. Poprawił kołnierzyk i ruszył w stronę korytarza. Flick czekał chwilę, skinął głową, po czym wyprowadził go na poranne słońce. Wręczył Christopherowi rejestr. Na pierwszej kartce widniały wypisane na czarno liczby na ten dzień. Zbliżał się transport z Łodzi. Liczba w rejestrze głosiła „1200”.
– Polacy – stwierdził Flick. – Powinni być w niezłym stanie. To krótka podróż. Był pan już przy selekcji?
– Nie, jako takiej, nie.
– Po prostu stoimy z tyłu i pilnujemy, żeby zajęto się bagażami. Dźwiganiem zajmie się sonderkommando. Nic trudnego. – Flick spojrzał na Christophera przez grube okulary. – Proszę się nie martwić. Wiedzą, że to pański pierwszy dzień. Pójdzie jak po maśle. Nasza praca zacznie się później.
– Dziękuję, ale jestem pewien, że dam sobie radę. – Po oddaniu Flickowi rejestru, splótł dłonie za plecami.
Stacja wyglądała jak każda inna. Przy torach stały znaki, a nad peronem wisiał rozkład jazdy pociągów. W budynku dworca panował mrok, drzwi były zamknięte. Pozostali esesmani zgromadzili się za peronem, kilku miało na sobie białe fartuchy. Wokół biegali wybiedzeni więźniowie, znacznie chudsi i bledsi od tych, których widział poprzedniego dnia. Pchali rampy i ciągnęli na stację wózki. Jeden z nich garbił się tak bardzo, że prawie dotykał pchanego wózka piersią. Christopher nie mógł uwierzyć, że wygłodzone postacie więźniów są w stanie poruszać się tak szybko. Wszędzie roiło się od esesmanów. Większość krzyczała na więźniów, ich wrzask mieszał się z ujadaniem psów wyrywających się z ledwie trzymanych przez opiekunów smyczy. Przyjechał pociąg. Minął peron. Christopher policzył wagony. Liczby się nie zgadzały. 
Jak tysiąc dwieście osób miałoby się zmieścić w takim krótkim pociągu, i to jeszcze przeznaczonym do transportu bydła? 
Gdy skład stanął, drzwi się rozsunęły i krzyki esesmanów natychmiast przybrały na sile, zagłuszając wszystko poza szczekaniem psów. Żydowscy więźniowie pobiegli otworzyć bydlęcy wagon i pomóc ludziom wyjść z pociągu. Ze środka wytoczyli się oszołomieni ludzie. Rozglądając się niepewnie, przebiegali w jedną lub drugą stronę. Mieli pomarszczone, chude twarze i zaciśnięte usta. Esesmani od razu się nimi zajęli. Dzieci oraz starców spędzano na żwir obok torów. Jednego starszego mężczyznę trzeba było nieść. Kilka kobiet trzymało w ramionach niemowlęta. Gdy tylko udało im się opuścić wagony, ludzie ustawili się w kolejkach. Mężczyźni w jednej, kobiety i dzieci w drugiej.
Wagony opróżniono z ludzkiego ładunku w kilka minut. Wycia kobiet, którym wyrywano z rąk dzieci, nie dało się zagłuszyć. Mieszało się z budzącym lęk ujadaniem psów i niecichnącym krzykiem esesmanów, zarówno w języku niemieckim, jak i polskim. Christopher wziął głęboki oddech, opierając się pokusie zasłonięcia twarzy dłońmi. Flick stał obok nieruchomo. Wyglądał na znudzonego. SS weszło do pociągu z wyciągniętą bronią. Powyrzucało zwłoki z wagonów. Ciała spadały na ziemię jak worki, kości strzelały przy uderzeniach, krew z ran wsiąkała w glebę. Rozległ się kolejny strzał i z wagonu wyleciało ciało młodej dziewczyny. Christopherowi ścięło krew w żyłach, przeszył go skurcz bezradnej paniki. Wartownicy nadal wrzeszczeli na stojących w kolejkach ludzi, choć selekcja dobiegła już końca. Pojawiły się dwa nowe ogonki. W jednym stali młodsi, wyglądający zdrowo, w drugiej starcy i dzieci. W kolejce młodych znajdowało się maksymalnie sto, dwieście osób. Zostali odprowadzeni w stronę Auschwitz. Pozostali, przynajmniej tysiąc, zbili się w bezładny krąg. Krzyki esesmanów zaczęły cichnąć.
Christopher odwrócił się do Flicka.
– Jak często przyjeżdżają takie transporty?
– Zależy. Czasami dostajemy kilka w tygodniu, czasami kilka w jeden dzień. Wtedy to dopiero jest pracy. Raz…
Christopher przestał go słuchać. Nie potrafił skupić się na żadnej osobie w tłumie. Podszedł bliżej, całkowicie ignorując Flicka, całkowicie ignorując wszystko poza masą ludzi, którzy zbili się ciasno i czekali, aż zostaną stamtąd odprowadzeni. Zauważył kobietę w średnim wieku, w jasnoniebieskiej chuście na głowie. Wydawało się, że zupełnie nie pasuje do miejsca takiego jak to. Przyciskała do piersi niemowlę. Płakała, a dziecko było spokojne. Gdy więźniowie ładowali bagaże z wózków na ciężarówki, Breitner i Müller przeglądali niektóre walizki. Zanim do nich podszedł, machnął ręką na Flicka. Esesmani stojący obok wężyka ludzi czekających na wymarsz byli wyraźnie spokojniejsi niż wcześniej. Jednak trwoga nie zniknęła z oczu więźniów, a gdy tylko ktoś postawił stopę poza kolejką, psy natychmiast wyrywały się opiekunom. Kolumna ruszyła w stronę Birkenau.
Usłyszał za plecami kolejny wystrzał i gwałtownie się obrócił. Kilku esesmanów przeglądało sterty porzuconych ubrań.
– Ach, no i proszę, zawsze trafi się przynajmniej jeden – powiedział żołnierz, odsuwając płaszcz i odsłaniając drobne, trzęsące się ciałko płaczącego za matką chłopca. Christopher ruszył w kierunku mężczyzny z zamiarem przywołania go do porządku. Esesman uniósł karabin i strzelił dziecku w twarz. Christopher stanął jak zmrożony. Żołnierz położył broń na ramieniu, wyciągnął chłopca ze sterty ubrań za stopę, i rzucił jego zwłoki na ziemię obok wagonów, tam gdzie leżały pozostałe. Christopher spojrzał szeroko otwartymi oczami na innych wartowników, oczekiwał jakiejkolwiek reakcji. Wszyscy jednak zachowywali się normalnie. Odwrócił się i poszedł w stronę Müllera oraz Breitnera. Zatrzymał się jakieś trzy metry od nich, na bezpieczny dystans, z którego nie mogli dostrzec w jego oczach, jakie wstrząsały nim uczucia. Gdy podszedł, powitali go przelotnymi spojrzeniami.
Oczekują rozkazów, powiedział sobie w myślach, więc je dostaną.
– Chcę, żeby te wszystkie walizki zniknęły stąd w dziesięć minut, i ubrania też. Czy zawsze tak to wygląda? Pozostali więźniowie zabiorą swoje mienie do obozu pracy?
Müller zerknął kątem oka na Breitnera, po czym przeniósł spojrzenie na Christophera.
– Nie, wszystkie walizki zostaną tutaj. Zbierzemy resztę mienia więźniów, gdy się rozbiorą przed odrobaczaniem.
Christopher próbował się uspokoić, spowolnić bicie serca. Ostatni więźniowie właśnie odchodzili.
– Herr obersturmführer, prawdopodobnie powinien pan udać się do przebieralni. Z tego, co wiem, są w trójce – powiedział Müller.
– Tak, oczywiście. Herr Breitner, proszę ze mną. Ufam, że mogę zostawić panu zebranie i sprzątniecie tego, co tu zostało, herr Müller.
– Tak, herr obersturmführer, zrobimy to w ciągu godziny.
Christopher nie odpowiedział. Breitner wskazał gestem na samochód. Christopher usiadł w fotelu pasażera, Breitner zajął miejsce kierowcy. Ruszył za kolumną ludzi ciągnącą do Birkenau. Christopher dostrzegł kobietę w niebieskiej chuście, ale po chwili zniknęła w tłumie.
Po jednej stronie dziedzińca stali strażnicy z SS oraz sonderkommando, które składało się wyłącznie z więźniów. Za tłumem wyłaniał się budynek, który dzień wcześniej pokazał Christopherowi Friedrich. Wszyscy esesmani trzymali pałki. Za nimi, jakby czając się w tle, stali oficerowie, a wśród nich Friedrich. Ludzie dotarli na dziedziniec. Większość miała na sobie ciemne ubrania, wszyscy nosili żółte gwiazdy Dawida. Wartownicy z górujących nad dziedzińcem wieżyczek celowali karabinami maszynowymi w tłum.
– Herr obersturmführer, powinien pan poznać dowódcę sonderkommando. Będą wykonywali pańskie polecenia. – Christopher podążył za Breitnerem przez dziedziniec, na którym ludzie zbili się w wielką, pobrzmiewającą językiem polskim i jidysz, grupę. Dzięki zachowaniu esesmanów, którzy dla przybyłych na dziedziniec byli uprzejmi i powitali ich uśmiechami, a z niektórymi nawet dyskutowali albo żartowali, nastrój więźniów wyraźnie się poprawił. Strażnicy kierowali nimi niczym ruchem drogowym i bez zakłóceń prowadzili przez dziedziniec. Jeden z esesmanów poklepał starszego mężczyznę po plecach. Ludzie szemrali między sobą. Nadal wydawali się nerwowi i podejrzliwi. Friedrich oraz pozostali oficerowie gdzieś zniknęli. Breitner zaprowadził Christophera do kilkunastu ustawionych w szeregu członków sonderkommando. Na czele stał wysoki, przystojny mężczyzna.
– To Jan Schultz, szef jednostki sonderkommando pracującej w krematorium – wyjaśnił Breitner. Christopher pamiętał, żeby nie wyciągać ręki na powitanie. – Przejrzą mienie zostawione przez więźniów, a potem przekażą je nam.
– Bardzo dobrze – odrzekł Christopher, spoglądając na ustawionych w szeregu i patrzących prosto przed siebie mężczyzn. Większość miała siniaki na twarzach. – Pracujcie ciężko, a zostaniecie nagrodzeni – dodał.
Ktoś zaczął przemawiać do zebranych za nim ludzi. Tłum zamilkł. Wszystkie oczy zwróciły się na Friedricha, który, z dwoma innymi oficerami, stanął na pace ciężarówki.
– Przybyliście tutaj, do Auschwitz-Birkenau, jako ważny tryb wojennej machiny Trzeciej Rzeszy – zaczął Friedrich. – Przybyliście tutaj pracować. Wasza praca jest niemal tak samo ważna, jak wysiłki dzielnych żołnierzy, którzy każdego dnia ryzykują życie na froncie. Wszyscy, którzy będą chcieli pracować, mogą liczyć na bezpieczeństwo i jedzenie. – Friedrich przemawiał do tłumu po niemiecku i choć większość zdawała się go rozumieć, to obok ciężarówki stał członek sonderkommando, który tłumaczył jego słowa na polski.
Głos zabrał oficer stojący na lewo od Friedricha.
– Macie za sobą męczącą podróż. Jesteście cenni dla tego obozu i Rzeszy. Po pierwsze i przede wszystkim, chcemy mieć pewność, że jesteście zdrowi i chętni do pracy. W związku z tym wymagamy, żebyście wzięli prysznic i przeszli odkażanie. To bardzo ważne dla waszego zdrowia i dobrego samopoczucia. Nie możemy tolerować żadnych infekcji wśród robotników. – Ludzie w tłumie uśmiechali się, mocniej przytulając dzieci. Na ich obliczach ponownie zagościło życie, światło nadziei rozproszyło podejrzliwość. – Po prysznicu na każdego będzie czekała miska gorącej zupy – kontynuował.
Następnie trzeci oficer wystąpił naprzód. Wskazał na człowieka stojącego z przodu tłumu.
– Ty tam, tak, ty, czym się trudnisz? – Mężczyzna był stolarzem. – O, i bardzo dobrze, potrzebujemy stolarzy – odparł oficer. – Będziesz bardzo pożyteczny. A ty?
– Jestem lekarzem – odpowiedział kolejny mężczyzna.
– Doskonale, w obozowym szpitalu potrzebujemy lekarzy. – Przerwał i powiódł wzrokiem po tłumie. – Jeżeli jest wśród was więcej lekarzy lub pielęgniarek, proszę nie zapomnieć zgłosić się do mnie po prysznicu, a ja dopilnuję, żeby umieszczono was tam, gdzie wasze umiejętności są najbardziej potrzebne.
Po chwili ponownie przemówił Friedrich.
– Potrzebujemy lekarzy, dentystów, pielęgniarek, mechaników, hydraulików, elektryków i rzemieślników wszelkich fachów. Potrzebujemy również niewykwalifikowanych robotników. Wszyscy otrzymają dobrze płatną pracę. Wszyscy są ważni dla Rzeszy i naszej walki z bolszewickim zagrożeniem. A teraz, proszę, udajcie się ku wejściu do przebieralni, tam strażnicy pokierują was dalej. W środku upewnijcie się, że powiesiliście ubrania na ponumerowanych haczykach i zapamiętajcie te numery, ponieważ będą później potrzebne. Mamy tylko jedną przebieralnię i obie płcie muszą się nią dzielić. Przepraszam za tę sytuację, jesteśmy właśnie w trakcie poprawy tego stanu rzeczy. 
Ludzie weszli stłoczeni do budynku z płaskim dachem, po czym udali się do przebieralni. Mieli uśmiechnięte, uspokojone twarze. Christopher ponownie zauważył kobietę w niebieskiej chuście. Jej oblicze przepełniał żal i rezygnacja, wyglądała inaczej niż pozostali.
Gdy wszyscy zniknęli za drzwiami, do środka weszli członkowie sonderkommando i Christopher. Ludzie się rozbierali, a następnie składali ubrania w kupki, które umieścili pod zawieszonymi na ponumerowanych haczykach płaszczami. Sonderkommando powtórzyło instrukcje wydane przez oficerów stojących na płaskim dachu budynku, tym razem w ich ojczystym języku. Wszyscy dostosowali się bez najmniejszego oporu i cienia sprzeciwu. Christopher przeszedł pomiędzy rzędami ludzi, ale po chwili wyszedł na zewnątrz. Nie chciał pogłębiać ich zażenowania koniecznością rozbierania się na oczach obcych. Poczuł głęboką ulgę. 
Selekcja była prawdziwym koszmarem, mordy na stacji nieopisanym horrorem, ale przynajmniej już po wszystkim – pomyślał, wychodząc na niemal już pusty dziedziniec.
Stanął na środku placu, biorąc głęboki oddech. I wtedy zauważył esesmanów na dachu budynku. Oficerowie gdzieś zniknęli. Esesmani trzymali metalowe pojemniki, mieli na twarzach maski gazowe. Zmroziło mu krew w żyłach. 
To niemożliwe, nie mogą tego zrobić, nie po tym, co powiedzieli. 
Stłumił chęć pobiegnięcia do środka i ostrzeżenia więźniów. Nie mógł nic zrobić. Nie mógł zmienić tego, co zaraz miało się wydarzyć. Ogarnęła go trwoga. Rozejrzał się po dziedzińcu, by upewnić się, że nikt go nie widzi. Esesmani w maskach wyglądali jak ludzkie owady uwijające się na dachu niczym mrówki. Zdjęli osłony z wąskich metalowych kominów krematorium i wsypali do środka zawartość pojemników. Po chwili rozległy się krzyki – setki głosów krzyczały jednocześnie, a jednak dało się je odróżnić. Przebijały się przez grube warstwy cegieł i betonu. Na dziedziniec wjechały ciężarówki na wstecznym biegu. Kierowcy zwiększyli obroty silników, żeby zagłuszyć dochodzące z budynku wycie. Ale on nadal je słyszał.
Przechodzący obok esesman uśmiechnął się.
– Z tych pryszniców to chyba leje się za gorąca woda – zauważył. – Żydom się nie podoba.
Esesman poszedł w swoją stronę, a Christopher robił, co mógł, żeby się opanować. Zachowanie spokoju kosztowało go tyle wysiłku, że cały zdrętwiał. Miał wrażenie, że mundur stał się jego drugą skórą. Zaczął pocierać ramiona otwartymi dłońmi. Gdy pochylił głowę, spadła mu czapka. Krzyki nadal trwały, choć były już bardziej stłumione. Próbował myśleć o Jersey, o Rebecce, o ich pierwszym spotkaniu, o wszystkim, byle nie o tym. Zastanawiał się, czy się nie spóźnił, czy nie podzieliła już losu tych ludzi. Jeżeli nie żyje, to co mu pozostało?
Ring girl - K.N. Haner (PATRONAT MEDIALNY)

Ring girl - K.N. Haner (PATRONAT MEDIALNY)

"Pełna żaru, energetyczna opowieść o miłości w brutalnym świecie boksu.

ONA - córka boksera o międzynarodowej sławie.

ON – pretendent do tytułu Mistrza Świata.

ONA trzyma się jak najdalej od ringu i bokserskiego świata. ON żyje tylko po to, by walczyć i zwyciężać. Przypadek sprawia, że dwójka dawnych znajomych spotyka się ponownie.

Czy odnajdą się w świecie, który oboje równie mocno kochają, co nienawidzą?

Czy tajemnice, które mają przed sobą, nie przeszkodzą im w drodze do szczęścia"?

„Ring girl” to kolejna książka Kasi Haner, która totalnie mnie zaskoczyła. Kasia przy każdej swojej nowej powieści pokazuje swoją inną twarz, a mnie to bardzo opowiada. Zdecydowanie ta książka jest inna, łagodniejsza i delikatniejsza, mniej wyuzdana i mroczna. Oczywiście nie zabrakło w niej dramatów, ale przecież od czegoś wziął się przydomek Kasi, który do czegoś zobowiązuje. Także moi drodzy zapewniam Was, że „Ring girl” to kolejna świetna książka naszej KRÓLOWEJ DRAMATÓW.  Jak widać, nie tylko erotyki są mocną stroną Kasi, bo napisała genialny, niesamowity i gorący romans, który zagościł w moim serduchu na długi czas. Kocham wszystkie jej książki, ale „Ring girl” to jedna z lepszych historii, jakie napisała. Książka jest rewelacyjna, jest dopieszczona i dopracowana w najdrobniejszym szczególe i tylko i wyłącznie mogę ją Wam polecić.  

Jak możecie się domyślić, scen seksu w książce jest mniej i myślę, że akurat przy tej historii jest to strzałem w dziesiątkę, gdyż Kasia mogła się bardziej skupić na uczuciach i emocjach głównych bohaterów, które są niezwykle ważne. I Logan i Eden nie mają łatwo… oboje mają trudne relacje ze swoimi najbliższymi, które kładą się cieniem na ich przyszłość. Ona to córka byłego mistrza świata i trenera boksu. Przez aferę z dopingiem, w którą został wplątany jej ojciec, próbuje żyć na uboczu i nie rzucać się w oczy. Nie chce mieć nic wspólnego z ojcem, jednak to on ją utrzymuje i przez to cały czas próbuje ją kontrolować i wywierać na nią wpływ. On to pretendent do tytułu i były uczeń jej ojca. Kocha boks, jednak przez machinacje ojca zaczyna go także nienawidzić. Od lat żyje w kłamstwie i tańczy tak, jak zagra mu ojciec. Jednak gdy poznaje Eden, zaczyna dostrzegać, że żyje w bańce ułudy i kłamstw. Dla dziewczyny, którą kocha zaczyna walczyć o swoje racje i o szczęście, które może dać mu tylko Eden. Niestety i Eden nie jest z nim do końca szczera i ukrywa przed nim to, że jej ojcem jest osoba, której prawie udało się zniszczyć jego karierę. Czy można zbudować związek na kłamstwie? Czy ta dwójka ma szansę na szczęśliwe zakończenie? Tego musicie dowiedzieć się sami.

„Wprowadziłaś w moje życie coś, czego dawno nie czułem. Spokój. Mimo wszystko czułem się przy tobie spokojny, bo moja przeszłość taka na pewno nie była”. 

Historia opowiedziana na kartach tej książki fascynuje, uwodzi, ale daje także do myślenia. Autorka pokazała nam bezwzględny i brutalny świat pełny kłamstw, ułudy i fałszu, w którym miłość jest niczym zakazany owoc. Bohaterowie nie zrobili nic złego, a cierpią i ponoszą winy za błędy rodziców…  

„Logan był jak zakazany owoc. Nie powinnam wdawać się z nim w jakąkolwiek relację, ale to było silniejsze ode mnie”. 

O tej książce mogłabym pisać przez długi czas, ale przecież to nie o to chodzi w recenzji. Moim zadaniem jest tylko zachęcenie Was do lektury tej książki, bo uważam, że naprawdę warto. Wzrusza, chwyta za serce i dostarcza ogromu emocji. To książka pełna bólu, ale i nadziei na lepsze jutro. Zapewniam Was, że podczas lektury nie zabraknie Wam wrażeń, pojawią się łzy wzruszenia, ale i uśmiech zagości na Waszych twarzach.

Gorąco polecam! Obok tej książki nie można przejść obojętnie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Kasi oraz Wydawnictwu Kobiecemu.
Zapowiedź patronacka - Anioł z Auschwitz - Eoin Dempsey

Zapowiedź patronacka - Anioł z Auschwitz - Eoin Dempsey

Bestsellerowa powieść historyczna w stylu "Tatuażysty z Auschwitz".

Opowieść o miłości i walce o przeżycie.

Nic nie mogło rozdzielić Christophera i Rebekki: ani jej wyrodni rodzice, ani nawet narzeczony, z którym wróciła do domu po ucieczce do Anglii. Lecz gdy do sielankowej wyspy Jersey dociera II wojna światowa, nazistowscy najeźdźcy, realizując Ostateczne Rozwiązanie Kwestii Żydowskiej swojego Führera, wywożą Rebeccę na kontynent. Gdy naziści deportują Christophera i jego rodzinę do ojczystego kraju – Niemiec, w desperackiej próbie ratowania ukochanej zgłasza się na ochotnika do szeregów SS. Rozpoczyna służbę w Auschwitz, gdzie sprawuje nadzór nad pieniędzmi skradzionymi ofiarom, które zginęły w komorach gazowych. Poszukując Rebekki, musi nie tylko ukrywać podwójną tożsamość, ale i walczyć o własną duszę. W koszmarnym świecie Auschwitz Christopher pilnuje przepływu rzeki splamionych krwią pieniędzy, dzięki czemu staje przed nieoczekiwaną szansą. Czy starczy mu sił i odwagi, by zaakceptować nowy los, który na zawsze może zmienić nie tylko jego życie, ale i wielu innych ludzi?
Nowa laleczka - Ker Dukey, K. Webster - Fragment powieści

Nowa laleczka - Ker Dukey, K. Webster - Fragment powieści

PROLOG
~ Nowe ~

Benny 

SKÓRA NA MOIM PRAWYM RAMIENIU jest tak napięta, że poruszanie nim sprawia mi trudność. Nadal czuję przypominający o ranach z przeszłości ból. Pochylam się, by zerwać źdźbło trawy. To pierwszy ruch, który wykonałem od co najmniej czterech długich godzin.
Stoję kilka metrów od mojego dawnego domu. Naszego domu. 
Czekam, pragnę, wiem. 
Odkręcam butelkę wody, wypijam kilka łyków, po czym wylewam sobie resztę na głowę, co przyjemnie ochładza skórę rozgrzaną panującym wokół upałem.
Słońce jest bezlitosne. Świeci jasno na niebie, przywołując mi na myśl tamten dzień, kiedy zobaczyłem swoją niegrzeczną lalkę po raz pierwszy. Była taka młodziutka, taka świeża… Idealna.
Śliczna Laleczka.
Kiedy promienie słoneczne padały pod odpowiednim kątem na jej zwilżone potem włosy, wyglądała, jak gdyby wplotła w nie tasiemki z najprawdziwszego złota. Letnia sukienka, którą miała na sobie, przyklejała się do jej malutkiego ciałka, podkreślając idealne, dziewczęce kształty.
I była tam też jej młodsza siostra…
Zniszczona Lalka.
Macała rączkami moje dzieła sztuki, aż wśród parnego powietrza usłyszałem jej głośne westchnienie, kiedy położyła dłonie na jednej z moich ulubionych lalek. Potrafiła docenić porcelanową perfekcję.
– Piękna lalka dla ślicznej laleczki – zaoferowałem łagodnym tonem głosu.
Siostry równocześnie uniosły na mnie wzrok, a moje serce zabiło nagle o wiele szybciej i mocniej.
Bum.
Bum.
Bum.
Natychmiast zapomniały o zabawce; teraz obchodziłem je wyłącznie ja, patrzący na nie z uśmiechem.
– Nie stać jej na tę lalkę – warknęła moja idealna laleczka, przymrużając śliczne oczęta. Miała zacięty wyraz twarzy, ale zdradzały ją rumiane policzki. Już wtedy wiedziała, do kogo należy. Wiedziała, że jest tylko moja.
Ach, jak łatwo było mi wtedy wziąć sobie to, czego pragnąłem, ale też z jaką łatwością lalka odebrała mi to kilka lat później…
Tak bardzo się zmieniła. Czas ucieka zbyt szybko, tak mało go z nią spędziłem.
Moje wspomnienia znikają, kiedy gromada ptaków zrywa się do lotu z drzewa, które stoi tuż za ruiną mojego dawnego domu. Czekam przy nim z cierpliwością, której nauczyłem się przez lata. Od dnia, w którym mnie zabiła, zaszedłem bardzo daleko.
Lalka nie zadała sobie nawet trudu, by posprzątać po swojej zdradzie. Nie przysłała nikogo, by poszukał moich zwłok.
Zostawiła mnie na pewną śmierć, sądząc, że to już koniec.
I się, kurwa, pomyliła. Oboje się pomylili.
Amatorzy.

***
Trzy lata temu

– Co ty robisz? – pytam, marszcząc brwi i uważnie jej się przyglądając. Lalka patrzy na mnie wyzywająco. W jej oczach widzę podejrzany spokój, kiedy zatrzaskuje drzwi i zamyka nas w celi swojej siostry. 
– A na co ci to wygląda?! Zamykam drzwi! – syczy. – Teraz będziemy tu siedzieć i patrzeć na to, co zrobiliśmy! Oboje musimy odpokutować! 
Odpokutować? Ona nic nie rozumie. Macy była zniszczona, zbyt szalona, by ryzykować, więc musiałem ją zabić. 
Jednak ją również, na swój własny sposób, kochałem. Dlaczego lalka tego nie rozumie?!
Zaciskam mocno powieki i uderzam ręką w skroń, ponieważ krzyki, wrzaski w mojej głowie znów zagłuszają myśli, a ja muszę je powstrzymać.
– Ale ona była zepsuta! Nie mogliśmy jej naprawić! – warczę przez zaciśnięte zęby.
– Ty jesteś, kurwa, zepsuty, Benny! Ty. Jesteś. Zepsuty.
Moje mięśnie sztywnieją. Mam wrażenie, że krew przestaje krążyć mi w żyłach i zapycha je niczym zasychający cement. 
– Nawet nie waż się tak mówić – ostrzegam.
Laleczka zaczyna płakać, a jej nogi się trzęsą. 
– Aresztowaliśmy twojego ojca, Benny – krzyczy do mnie przez łzy. – Przez lata gwałcił małe dziewczynki, a ty tak po prostu pozwoliłeś mu żyć! Przecież wiesz, co zrobił Bethany, i miałeś to gdzieś! – wrzeszczy, oskarżycielsko wskazując mnie palcem. Zawieszam na nim wzrok. To tylko palec, ale równie dobrze mógłby być nożem; kieruje nim we mnie z tak ogromną siłą, jakby chciała mnie ukarać. 
Lalka jest przerażona, tak samo jak Bethany. To dlatego mówi o mojej siostrze i próbuje mnie zranić. W końcu jednak zrozumie, że Macy wcale nie jest jej potrzebna. Ma mnie, i tylko my się liczymy. Zostaniemy razem na zawsze.
Mój ojciec bywał pożyteczny, ale jego również wcale nie będzie nam brakować. Zabiłbym go dla niej, gdyby w zamian za to wróciła do domu… Jednak teraz jest już za późno. Rzeka zmieniła bieg, a jej prąd stał się zbyt gwałtowny, by z nim walczyć.
– Ojciec bywał pożyteczny – powtarzam na głos swoje myśli.
– Obrzydzasz mnie – wyrzuca z siebie, ale wiem, że zaraz jej przejdzie. To tylko chwilowa złość, moment zdenerwowania…
– Cóż, to się zmieni – uspokajam ją, po czym robię krok w przód.
– Nie! – wrzeszczy natychmiast, wyciągając dłoń, by mnie zatrzymać. Patrzę na jej nadgarstek, dostrzegając, że brakuje na nim kajdanek. 
– To wszystko się dzisiaj skończy, Niegrzeczna Laleczko.
– Masz rację. – Wybucha głośnym, niepohamowanym śmiechem. – To koniec.
Pochylam się, by wyjąć ukrytą w skarpetce strzykawkę. 
– Co to, kurwa, jest? – pyta, wskazując prosto na nią. 
Przymrużam oczy i najpierw spoglądam na jej broń, a potem na kraty w drzwiach celi.
Dzieciak zniknął.
Lalka nie jest sama.
Jak mogła mnie tak kurewsko zdradzić?
– Nie przyszłaś sama? – pytam z niedowierzaniem. Laleczka łamie zasady. Przecież wie, co się dzieje, kiedy postępuje w ten sposób. 
– Już nigdy nie będę sama – syczy przez zęby. – Dillon jest częścią mnie i należę do niego, a nie do ciebie, Benjamin. Nigdy do ciebie nie należałam.
Ach! Jak śmie wypowiadać przy mnie jego imię?! 
Ona należy do mnie! To moja lalka! Moja laleczka!
Zaciskam mocno szczękę, napinam mięśnie, wpadam w furię.
– Nigdy nie pozwolę ci opuścić tej celi – przysięgam. – Nigdy!
Lalka macha pistoletem w moją stronę. 
– A kto z nas dwojga trzyma w ręce broń? Nie oszukuj się, Benny. Nie masz już nade mną żadnej władzy. 
W odpowiedzi tylko się do niej uśmiecham.
– Jak mówiłem, dzisiaj to wszystko się skończy, ale mam wystarczająco dużo czasu, by wbić w ciebie tę maleńką igiełkę. Odejdziemy stąd oboje. Razem. Później będziesz miała całą wieczność, żeby uświadomić sobie, że naprawdę mnie kochasz. 
Jej powieki drżą, kiedy rozważa swoje możliwości.
Nie masz żadnych opcji, lalko! Należymy do siebie nawzajem. Będziemy razem i doskonale o tym wiesz! 
Robię kolejny krok w jej stronę, kiedy nagle słyszę z jej ust coś, co całkowicie mnie paraliżuje.
– Jestem w ciąży! 
Opuszczam ręce, nie mogąc w to uwierzyć… Niespodziewanie w mojej głowie rodzi się tyle myśli, tyle nowych nadziei… Wtem słyszę huk, a sekundę później czuję w ramieniu przeszywający ból i zataczam się do tyłu.
– Kurwa mać! – wrzeszczę. – Kurwa, postrzeliłaś mnie! – Nie panuję już nad ciałem. Upadam na łóżko, a strzykawka spada na podłogę. 
– I to jak celnie – odpowiada z dumą, podchodząc bliżej i zgniatając strzykawkę podeszwą.
Laleczka nosi w sobie mojego potomka – owoc naszej miłości.
– Jesteś w ciąży? Będziemy mieli dziecko?
Na moim nadgarstku zaciska się zimna bransoletka kajdanek. Nie zwracam na to uwagi, obserwuję tylko swoją zabawkę, nadal nie potrafiąc uwierzyć w to, co właśnie mi wyznała. 
Kiedy zapina kajdanki na mojej drugiej ręce i spycha mnie na podłogę, czuję w ramieniu pulsujący ból.
Będziemy mieli dziecko.
Za jej plecami otwierają się drzwi, a za lalką staje ta śmierdząca świnia, pierdolony Dillon. Jak on śmie przerywać nam tak cudowną chwilę?! 
Zamorduję go; powoli i boleśnie. Sprawię, że poczuje mój gniew z każdym ruchem ostrza wbijającego się w jego obrzydliwe ciało.
Nie pozwolę mu odebrać nam tego momentu!
– Nasze dziecko – szepczę, patrząc prosto na moją przepiękną laleczkę.
Dillon zasłania mi ją przez chwilę, kiedy podchodzi do łóżka i podnosi z niego Zniszczoną Lalkę. Bierze jej ciało na ręce i wynosi je z celi, a my znów zostajemy sam na sam. Tak. Tak właśnie powinno być. 
– To dziecko nie jest twoje, Benny – oznajmia nagle moja lalka. – Życie nie może zrodzić się ze śmierci. Tyle razy próbowałeś mnie zniszczyć, ale to nigdy ci się nie uda. Powinieneś smażyć się w piekle. Twój czas dobiega końca. To dziecko to nowe życie, a na ciebie czeka tylko śmierć.
Otwieram usta, lecz mój ból jest zbyt ogromny, bym był w stanie wydobyć z siebie głos. Ona kłamie. Na pewno tak nie myśli.
Wycofuje się powoli, wciąż we mnie celując. Tak naprawdę nie potrzebuje jednak broni; jej słowa zabijają mnie skuteczniej niż pociski. Kiedy opuszcza celę i zamyka drzwi na zamek, Dillon znów do niej podchodzi i przysuwa odrażające usta do jej czoła. 
– Wszystko w porządku – zapewnia go lalka. – Panuję nad sytuacją.
– Wiem, że panujesz – odpowiada szeptem, po czym odchodzi, zostawiając ją z tym, do kogo należy naprawdę.
Lalka wie, że jestem jej panem, a w jej łonie rośnie nasze dziecko. 
– Kłamiesz – zarzucam jej. Siła znów do mnie powraca, więc poruszam gwałtownie nadgarstkami, sprawdzając wytrzymałość kajdanek. Chyba nie sądzi, że te maleństwa mnie powstrzymają? 
Głupiutka laleczka.
Z trudem wstaję na nogi, bo promieniujący z rany postrzałowej ból przeszywa całe moje ciało. Zmuszam się jednak do ruchu, a ona tylko mi się przygląda.
Pogrywa sobie ze mną, co mi się nie podoba.
– Wypuść mnie, kurwa! – rozkazuję. – W tej chwili!
Lalka zaczyna się śmiać; tak głośno i szaleńczo, jakby traciła kontakt z rzeczywistością. Teraz kojarzy mi się z siostrą… Zniszczyłem moją śliczną laleczkę. Zmieniłem ją, ale jestem pewien, że w końcu dojdzie do siebie.
– Nie będziesz mi dłużej rozkazywał. Zostawię cię tu, żebyś zgnił. Tak jak ty zostawiłeś nas. Mam nadzieję, że odór krwi biednej Macy będzie cię dręczył aż do dnia, gdy zdechniesz z głodu.
Nie odważyłaby się tego zrobić.
Jeszcze raz próbuję zerwać z rąk kajdanki.
– Kurwa mać, wypuść mnie! – Chociaż rzucam się na drzwi całym ciężarem ciała, one nawet nie drgną. Wiedziałem, że tak będzie. Sam je zbudowałem, żeby moje laleczki były bezpieczne w swoich celach, więc nie da się ich wyważyć.
– Słyszysz, co mówię?! Wypuść mnie! – ostrzegam ją raz jeszcze.
– Ty nigdy mnie nie wypuściłeś. – Jej głos wyraźnie się załamuje. – Żegnaj, Benny.
Opuszcza mnie. Zostawia. Jednak wie, że po nią wrócę. To dlatego mnie nie zabiła. Te okrutne słowa to efekt trucizny, którą Detektyw Dupek traktował jej biedny mózg, ale lalka naprawdę mnie kocha i chce, żebym po nią wrócił.
– Wracaj tu, niegrzeczna lalko! Otwórz te drzwi! – krzyczę za nią, wyłamując sobie kciuk, by zdjąć kajdanki z jednego nadgarstka. Okazuje się to trudne nawet z przestawionym palcem. Metal przecina skórę, pozostawiając za sobą krwawą ranę, a pulsujący ból jeszcze bardziej napędza moją wściekłość.
Lalka o czymś zapomniała. Ta cela nie należała do niej, ale do jej siostry.
Czasami karałem Zniszczoną Lalkę i zamykałem ją tutaj, ale robiłem to tylko wtedy, kiedy była niegrzeczna. Na co dzień mogła sobie chodzić, gdzie tylko chciała. Zabierałem jej klucz wyłącznie, gdy coś przeskrobała.
Nie muszę długo szukać, bo niemal od razu zauważam porcelanową lalkę bez oka, z wystającymi z oczodołu nożyczkami.
Wokół jej szyi, na łańcuszku, wisi mój upragniony klucz.
Nawet po śmierci moja Zniszczona Lalka pozostała lojalna i przydatna dla swojego pana.
Podchodzę do drzwi, otwieram zamek, ale nagle zamieram w bezruchu. Czuję swąd popiołu i palonego drewna. Ten zapach jest tak mocny i intensywny, że aż drapie mnie od niego w gardle. Sekundę później czuję pod stopami żar i wiem już, co się stało. Płomienie. Pomarańczowe płomienie rosną coraz wyższe, pożerając cały mój dom.
Otacza mnie ogień, niszcząc wszystko, co zbudowałem.
Jak mogła mi to zrobić? Przecież to był również jej dom.
Myśli, że jestem tu zamknięty.
Chce mnie zabić.
Nie. Na pewno nie. Nie mogłaby.
Ogień. Ogień niszy cały mój dobytek i parzy moją skórę, gdy przedzieram się przez to piekło w poszukiwaniu schronienia i chłodnego powietrza.
Szyby trzaskają pod naporem wrzeszczącego z udręki drewna. Cały dom wydaje się jęczeć z bólu.
Otacza mnie gęsty i zabójczy dym, gdy biegnę prosto do okna i bez namysłu przez nie wyskakuję.
Szkło rozrywa poranioną skórę na moich ramionach, jednak nie czuję już bólu; nawet bólu swojego serca. Po tym, co zrobiła mi moja niegrzeczna laleczka, nie czuję zupełnie nic.
Leżę na trawie i wpatruję się w niebo, podczas gdy czarny dym powoli zamienia dzień w noc. Znajduję się zaledwie kilka metrów od pogorzeliska; od zgliszczy jedynego domu, jaki kiedykolwiek miałem.
Zabiła mnie.
Moja śliczna laleczka mnie zabiła.

Potrząsam gwałtownie głową, by odtrącić wspomnienia, po czym rozglądam się po otaczającym mnie zniszczonym terenie.
To cmentarzysko. Moje miejsce spoczynku, którego Laleczka nigdy nie przestanie odwiedzać. Może sobie wmawiać, że się ode mnie uwolniła, może słuchać, jak Dillon powtarza jej to do znudzenia – to nieistotne. Lalka należy do mnie i już na zawsze pozostanie moją własnością. Zostawiłem na jej duszy ślad, który wciąż każe jej tutaj powracać.
Przyjdzie tu. Wiem to.
Tak samo, jak wróciła w zeszłym roku. Obserwowałem ją wtedy, patrząc, jak łzy wzbierają w jej oczach, a potem płyną po delikatnych policzkach przy akompaniamencie nienaturalnego szlochu, który szybko przemienił się w śmiech. Pokręciła głową i odsunęła kosmyk włosów za ucho, pokazując głuszy, że czuje się wolna.
Naprawdę trudno było mi się powstrzymać, bo miałem ochotę natychmiast ją porwać. Chciałem zabrać swoją laleczkę tam, gdzie nikt już nigdy by jej nie odnalazł.
Zmieniła się tak bardzo, że miałem wrażenie, jakbym patrzył na obcą osobę. Jednak to pragnienie, poczucie, że należy do mnie, było silniejsze niż wszelkie wątpliwości i krzyczało, żebym zabrał to, co mi się należy. Niestety, lalka nie była sama. Niemowlę przy jej piersi, przyczepione do szczupłego ciała matki czymś w rodzaju uprzęży, sprawiło, że stałem w cieniu drzew nieruchomo niczym posąg.
Potem pojawił się przy niej ten skurwiel, wziął od niej dziecko i przyłożył obrzydliwe usta do skóry, którą to ja powinienem całować. Choć nie miał prawa dotykać mojej własności, umieścił dłonie na jej oliwkowym, za bardzo opalonym ciele. Szepnął jej do ucha, na co ona się uśmiechnęła. Nie. To do mnie powinna się uśmiechać!
Zresztą, pierdolę tego sukinsyna. Jeśli chce, może sobie oglądać jej uśmiech, ale to do mnie będą należeć jej łzy, jęki i błagania.
Na ogolonej głowie czuję kropelki potu; gałęzie drzewa, pod którym stoję, nie chronią zbyt skutecznie przed popołudniowym upałem. Dotykam palcami brody, którą noszę teraz dłuższą niż kiedykolwiek wcześniej. Muszę przyznać, że kobiety uwielbiają zarost; długa broda jest jak magnes na zdziry – szczególnie te, które kręci ostry seks. Te szmaty błagają, żebym zadawał im ból, przez co wkurwiają mnie tak bardzo, że spełniam ich marzenia z nawiązką.
Seks powinien być wyzwoleniem, ale we mnie rozbudza jedynie bestię, która ryczy coraz głośniej, żądając uwolnienia.
Tylko lalka mogłaby mnie wyzwolić.
Te szmaty nie są nic warte. Nie przynoszą mi satysfakcji. Nie są nią.
Moją śliczną laleczką.
Kiedy tak czekam, zwęglone ruiny mojego dawnego domu – naszego domu – wydają się ze mnie drwić, a czas mija okrutnie wolno.
To miejsce pozostało nietknięte.
Zarosło chwastami, ale aż do teraz nikt w nie nie ingerował.
Stare wspomnienia szamoczą mi się po głowie. Próbują zapuścić korzenie i uwięzić mnie w tym miejscu na zawsze.
Kiedy tu powracam, nawiedzają mnie duchy. Żółta taśma wciąż porusza się na wietrze pomiędzy zaroślami, otaczając podwórko, które policja dokładnie przekopała – ci skurwiele rozgrzebali każdy pieprzony metr mojej ziemi i zabrali z niej to, co nie należało do nich.
Zakłócili spokój przeszłości.
Nagle znów przychodzą mi na myśl wspomnienia o ojcu i o jego zdradach. Nie potrafię pogodzić się z tym, że nie mogę pozbawić go jego marnej egzystencji.
Słyszałem, że dla byłych policjantów więzienie jest wyjątkowo brutalne. Brutalne… ale w porównaniu z czym?
Jestem przekonany, że potrafię wymyślić dla niego lepsze tortury. Mógłbym sprawić, że cierpiałby tak bardzo, jak na to zasługuje. Powinien żyć w piekle, które stworzył.
Nagle z oddali dociera do mnie warkot silnika, a atmosfera natychmiast się zmienia.
Powietrze zaczyna w końcu się poruszać, jakby wzburzone emocjami, które czuję na myśl o naszym rychłym spotkaniu. Moja dusza krzyczy; błaga, bym z nią porozmawiał. Muszę ją usłyszeć, dotknąć jej, wejść w nią…
Muszę znowu poczuć spokój – spokój, który dawała mi w chwilach, kiedy nie uciekała, nie zdradzała mnie… Kurwa mać, ona mnie zamordowała!
Odkąd zniknęła, moje życie rozpoczęło się na nowo. Poznałem Tannera i wszystko się zmieniło, a jednak dzień w dzień jej obecność, albo raczej jej brak, nawiedza moje myśli i nie pozwala mi zaznać ulgi. 

***
Trzy lata temu

Mój ojciec zawsze dbał o to, żebym był przygotowany na zmiany, kiedy będę musiał uciekać. Wiedział, że to, kim jestem, niesie za sobą konsekwencje.
Gdy wstaję z trawnika, moja skóra zdaje się wrzeszczeć. Mam wrażenie, że zaciska się wokół mięśni i kości jeszcze ciaśniej, a wszystko boli mnie coraz mocniej… Jestem rozbity. Potrzebuję pomocy.
Wkurwia mnie, że muszę jej szukać, ale moje życie właśnie rozpadło mi się przed oczami. I to dosłownie.
Ojciec wpadł w ręce policji, więc idąc w tamto miejsce, ryzykuję, że skończę tak samo jak on. To niebezpieczne, ale jestem przygotowany. Nie znajduję innego wyjścia i nie wierzę, że ojciec miałby zdradzić policji cokolwiek, a już zwłaszcza nazwisko tego człowieka. Od zawsze nazywał go naszym sprzymierzeńcem.
Ruszam na zachód od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał mój dom, aż kilka kilometrów dalej natrafiam na drzewo, w którego korze wycięta jest litera B. Niedaleko dostrzegam kamień ozdobiony tą samą literą, więc przysiadam, by wyjąć go z ziemi. Chłodne powietrze drażni odsłoniętą, rozpaloną skórę na moim ramieniu. Rana postrzałowa to nic w porównaniu ze smrodem, jaki wydziela z siebie twoja własna, gotująca się skóra. Moje ciało się trzęsie, a oczy zachodzą mgłą, ale ja kopię dalej – kopię w ziemi coraz głębiej, łamiąc paznokcie na suchej, twardej glebie.
W końcu wzdycham z ulgą, kiedy natrafiam opuszkami palców na rączkę skórzanej aktówki. Z trudem wyciągam ją z ziemi i upadam, głośno oddychając.
Potrzebuję wody.
Po chwili nabieram sił, by znów usiąść, więc rozpinam zamek i zaglądam do środka teczki. Znajduję tam całkiem sporo banknotów, połączonych w plikach po tysiąc dolarów.
Trzydzieści tysięcy nie wystarczy na długo, ale zawsze to jakiś początek.
Na widok wizytówki dostaję dreszczy.
To dla mnie coś nowego. Zwykle nie polegam na innych ludziach, ale czasy się zmieniły i to przez moją niegrzeczną laleczkę.
Na wizytówce widnieje tylko jedno słowo: TANNER. Numer telefonu jest już zapisany w pamięci telefonu na kartę, który dostałem.
Jedną ręką naciskam przycisk „zadzwoń”, a drugą łapię za źdźbła trawy, ściskając je tak mocno, że połamane paznokcie wbijają się w skórę moich dłoni.
Słyszę dźwięk wybieranego numeru, a potem sygnał.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
– Jakie imię jest na wizytówce? – pyta mnie jakaś kobieta.
– Tanner – odpowiadam zachrypniętym głosem, który świadczy o tym, w jak kiepskim jestem stanie.
– Proszę zaczekać.
Słyszę w słuchawce pierdoloną muzyczkę.
Co to ma, kurwa, być?!
Ktoś śpiewa I Stand Alone przy akompaniamencie gitarowych riffów, co w tej sytuacji uznaję za wyjątkowo ironiczne.
Nagle muzyka cichnie, a zamiast niej pojawia się męski głos.
– Gdzie jesteś? – Jego ton jest niski i spokojny. Odzywa się do mnie tak, jak gdyby rozmawiał ze starym przyjacielem. – Powiedz, gdzie jesteś, to wyślę po ciebie samochód.
– Jakieś sześć czy osiem kilometrów od domu…
Połączenie urywa się, zanim mam szansę podać mu adres.
To mi się nie podoba, ale nie mam czasu o tym myśleć. Moje ciało jest coraz słabsze… Tracę przytomność, powoli zatapiając się w ciemność nocy. 

***
Mój umysł pogrążony jest we śnie, jednak jakiś cichy odgłos przegania płomienie, które otaczają całe moje ciało…
Po chwili budzi mnie ciche kapanie wody.
Kap.
Kap.
Kap.
Otwieram gwałtownie oczy i zrywam się do pozycji siedzącej, aż woda faluje wokół mnie i wylewa się za krawędź wanny.
Wanna. Jestem w wannie.
– Spokojnie – odzywa się ten sam mężczyzna, którego głos słyszałem wcześniej przez telefon. Wydaje się pewny siebie i władczy. Prawdopodobnie to on tutaj rządzi.
Zamieram w bezruchu, rozglądając się po nowym otoczeniu. Ściany łazienki od podłogi do sufitu pokrywają ciemne kafle. Całe pomieszczenie zdominowane jest przez wielkie lustro, zawieszone na jednej ze ścian. Siedzę nagi w ogromnej, rogowej wannie, a woda wokół mnie jest ciemna, mętna i chłodna.
Skupiam wzrok na stojącym nade mną i bezwstydnie przyglądającym mi się mężczyźnie.
Jest wysoki i ma na sobie garnitur oraz krawat. Elegancki skurwiel.
Czyżby miał zamiar zaprosić mnie na pieprzoną randkę?
O co tu, kurwa, chodzi?
Kim jest ten gość?
Moje plecy bolą tak bardzo, że nawet oddychanie sprawia mi trud. 
A ten mężczyzna, Tanner, nic nie robi, tylko na mnie patrzy.
Jego włosy są ciemne i gęste; ani długie, ani krótkie, zaczesane do tyłu. Jego oczy mają kolor płomieni, od których właśnie uciekłem, a usta są pełne i wykrzywione w podejrzanym uśmieszku. 
– Nie sądziłem, że zdołam cię kiedyś poznać – stwierdza, zachowując się tak, jak gdyby wiedział, kim jestem… Albo raczej czym jestem. – Wiszę twojemu ojcu przysługę… Nawet niejedną.
Najwyraźniej Tanner nie ma pojęcia, że mój ojciec siedzi teraz w pierdlu i nigdy już nie wyświadczy mu kolejnej „przysługi”.
Czy pomógłby mi, gdyby o tym wiedział?
Zresztą, nieważne. Gówno mnie to obchodzi. I tak niedługo stąd zniknę, by odnaleźć własną drogę, tak jak zawsze. 
– Pani doktor wróci za parę minut, żeby opatrzyć twoją poparzoną skórę. Wcześniej usunęła ci kulę z ramienia i zrobiła, co mogła, żeby zapobiec powstaniu blizn. Kilka jednak i tak ci zostanie. Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt próżny. – Przymyka powieki i przechyla głowę w bok, przeszywając mnie na wskroś spojrzeniem zaciekawionych, bursztynowych oczu.
– Na co się tak gapisz? – warczę, czując się bardziej obnażony niż kiedykolwiek dotąd i to wcale nie z powodu swojej nagości. 
Ten gość nie patrzy na mnie jak na kogoś, kogo chciałby przerżnąć. Widzę w jego oczach coś innego… zdziwienie, może podziw? Podchodzi o krok i siada na brzegu wanny, po czym wkłada rękę do wody i obserwuje, jak ta przepływa pomiędzy jego palcami.
– Gapię się, bo cię podziwiam. Jesteś naprawdę niezwykły, wiesz? Wprost nie mogę się doczekać, żeby pomóc ci osiągnąć twój prawdziwy potencjał. Teraz nie jesteś już sam – zapewnia, całkowicie mnie zaskakując. – Zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi, Benny.

***
Kiedy powietrze przeszywa warkot silnika, moje serce zaczyna drżeć i natychmiast powracam ze świata wspomnień do rzeczywistości.
Już z daleka rozpoznaję tę kupę złomu, którą Dillon ma czelność nazywać samochodem. Pochylam się i przyciskam ciało do drzewa, za którym się ukryłem. Dawne rany wydają się wrzeszczeć, ale w tej chwili nie mogę zwracać uwagi na ból.
Blizny po tamtej nocy nieustannie przypominają mi o tym, jak niegrzeczna laleczka mnie zdradziła. Są niczym znamię, z którym przychodzi na świat noworodek. Narodziły się wraz ze mną, kiedy wyszedłem z płomieni, wśród których mnie uwięziła, i stałem się nowym człowiekiem.
Moje dłonie drżą. Mam ogromną ochotę kogoś zabić! Ją, jego, siebie… Nie potrafię jednak nic zrobić i wciąż nie rozumiem, dlaczego. Minęły już lata, odkąd lalka była tylko moja… Jej nieobecność czyni mnie samotnym; odczuwam pustkę, której nikt nie jest w stanie wypełnić.
Ona wciąż do mnie należy.
Zawsze będzie należeć tylko do mnie.
Nie widzę jej wystarczająco często. Nie śledzę jej, nie obserwuję… Muszę nacieszyć się tym momentem i zapisać go w pamięci na później, by w każdej chwili móc sobie przypomnieć, że to nie jest już ta Niegrzeczna Laleczka, którą stworzyłem.
Teraz jest inna. Zepsuta. Przez niego.
Drzwi samochodu od strony pasażera się otwierają. Z daleka dostrzegam zakryte dżinsami nogi dziewczyny, którą kiedyś tak dobrze znałem. Wysiada z auta, pochyla się nad otwartą szybą i coś jeszcze mamrocze. Nie jestem w stanie usłyszeć, co mówi; niewyraźne dźwięki nijak nie układają się w słowa. Zaraz potem odchodzi, a jej włosy falują wraz z każdym pewnym siebie krokiem, kiedy przeprawia się przez gęste krzaki, zmierzając w stronę swojego celu.
To miejsce jest dla niej zapomnianym cmentarzyskiem, ale dla mnie to wciąż mój dom. Nasz dom.
Wściekłość gotuje się we mnie na równi z pożądaniem, rozpaczą i rozczarowaniem.
Lalka zatrzymuje się, a jej pierś porusza się prędko w rytm ciężkiego oddechu. Z daleka dostrzegam jej wystający brzuch; brzuch, w którym nosi cudze dziecko. Mam wrażenie, że ze mnie kpi; razi mnie w oczy samą swoją obecnością.
Mógłbym podejść tam szybko i bezgłośnie, zakończyć to wszystko w marnych kilka sekund. Mógłbym odebrać życie jej, a zaraz potem sobie. Ach, jak piękna byłaby to wiadomość dla tego kutasa, który sądzi, że od dawna nie żyję.
Ale nie tylko ona się zmieniła. Ja również jestem teraz inny.
Stałem się całkowicie nowym człowiekiem.
Nie działam irracjonalnie, a każdy mój krok jest dokładnie przemyślany.
Słońce odbija się od pofarbowanych na czerwono włosów lalki. 
Nienawidzę ich. Są okropne. Wyglądają tanio i nienaturalnie. 
Jej biodra są teraz szersze, a ciało pełniejsze. Macierzyństwo ją odmieniło – on ją zmienił! Zmienił moją idealną laleczkę! Jak ja, kurwa, nienawidzę tego skurwysyna… Mam ochotę obedrzeć go ze skóry. Tak, zedrzeć z niego skórę, założyć ją na siebie, a potem pieprzyć w niej moją niegrzeczną lalkę. 
Na dźwięk jej westchnienia przechodzi mnie lodowaty dreszcz. Zawiesiła wzrok na zwęglonych ruinach naszego życia, a ja nie spuszczam jej z oczu, ukryty w krzewach za drzewem, z daleka od niej. Nie zdoła mnie tu zauważyć, chyba że zacznie się rozglądać.
Odwracam wzrok w stronę samochodu.
Dillon, ten skurwiel, wysiadł, żeby porozmawiać przez telefon. Tak łatwo byłoby mi teraz zajść go od tyłu, poderżnąć mu gardło i pomalować asfalt na karmazynowo.
Mógłbym pokryć włosy laleczki prawdziwą czerwienią – czerwienią jego krwi.
Na tę myśl mój kutas sztywnieje.
Nagle jednak zauważam, że tylna szyba zjeżdża powoli w dół. Moje serce zaczyna bić jak szalone, gdy dostrzegam z daleka malutkie paluszki. 
Bum.
Bum.
Bum.
Przywieźli ze sobą dziecko! Ściskam mocniej małą laleczkę, którą przyniosłem jako prezent dla mojej niegrzecznej zabaweczki. W głowie aż mi wiruje, bo w tej chwili mogę myśleć wyłącznie o jednym. Muszę zobaczyć to dziecko!
Padam na glebę, by ukryć się wśród długiej, niekoszonej trawy, i pełznę między źdźbłami niczym wąż. Pan tak-zwany-detektyw odszedł już dobre sześć metrów od samochodu i krzyczy teraz do słuchawki, że ktoś spartaczył robotę. Ach, jak ja kocham tę ironię! Przecież to on sam jest prawdziwym królem partaczenia roboty! 
Nie spuszczając kretyna z oczu, podchodzę do tylnych drzwi jego auta, a mój żołądek aż skręca się z nerwowego podniecenia.
Zza otwartej do połowy szyby dociera do mnie szeroki, niewinny uśmiech. Brązowe oczy, w których dostrzegam też lekki poblask zieleni, spoglądają prosto na mnie, a gęste rzęsy trzepoczą tak szybko i pięknie jak skrzydełka ważki.
– Piciu? – gaworzy dziewczynka, trzymając w rączce kubek zakończony czymś, co przypomina sutek.
– Wyglądasz całkiem jak mamusia – mamroczę, zachwycony.
Dziewczynka chichocze i wyciąga do mnie rączki.
Mógłbym ją zabrać. Tak po prostu. 
Ciekawe, jak daleko udałoby mi się z nią uciec.
Jakaż by to była cudowna kara dla mojej niegrzecznej lalki…
Odrzucam jednak ten pomysł i wręczam dziewczynce mój prezent, po czym oddalam się, korzystając z chwili jej nieuwagi. Ukrywam się w cieniu drzew i obserwuję z daleka uśmiech na twarzy mojej Niegrzecznej Lalki. Ta jednak szybko poważnieje, oglądając spalony krajobraz. Jej ciało wyraźnie drży. Kiedy słyszy klakson, natychmiast wraca do samochodu, a chwilę później zatrzaskuje za sobą drzwi.
Jeszcze mocniej zaciskam dłoń na rękojeści wyjętego z torby noża.
Czekam.
Wyczekuję.
Aż w końcu słyszę znajomą melodię i zaczynam nucić do rytmu śpiewanej przez małą laleczkę piosenki.
Lalka panny Polly była chora, chora, chora.
Polly się zmartwiła, zadzwoniła po doktora.
Przyszedł więc pan doktor. Wziął kapelusz swój i teczkę
i do drzwi zapukał, chociaż za głośno troszeczkę.
Podszedł do laleczki, by dokładnie ją obejrzeć.
„Ależ panno Polly, ona w łóżku musi leżeć!”.
Wypisał receptę. Leków dużo, dużo, dużo.
Polly biegnie do apteki chyżo, chyżo, chyżo. 
Moje ręce pocą się wokół rękojeści noża. Ściskam go tak mocno, jak gdybym chciał wgnieść rączkę w dłoń. Silnik głośno rzęzi, kiedy samochód odjeżdża. Nie wrócili, by mnie szukać. Nie pomyśleli, że to ja.
Bo i jak mógłbym dać komuś prezent?
Przecież już mnie nie ma, od dawna nie żyję.
Nagle słyszę pod sobą cichy jęk i dostrzegam kosmyki włosów na cholewce mojego buta.
Z ziemi patrzą na mnie szeroko otwarte, pełne paniki oczy. Dziewczyna szybko potrząsa głową. Nie, nie, nie. 
Tak. Tak. Tak.
Schylam się i łapię wolną ręką jej tanie włosy, po czym unoszę ją z ziemi bez najmniejszego wysiłku. Była nieprzytomna o wiele dłużej, niż się spodziewałem. Jest okropna. Zupełnie nie przypomina mojej laleczki. Ma niewyparzony język i za luźną cipę.
Wciągam powietrze przez nos, napawając się tym momentem, po czym wbijam nóż prosto w jej klatkę piersiową. Ostrze wchodzi w nią tak, jak w twardy, krwisty stek. Wokół knebla rozlega się pisk. Dziewczyna wierzga w przód i w tył, z rękami mocno związanymi za plecami. Wbijam nóż po raz drugi, a potem trzeci. Jej ciało już nie protestuje, raczej się trzęsie, aż w końcu przestaje walczyć.
Ściskając szczupłe ciałko mocniej, przysuwam głowę do twarzy dziewczyny, by nosem niemal dotknąć jej ust. Strach ma bardzo specyficzny zapach, a kiedy śmierć jest tak blisko, można zobaczyć ją w oczach umierającego. To cudowne uczucie… Mogę kołysać się wraz z ofiarami na krawędzi pomiędzy życiem a śmiercią, czując jak ich ciała jeszcze podrygują, jak biorą ostatni oddech, wypuszczając go z ust razem z duszą.
Kiedy dziewczyna zamiera w bezruchu, przesuwam dłonią po zakrwawionych ranach, a potem ozdabiam czerwienią jej pierś i maluję nią martwe usta.
Po mojej głowie wciąż krąży obraz małej dziewczynki i prezentu, który przed chwilą jej wręczyłem.
Unoszę laleczkę i wsuwam rękę przez okno. Dziecko łapie zabawkę; małe, lepkie palce ocierają się o moje.
– Lala – sepleni zaślinionymi usteczkami.
– Tak, to jest lala. – Uśmiecham się do niej, tak jak lata temu uśmiechałem się do jej matki. – Piękna lalka dla ślicznej laleczki. 



ROZDZIAŁ PIERWSZY
~ Nieznane ~

Benny 
POPYCHAM DRZWI KLUBU, KIWAJĄC głową w stronę bramkarza. Tutaj, w The Vault, wszyscy znają mnie jako przyjaciela Tannera, a kiedy jesteś przyjacielem Tannera, nikt nie może ci podskoczyć. Gdy przechodzę obok baru, jakaś blondynka puszcza do mnie oczko, uśmiechając się zalotnie, ale nie jestem zainteresowany. Nie może zaoferować niczego, co chciałbym kupić i nie ma nawet pojęcia, jak szczęśliwą ją to czyni.
Moje gusta są wyjątkowe.
Osobliwe.
Anomalne, jak określa je zawsze Tanner. Cokolwiek to, kurwa, oznacza.
Tak czy inaczej, ta Blondi z wielkimi, sztucznymi cyckami podkreślonymi zdzirowatym ubiorem zdecydowanie nie jest w moim typie. No, może gdybym był w nastroju, żeby kogoś udusić… Ale nie. Dzisiaj pragnę kogoś przerżnąć, by pozbyć się myśli o mojej niegrzecznej lalce, noszącej pod sercem dziecko… Cudze dziecko. Kiedy kogoś zerżnę, może zapomnę o złości, rozpaczy i obrzydzeniu, które czuję.
Przechodzę przez klub, kierując się prosto do pokoju dla VIP-ów, który najwyraźniej zawsze zarezerwowany jest wyłącznie dla Tannera. Nie pytałem go o to, ponieważ przy naszej relacji byłoby to nie na miejscu, ale podejrzewam, że ten klub należy do niego, jak zresztą wiele innych. Właśnie tutaj przywiózł mnie po odnalezieniu, oznajmiając, że to miejsce stanowi mój plac zabaw i że mogę prosić, o co zechcę, a on spełni każde życzenie.
Problem w tym, że prosiłem, jednak nigdy nie dał mi tego, czego oczekiwałem.
Dlatego, że pożądam wyłącznie jej. 
Nikt nie ofiaruje mi jednak niczego za darmo.
Kiedy napływają kolejne myśli o ślicznej laleczce, znów wzbiera we mnie gniew. Nie ma dnia, żebym obsesyjnie o niej nie myślał. Czasami wyobrażam sobie nawet scenariusz, w którym ona i jej malutka laleczka są moje; tak jakbyśmy tworzyli rodzinę. Potem jednak znów wracam do rzeczywistości, a ta przekreśla moją przeklętą fantazję.
Życie w prawdziwym świecie zmieniło mnie: poznałem zasady, o których dotychczas nie miałem pojęcia. Teraz wiem, że jeśli chcę zdobyć, czego pragnę, muszę tymczasowo trzymać się na uboczu. Cierpliwość jest tutaj kluczem, więc muszę być wytrwały, nie reagować impulsywnie i nie robić niczego lekkomyślnego, przez co sprowadziłbym na siebie śmierć albo dał się zamknąć, jak mój kochany tatusiek.
Nie dostanę swojej lalki.
Jeszcze nie.
Może i jestem psychopatą, ale nie głupim. Doskonale zdaję sobie sprawę, że Detektyw Przygłup przez cały czas czuwa nad nią i jej córeczką, dlatego potrzebuję planu. Muszę się przygotować.
– Benjamin! – Kiedy tylko odsuwam szkarłatną kurtynę, oddzielającą klub od eleganckiego pokoju dla VIP-ów, od razu wita mnie w nim znajomy, niski głos. Przypominam sobie, jak za pierwszym razem Tanner popełnił błąd, zwracając się do mnie per „Benny”. Musiał dojrzeć w moich oczach ogień, bo jeszcze zanim zdążyłem zareagować, poprawił się, by nigdy więcej nie powiedzieć do mnie w ten sposób. Nigdy nie zaznaczałem, że ma nazywać mnie „Benjamin”, tego domyślił się sam. W momencie mojej słabości, kiedy siedziałem nagi w jego wannie, otoczony zimną, mętną wodą, Tanner był w stanie przejrzeć mnie na wylot.
– Jesteś teraz nowym człowiekiem, Benjamin. Jesteś silniejszy niż kiedykolwiek, odzyskałeś władzę i kontrolę. Pokonałeś śmierć i rozerwałeś łono, w którym żyłeś zamknięty przez tyle długich lat. Ten dom cię dusił, Benjamin. Był dla ciebie zupełnie niczym więzienie. Mężczyzna, jakim byłeś, w końcu może zamienić się w bestię, która od zawsze w tobie drzemała. Uwolniony z klatki i spuszczony z łańcucha potwór może teraz polować i pożywiać się, kiedy tylko zechce. Benny już nie żyje. Teraz narodził się Benjamin.
Miałem ochotę poderżnąć temu skurwysynowi gardło, ale on, oczywiście, był na to przygotowany. Mam wrażenie, że Tanner zawsze wyprzedza mnie o krok. Kiedy przestałem wreszcie rozmyślać nad tym, jak go zamordować, on zaczął mnie uczyć. Teraz, odkąd nie ukrywam się już bezpiecznie w swoim domu, stałem się podatny na wiele nieprzewidzianych niebezpieczeństw. Tanner pokazał mi, jak żyć tak, jak przystało na potwora mojego pokroju – w świetle dziennym, bo najciemniej jest zawsze pod latarnią.
Tanner ma wielu znajomych na wysokich stanowiskach. Dostarcza im coś, czego nikt inny nie mógłby zaoferować, dlatego później może żądać od nich oddania przysługi.
Coś za coś, powtarza zawsze z błyskiem w oku i szaleńczym uśmieszkiem.
Poza mną nie ma jednak zbyt wielu ludzi, z którymi spędzałby czas.
Obaj jesteśmy samotnymi wilkami, które spotkały się pewnej bezksiężycowej nocy i wytworzyły więź, z jakiej istnienia dotąd nawet nie zdawałem sobie sprawy.
Teraz posiadam przyjaciela.
– Chodź, przyjacielu – zaprasza mnie Tanner, spychając z kolan nagą brunetkę. Kobieta wymyka się ukradkiem z pokoju, nie mówiąc ani słowa. Tanner ma na sobie garnitur – przysięgam, że zawsze nosi go jak jakąś pieprzoną zbroję – i trzyma w ręku kieliszek z ciemnym płynem. Zwykle ogniste spojrzenie jego złocistych oczu jest teraz przygaszone przez substancję, którą musiał wcześniej zażyć.
Wchodzę do pokoju i zajmuję miejsce naprzeciw niego, na pluszowym fotelu, obok którego stoi przygotowany wcześniej kieliszek burbonu. Odnoszę wrażenie, że Tanner zawsze wie, kiedy go odwiedzę.
– No więc, jak spisała się Amy? – pyta, z zaciekawieniem unosząc brew, po czym upija łyk alkoholu z kieliszka. 
Na samą myśl o tej dziewczynie od razu wykrzywiam twarz. Amy była kolejnym prezentem od Tannera, ale on nigdy nie daje mi tego, czego naprawdę pragnę. Chociaż te dziewczyny spełniają niektóre z moich kryteriów, to nie dostałem jeszcze takiej, która pasowałaby pod każdym względem…
Pewnie dlatego, że jedyną taką dziewczyną jest moja Śliczna Laleczka.
Jestem pewien, że Tanner doskonale wie, że tylko ona może nasycić moje największe pragnienie.
– Sądząc po żądzy mordu w twoich oczach, zgaduję, że cię nie usatysfakcjonowała. – Uśmiecha się. – Mam rację? Czyżby cię rozczarowała?
Zaciskam szczękę i przejeżdżam palcami po ogolonej na łyso głowie. Nadal nie jestem przekonany do swojego nowego wyglądu, ale Tanner twierdzi, że muszę go zmieniać co najmniej co sześć miesięcy. Do tej pory jeszcze mnie nie zawiódł, więc z jakiegoś powodu mu wierzę.
– Można tak powiedzieć – odburkuję.
Tanner śmieje się cicho i odkłada kieliszek.
– Och, ależ to okropne. Co tym razem nie zagrało? Nie była wystarczająco młoda? Nie miała dość ciemnych włosów lub odpowiednio ciasnej cipki?
Tak, tak i tak. Odpowiedź na wszystkie trzy pytania brzmi tak.
Poza tym nie była moją Niegrzeczną Lalką.
Moją Śliczną Laleczką.
Muszę jednak przyznać, że Amy wyglądała przepięknie, wykrwawiając się na trawie pośrodku lasu.
– Po prostu… była niewystarczająca – wyznaję, po czym głośno wzdycham.
– Co zrobiłeś z ciałem? Znowu zostawiłeś taki pieprzony bałagan jak ostatnio?
Tym razem to ja uśmiecham się z wyższością. Tak, kiedy tracę głowę, Tanner nie ma wyjścia – musi posprzątać mój burdel.
– Wszystkim się zająłem. Wykopałem jej nawet grób. Bardzo płyciutki, ale przecież z niego nie ucieknie, nie?
Zagrzebałem jej ciało wśród zgliszczy mojego dawnego domu. Zawsze tak robię, pokazując w ten sposób lalce i jej durnemu ochroniarzowi, że obydwoje mogą się pieprzyć. Miejsce, w które Jade przychodzi mnie opłakiwać, stało się teraz cmentarzyskiem dla zepsutych laleczek, a oni nic o tym nie wiedzą.
I mają czelność nazywać się detektywami?
Pierdolcie się. Oboje.
Tanner opiera plecy w fotelu i ze spokojem mruży powieki.
– Wiesz, jak bardzo uwielbiam wyzwania i właśnie dlatego… – Unosi dłoń, trzykrotnie pstrykając palcami. – Mam dla ciebie niespodziankę.
Nagle z głośników rozbrzmiewa dziecięca piosenka, przypominająca mi melodię z pozytywki albo z wesołego miasteczka. Karmazynowa zasłona rozsuwa się niczym kurtyna nad sceną, a do pokoju wchodzi młoda kobieta, na której widok mój kutas natychmiast twardnieje pod materiałem dżinsów.
Jest taka drobniutka… taka, jak lubię.
Ma maleńkie cycki.
Krótką, różową sukienkę.
Najpełniejsze usta, jakie kiedykolwiek widziałem, ale… cholera, chyba przynajmniej są naturalne.
Duże, niebieskie oczy… usytuowane jednak zbyt blisko siebie.
Wykrzywiam wargi w niesmaku. Te oczy psują absolutnie wszystko! Mój chuj od razu nieco mięknie, ale mimo to patrzę, jak dziewczyna nieśmiało podchodzi, pociągając palcami za kraniec przykrótkiej sukienki.
– Siadaj na kolanach Potwora! – Tanner rozkazuje lodowatym tonem. Każdy, do kogo zwraca się w taki sposób, nie jest w stanie odmówić wykonania polecenia. Nawet ja. 
– Tak, Panie. – Dziewczyna posłusznie kiwa głową.
Pan i Potwór.
Tanner twierdzi, że stanowimy jedyny w swoim rodzaju duet. Nikt nie może się z nami równać. Jesteśmy drużyną, działamy więc razem. Całkowicie się z nim teraz zgadzam, choć musiało minąć trochę czasu, zanim zdołałem mu zaufać.
Panienka nie wygląda na zbyt chętną, ale mimo to siada okrakiem na moich udach. Jej małe dłonie wsuwają się pod moją dopasowaną koszulkę i wędrują w kierunku ramion.
– Zamknij oczy – warczę głosem niższym i ostrzejszym niż ton Tannera.
Dziewczyna sztywnieje ze strachu, ale posłusznie zamyka oczy. Grzeczna lalka. Przez chwilę błądzę dłońmi po jej małym tyłku, po czym podciągam jej sukienkę na brzuch. Nagle wyczuwam, że nie założyła bielizny. Natychmiast robię się wściekły. Grzeczne lalki noszą koronkowe majteczki! Nie są takimi zdzirami, jak ta Blondi przy barze!
– Gdzie twoje majtki?! – warczę, uderzając ją w pośladek tak mocno, że jęczy z bólu.
Natychmiast spogląda na Tannera, ale on wzrusza jedynie ramionami i gestem pokazuje jej, że ma się odwrócić.
– Nie patrz na mnie, laleczko. To on pociąga tutaj za sznurki.
Jego spojrzenie staje się mroczniejsze, kiedy zauważa strach w oczach laleczki.
Musiała już wyczuć, że właśnie budzi się we mnie bestia. Skrywam w sobie diabła, który szeptem podpowiada mi, jak pociąć ją na kawałki, jak sprawić, by dłużej cierpiała, kąpać się w jej krwi, rozkoszować słonymi łzami… Gdy patrzy mi w oczy, jasnoniebieskie tęczówki w kolorze oceanu przepełnia wyłącznie rozpacz. Pod wpływem jej przerażenia mój kutas znowu sztywnieje. Być może jednak coś z tego będzie.
– Zrób mi loda, laleczko – syczę, spychając ją na podłogę, a huk, z którym upada u moich stóp, podkręca moje podniecenie. 
Przez lata nie tylko moja wściekłość i rozpacz stawały się coraz większe – proporcjonalnie do nich rosła też potrzeba krzywdzenia ludzi. Teraz już rozumiem, że mężczyzna, którego zabiła moja lalka, miał swój fetysz… Ten, który narodził się na jego miejsce, nie posiada już fetyszu, ma potrzebę – mroczny, głęboko zakorzeniony popęd, który można zaspokoić wyłącznie w jeden sposób.
Laleczka zabiera się do roboty tak ochoczo jak wszystkie kurwy, kiedy pomacha im się pieniędzmi przed nosem. Klęka przede mną i z niecierpliwością rozpina moje dżinsy. Gdy pochyla głowę, jej długie, ciemne włosy zasłaniają twarz, a mi przechodzi przez myśl, że teraz mogłaby nawet uchodzić za moją śliczną laleczkę. Tak bardzo mam ochotę sobie ulżyć, mój fiut dosłownie boli z podniecenia… Łapię więc kurwę za włosy i, ignorując zaskoczony jęk, który wydaje, przyciągam jej usta do swojego chuja. 
Czuję na sobie wzrok Tannera. Jego oczy są wszędzie; ten mężczyzna zawsze mnie obserwuje, zawsze ocenia i zawsze pomaga, gdy sprawy zachodzą za daleko. Nie jestem pewien, dlaczego postanowił się ze mną zaprzyjaźnić, ale nie mogę na to narzekać. Miło jest mieć obok kogoś, kto mnie rozumie.
Zastępcza laleczka zaczyna ssać mojego nabrzmiałego kutasa tak, jakby robiła to już tysiące razy. Tanner ma na wyciągnięcie ręki całe dziesiątki dziwek, których używa jako przykrywkę dla tego, co tak naprawdę oferuje. Z pozoru klub proponuje klientom zwyczajne, łagodne rozrywki, ale kiedy dostaniesz się na prywatną listę Tannera, będziesz mógł posmakować mroczniejszej wersji tego świata. 
Jednak nawet ci wybrańcy nie wiedzą wszystkiego. Jakiś czas temu do klubu przyszedł mężczyzna i oświadczył, że chce rozmawiać z Robertem. Tanner przywitał go, przedstawiając mu się jako Robert, a kiedy później spytałem go, dlaczego to zrobił, wyjaśnił, że dla mnie jest Tannerem, dla tego faceta Robertem, a dla Lucy, menadżerki klubu, nazywa się Cassian. Tak naprawdę chuj wie, które z tych imion jest prawdziwe… Być może żadne? Właśnie dzięki temu, że Tanner jest całkowicie anonimowy, pozostaje bezpieczny. 
Po chwili tania szmata zaczyna ssać mojego kutasa mocniej, przez co ponownie przyciąga moją uwagę. Jej przerażenie już dawno zniknęło i teraz lalka chce tylko sprawić mi przyjemność. Tak kurewsko się stara, ale to mnie wkurwia, zamiast podniecać. Mój kutas znów zaczyna mięknąć.
Kiedy suka przerywa na chwilę i patrzy tymi swoimi niebieskimi oczętami na mojego oklapniętego penisa, nie jestem w stanie dłużej tego wytrzymać.
– Jesteś do niczego, lalko! – wrzeszczę, łapiąc ją za gardło. Szarpię ją, podnoszę i sadzam na swoich kolanach, po czym zaciskam palce jeszcze mocniej… Śmiertelnie mocno, przez co dziwka natychmiast wbija paznokcie w mój nadgarstek.
Tanner, jak na lojalnego przyjaciela przystało, nawet nie próbuje mnie powstrzymać. Przez cały czas tylko obserwuje, mrużąc powieki i uśmiechając się kącikiem ust.
Twarz bezwartościowej lalki robi się różowa, potem czerwona, aż w końcu nabiera pięknego odcienia ciemnego fioletu, kiedy dziwka bezskutecznie próbuje nabrać powietrza. Mogła przecież zapytać, czego chcę, ale nie, musiała okazać się kolejną kurwą, napaloną wyłącznie na kasę! Ach, wielka szkoda. To jedyna lalka, w której widziałem dotychczas choć cień potencjału.
Gdy puszczam jej szyję, po jej policzkach spływają łzy. Szmata kładzie dłonie na gardle i świszczy, próbując złapać oddech.
– Skurwiel – szepcze z jadem w głosie.
Jest bezwartościowa, ale przynajmniej ma jaja. 
Szkoda tylko, że moje są o wiele większe. 
Popycham dziwkę tak, że znów upada na kolana. Łapię ją za głowę i z powrotem wsuwam kutasa do jej ust. Wsadzam go tak mocno, aż zaczyna się dławić i walczy, by się oswobodzić. Uśmiecham się, gdy mała szmata próbuje mnie ugryźć.
Ściskam ją za ramiona, kładę na ziemi i zawijam palce wokół chudziutkiej szyi. Wolną ręką podpieram się o podłogę, z całej siły wpychając kutasa do jej gardła. Ciało lalki drży, kiedy wierzga pode mną, próbując szerzej otworzyć usta, by nabrać powietrza. I co, suko? Spróbuj ugryźć mnie teraz. 
Lalka zdycha. Powoli zdycha.
Rżnę ją w usta z całą energią, jaką w sobie mam. Poruszam biodrami coraz szybciej, ściskam gardło mocniej, aż wreszcie słyszę pod sobą charakterystyczny chrzęst. Dziewczyna natychmiast wiotczeje. Zgniotłem jej tchawicę. Jestem coraz bliżej orgazmu… Robi mi się gorąco, żar promieniuje z krocza w górę pleców… Wyciągam chuja z jej ust i ozdabiam spermą martwe, szeroko otwarte oczy.
Wstaję z ziemi, wsuwam dłonie pod jej ramiona i bez wysiłku podnoszę dziwkę z ziemi. O tak, jej ciało jest teraz takie wiotkie i bezwładne… W końcu wygląda jak najprawdziwsza lalka! 
Głupia, martwa laleczka. Dokładnie taka, jak one wszystkie.
Ta szmata mnie obrzydza. Bez wahania odrzucam ją więc od siebie, słysząc nagle ohydny szczęk, kiedy jej głowa uderza mocno o kant stolika. Truchło stacza się na podłogę i ląduje na niej twarzą do dołu. Spoglądam zafascynowany, jak z tyłu rozwalonej czaszki zaczyna wyciekać krew. Nie płynie szybko, tak jak robiłaby to, gdyby dziewczyna wciąż oddychała, sączy się raczej niczym keczup ze szklanej, przewróconej butelki, którą ktoś zapomniał zakręcić. 
Ach, to…
To sprawia, że mój penis na powrót twardnieje.
Staję nad nieruchomym ciałem i przesuwam dłonią po głowie Bezwartościowej Lalki. Zaczynam się masturbować, używając jej krwi jako idealnego lubrykantu.
– Tak, Benjamin, o to właśnie chodzi! – chwali mnie Tanner. – Uwolnij z siebie potwora. Zaspokój swój głód!
Jego słowa odbierają mi resztki zdrowego rozsądku. Potwór… Bestia, która zwykle we mnie drzemie, szaleje teraz z pożądania!
Lalka.
Laleczka.
Moja Śliczna Laleczka.
Sprawię, że znów będzie moja.
Muszę ją porwać.
Żadna lalka nie zdoła jej zastąpić.
Dochodzę tak niespodziewanie i gwałtownie, jak nigdy dotąd, aż cały się trzęsę. Minęły wieki, odkąd osiągnąłem satysfakcjonujący orgazm, a teraz dokonałem tego dwa razy z rzędu. Zaskoczony, ale i kurewsko zadowolony, patrzę, jak moja sperma spada na zakrwawioną czaszkę. Tanner klęka przede mną, przesuwając palcem przez strumień krwi, który spływa po policzku martwej lalki. Unosi dłoń w stronę światła.
– Wiem, że nadal chcesz dostać swoją starą laleczkę. To się nie zmieni, co? – pyta, wpatrzony w zakrwawiony opuszek.
– Nie, nie zmieni – przyznaję, lekko zirytowany. Jak on śmiał nazwać ją moją starą laleczką? Ona nie jest stara; to jedyna lalka, która kiedykolwiek mnie zadowoli. 
– W takim razie powinieneś się o nią upomnieć. W końcu tylko ona zdoła zaspokoić Potwora, zgadza się? – Patrzy na mnie tymi bursztynowymi oczami, unosząc palec do ust i zlizując z niego krew bezużytecznej lalki.
– Ona jest tą jedyną.
Przez jakiś czas czułem się całkiem dobrze. Pogodziłem się z tym, że ryzyko jest zbyt wielkie i że nie mogę odzyskać swojej Niegrzecznej Lalki… Zrozumiałem, że muszę zniknąć, by zacząć wszystko od nowa.
Stałem u progu nowego życia.
Otworzyły się dziesiątki możliwości, którym na jakiś czas udało się mnie zająć. Kobiety, które dostawałem od Tannera, stanowiły rozrywkę i odciągały mnie od wspomnień. Teraz jednak to wszystko za bardzo mnie przytłacza. Od jakiegoś czasu nie mogę przestać myśleć o mojej lalce… Muszę wiedzieć, co robi, gdzie jest, co zamierza… Zdaję sobie sprawę, że w końcu nie zdołam się powstrzymać. To pragnienie jest zbyt silne. Prędzej czy później mu się poddam i porwę laleczkę na nowo… 
Najwyraźniej Tanner to rozumie.
Kiwa do mnie głową.
– W takim razie zabierz ją, Benjaminie. Zasłużyłeś na nią. Zorganizuję dla was bezpieczne miejsce, a ty w tym czasie pozbędziesz się detektywa Scotta. To musi wyglądać na wypadek, tak jak rozmawialiśmy. Kiedy już go załatwisz, dasz jej czas, by mogła go opłakiwać. Tylko w ten sposób wszyscy bliscy uwierzą w list, który w końcu napisze, i w to, że musiała uciec od druzgoczących wspomnień.
Cierpliwość.
Muszę być cierpliwy.
I chociaż to czekanie doprowadza mnie do pierdolonego szału, Tanner ma rację.
Patrzy na mnie z uśmiechem, przechylając głowę na bok. Znam to spojrzenie. Gapi się na mnie w ten sposób od trzech pieprzonych lat.
– Więc gdzie będę mógł z nią wyjechać? – pytam, zżerany przez ciekawość. Nie mam pojęcia, jak daleko muszę ją wywieźć, żeby każdy uwierzył, że uciekła, a nie została porwana.
– Och, przyjacielu, ależ ty nigdzie nie pojedziesz. Nikt nie da ci niczego za darmo. Poza tym nie chcę się z tobą rozstawać. Za bardzo cię polubiłem, żeby teraz pozwolić ci zniknąć. Nie tęskniłbyś za mną, Benjaminie?
Czy bym za nim tęsknił? Nie, gdybym był z moją lalką. Niestety nie dysponuję środkami, by porwać ją samodzielnie, a Tanner zawsze dostarcza mi wszystkiego, czego potrzebuję. Czy jestem gotów, by podjąć się tego sam… i to nie po raz pierwszy?
Nie.
– Tęskniłbym za naszym wspólnie spędzonym czasem – przyznaję, wskazując głową martwą laleczkę pokrytą moją spermą.
Tanner wybucha głośnym śmiechem.
– No właśnie. – Odwraca się na chwilę, po czym woła ochroniarza stojącego po drugiej stronie czerwonej kurtyny. – Wilson! Zadzwoń po ekipę sprzątającą. Mamy tu mały bałagan.
Martwa lalka już wkrótce będzie rozkładać się w beczce kwasu. 

Znak graficzny rozdzielający części rozdziału

Chociaż minęło kilka dni, słowa Tannera wciąż raz po raz odtwarzają się w mojej głowie. W takim razie zabierz ją, Benjaminie. Zasłużyłeś na nią. Sam już nie wiem, jakim cudem zdołałem pozostawać w cieniu przez tak długi czas. Znalazłem całkiem sporo wymówek, które sobie powtarzałem:
Ktoś mógłby mnie rozpoznać.
Mogliby mnie złapać.
Dokąd bym ją zabrał?
I – co najgorsze – co będzie, jeśli ona już mnie nie podnieca?
Śliczna Laleczka jest dla mnie wszystkim; posiadanie jej stanowi cel mojego życia, bez którego nie mogę dłużej istnieć. Desperacko pragnę tego, co nieprawdziwe… czegoś nieuchwytnego… Te uczucia są tak silne, że mają nade mną władzę. Co, jeśli znów mną zawładną? 
W takim razie zabierz ją, Benjaminie. Zasłużyłeś na nią.
Nie mogę dłużej odkładać tego na później. Tanner mi pomoże. Znajdzie odpowiednią kryjówkę dla nas dwojga… Bezpieczne miejsce, tylko dla nas.
Ten moment jest już coraz bliżej, dlatego od kilku dni bezustannie ją śledzę. Obserwuję, jak zabiera dziecko do przedszkola, a potem kieruje się na komisariat. Patrzę, jak jedzie wykonywać pracę w terenie, jak wraca wieczorem do domu razem z tym swoim pierdolonym mężem i jak spędza wspólne wieczory z całą rodzinką. Ach, jak ja nienawidzę tych ich idiotycznych uśmiechów, kiedy gotują kolację i zasiadają razem do stołu.
Każdej nocy wracam do domu coraz bardziej wściekły. Nie mam żadnego cholernego planu, ale chcę, żeby Dillon cierpiał – nawet jeśli ma to wyglądać na wypadek.
Lalka będzie go opłakiwać, ale tylko do momentu, kiedy ponownie w nią wejdę. Wtedy w końcu zda sobie sprawę, że ten skurwiel nigdy nie powinien jej dotykać i że jest moja. Moja. Zawsze tak było.
Śledząc ją, działam jak na autopilocie, dlatego dopiero w ostatniej chwili zauważam, że włączyła kierunkowskaz i właśnie skręca na osiedle, którego nie kojarzę. Uśmiecham się od ucha do ucha, stwierdzając, że lalka na pewno tutaj nie mieszka. Czyżby jej beznadziejny mąż nie potrafił jej zaspokoić? Czy zdradza go z jakimś głupim fiutem, którego zamorduję, kiedy tylko od niego wyjdzie?
A może spotyka się z adwokatem, bo chce wnieść pozew o rozwód?
Ach, tak, na tę myśl szczerzę się jeszcze szerzej. 
Niestety, ledwie zauważam, gdzie parkuje, mój dobry humor natychmiast znika. Po cholerę ona tu przyjechała?!
To dawny dom mojego ojca, w którym, zanim trafił do więzienia, mieszkał ze swoją nową żoną, poślubioną po tym, jak doprowadził moją matkę do szaleństwa. Nigdy dotąd tu nie byłem i nie poznałem tej kobiety, ale czytałem sporo artykułów na temat ślicznej pani doktor – żony zhańbionego komendanta policji. To Tanner podał mi ten adres. Powiedział, że jeśli zabicie nowej kobiety ojca przyniesie mi ulgę po stracie matki, powinienem to zrobić.
Ja jednak nie chciałem mścić się w jej imieniu. Moja jebana matka na to nie zasłużyła! Odebrała mi moją Bethany. Może gdyby tego nie zrobiła, moje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej… 
Może byłbym inny…
Nieważne! Pierdolę swoją matkę i tę młodą doktorkę!
Kiedy przejeżdżam obok domu ojca, ani na chwilę nie spuszczam wzroku ze swojej laleczki, która siłuje się z fotelikiem, nieporadnie próbując wyciągnąć dziecko z samochodu. Parkuję kilka domów dalej. Patrzę, jak drzwi wejściowe się otwierają, a po schodach z werandy schodzi jakaś dziewczyna…
Bethany?
Bum.
Bum.
Bum.
Czas nagle zwalnia. Nie mogę w to uwierzyć. Bethany rusza pewnym krokiem w stronę mojej Ślicznej Laleczki.
Gdy wiatr rozwiewa jej długie, brązowe włosy, zauważam, że Bethany się nie uśmiecha. Tak, pamiętam ten posępny wyraz twarzy. Moja siostra zawsze miała taką minę. 
Nie moja biologiczna siostra, ale moja Bethany.
Czyżby ojciec ją tu ukrył?! Wyleczył ją, naprawił, a potem przez tyle lat przede mną ukrywał?!
Nie.
Nie.
Nie.
Przecież widziałem jej ciało! Kurwa mać, nawet je pochowałem! To jakaś sztuczka. Ktoś próbuje mnie nabrać. Z głośnym prychnięciem wyciągam z kieszeni telefon, który Tanner kazał mi przy sobie nosić, po czym włączam aparat i przybliżam na nim obraz najmocniej, jak to możliwe.
Bethany zasłania oczy przed zachodzącym słońcem. Ma na sobie krótką, kwiecistą sukienkę, w której wygląda tak młodziutko… W rzeczywistości pewnie jest starsza. Jej drobna twarz ma jednak bardzo dziewczęce rysy, a ciało jest szczuplutkie niczym u nastolatki. Nie wytrzymam; cały się trzęsę, zarówno z ekscytacji jak i z ogromnego strachu. W mojej głowie panuje chaos. Nie wiem, co robić, ale… Cieszę się. Jestem taki szczęśliwy! Nagle jednak przypominam sobie o przeszłości. Wzdycham głośno z żałością, gdy przed oczami staje mi obraz mnie samego, w wieku siedmiu lat.
Straciłem siostrę, kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Nie, nie straciłem. To mój ojciec brutalnie mi ją odebrał! Później dostałem jednak nową Bethany… Tę Bethany, którą w końcu ukradła mi matka. 
Ta dziewczyna jest idealnym połączeniem ich obydwu. 
Ale jak to możliwe?
Wróciła do mnie po tylu latach! Ojciec kłamał; on wcale nie szukał zastępstw dla Bethany, ponieważ Bethany nigdy nie odeszła! Po prostu ten chory, samolubny skurwiel umieścił ją tutaj, zatrzymując dla siebie.
Przyglądam się, jak moja Niegrzeczna Lalka podaje swoje dziecko Bethany, po czym odjeżdża.
A ja?
Ja spoglądam na przeszłość… na teraźniejszość… na cud.
Nie spuszczam wzroku z Bethany, aż ta znika ponownie w domu. Czekam. Cierpliwie czekam, aż mija blisko czterdzieści pięć minut i nie jestem w stanie dłużej tego wytrzymać. Zwariuję… zaraz oszaleję z niepewności! Wysiadam więc z samochodu i zakradam się wzdłuż obsadzonej drzewami ścieżki.
Bum.
Bum.
Bum.
Upewniwszy się, że nikt mnie nie widzi, podchodzę do bocznej ściany domu, ukryty w półmroku, który właśnie przyniósł ze sobą zmierzch.
Przekręcam gałkę w drzwiach do garażu, a te, ku mojemu zaskoczeniu, od razu się otwierają. To było proste, banalnie proste. Garaż nie stanowi dla mnie wyzwania, ale kiedy podchodzę do drzwi łączących go z domem, muszę zachować ostrożność. Uchylam je zaledwie na tyle, by móc zajrzeć do środka.
Bethany stoi w kuchni, odwrócona plecami do mnie, i miesza coś w garnku. Z drugiego pokoju dochodzi piosenka ze Sponge Boba i głos małej dziewczynki, która nuci do jej rytmu.
Dlaczego moja Bethany zajmuje się dzieckiem Niegrzecznej Lalki? 
Gdy tylko zaczyna się odwracać, prędko zamykam za sobą drzwi i przyciskam ucho do drewna, próbując podsłuchać, co się dzieje. Po chwili w pomieszczeniu robi się zupełnie cicho. Jestem niemal pewien, że z niego wyszła, więc ponownie uchylam drzwi.
Miałem rację, Bethany już tutaj nie ma. Gdy zakradam się do kuchni i wyglądam za róg, zauważam ją w jadalni, jak rozkłada zastawę na stole. Ciemne włosy nadal zakrywają większość jej twarzy. Dzieciak stoi obok, pijąc soczek przez słomkę i podrygując do piosenki z kreskówki. Chowam się z powrotem za rogiem i wykorzystuję wiszące na ścianie lustro, by je obserwować.
– Jeśli zjesz cały makaron, MJ, to później pójdziemy pobawić się w przebieranki – obiecuje Bethany. Nie pamiętam, żeby jej głos był aż taki łagodny, prawie jak głos dziecka… To pobudza mnie jeszcze bardziej. Jest cudowniejsza, niż zapamiętałem! Dziecko piszczy z ekscytacji i niemal rzuca się na swoje jedzenie.
Kiedy Bethany odwraca głowę, by spojrzeć na zegar, w końcu mam okazję dokładnie jej się przyjrzeć. Dobrze znam ten lekko zadarty nosek, jasne piegi na policzkach i pełne, idealne usta… No i oczywiście jej oczy. Tak, piwne, cudowne tęczówki, łączące w sobie brąz i zieleń w absolutnie perfekcyjnych proporcjach. Czuję się, jakbym patrzył na doskonałe połączenie moich dwóch ulubionych siostrzyczek.
Mój kutas natychmiast twardnieje.
Tęskniłem za wszystkimi siostrami, które tata przyprowadzał do domu, ale to właśnie za nią najbardziej.
Pocieram penisa przez spodnie. Bethany jest taka piękna… Kochałem ją, marzyłem o niej od tak dawna, a teraz stoi przede mną i znów może być moja. Nagle mój telefon zaczyna wibrować. Zamieram na krótką chwilę, kiedy Bethany marszczy brew i nasłuchuje, ale w sekundę później wycofuję się do garażu i, nie dając jej czasu na reakcję, uciekam przez drzwi na zewnątrz. Pędem wracam do samochodu. Kiedy siadam za kierownicą, moje serce bije szybciej niż kiedykolwiek.
Bum.
Bum.
Bum.
Ona tu jest! 
Patrzę na telefon. Mam jedno nieodebrane połączenie od Tannera i jedną nieprzeczytaną wiadomość.
Tanner: Gdzie jesteś?
Drapię się w czoło, po czym zaczynam mu odpisywać.
Ja: Znalazłem Bethany.
Na ekranie niemal natychmiast pojawia się kolejna wiadomość.
Tanner: Bethany? Twoją siostrę Bethany?
Tanner wie co nieco o mojej przeszłości, ale nic poza tym, co sam chciałem mu zdradzić.
Ja: Tak.
Przez całe lata kolejne dziewczynki pojawiały się w moim domu, a później znikały… Nie były moimi rodzonymi siostrami, ale dostawały na imię Bethany, a ja czułem się dzięki nim nieco mniej samotny na tym okrutnym, zupełnie pustym świecie.
Dziewczyna, którą dziś widziałem, jest jednak moją prawdziwą siostrą. 
Tanner: Lepiej nie nawiązuj z nią kontaktu. Nie chciałbym stracić przyjaciela przez takie irracjonalne zachowanie. Pamiętaj, że teraz jesteś wolny, Benjamin. Nie pozwól znowu zamknąć się w klatce. Kluczem do sukcesu jest posiadanie dobrego planu. Nadal szczerzę się jak głupi, bo wciąż nie potrafię uwierzyć we własne szczęście.
Tanner ma jednak rację. Nie mogę wparować do domu Bethany, oznajmić jej, że do mnie należy, ponieważ jestem jej bratem, a potem tak po prostu ją sobie zabrać. 
Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Najpierw muszę znaleźć dla nas dom.
Potem wrócę po moją siostrzyczkę.
Moją Bethany.
Moją idealną, nową laleczkę.
Ja: Masz rację. Nie spierdolę tego.
Tanner: Oczywiście, że nie spierdolisz, Benjaminie.
Jej dom lśni pośród ciemności niczym reflektor latarni morskiej. Nie odrywając od niego wzroku, rozpinam rozporek i wyciągam ze spodni boleśnie twardego penisa. Zaciskam na nim dłoń i masturbuję się niemal z furią, przez cały czas widząc cień Bethany za oknem.
Znalazłem ją.
Kurwa mać, znalazłem! 
Tanner od zawsze powtarzał, że nie zginąłem, ponieważ gdzieś na świecie coś jeszcze na mnie czeka… Mówił, że muszę tylko uzbroić się w cierpliwość. I miał rację! Miał pierdoloną rację! Moja siostra tu jest, czekała, aż ją znajdę, a ja w końcu to zrobiłem!
Myśląc o niej, dostaję potężnego orgazmu, jednak, chociaż wciąż przepełnia mnie euforia, czuję się przez to trochę nieczysty… Mama zawsze powtarzała, że nie mogę dotykać Bethany w taki sposób. Ale my tego pragnęliśmy! A Bethany chciała tego bardziej niż czegokolwiek na świecie! Nie mogę po raz kolejny jej zawieść.
Nagle, kiedy w oddali zauważam samochód Niegrzecznej Lalki, uświadamiam sobie coś niesamowitego. 
Miałem ją śledzić, ale tego nie zrobiłem.
I przez cały ten czas nawet o niej nie myślałem.
Moja pieprzona obsesja na jej punkcie na chwilę zniknęła.
Przestałem jej pragnąć.
Kiedy tylko zobaczyłem Bethany, całe pożądanie i gniew natychmiast wyparowały.
Po raz pierwszy, odkąd poznałem moją Niegrzeczną Lalkę, odkąd porwałem ją i pokochałem, teraz… teraz to nie ona zajmuje moje myśli. Ból, który nasilał się z każdym kolejnym dniem, nagle minął, a ja poczułem się wolny. Bardziej wolny niż kiedykolwiek! 
Bethany wróciła, więc musiałem ją zobaczyć. Śledzenie mojej lalki stało się nagle mało istotne.
Uśmiecham się, bo jak mogłoby być inaczej? 
***
Wszystkie moje myśli nadal krążą wokół Bethany, kiedy Lucy, menadżerka klubu, przynosi mi kolejnego drinka. Kobieta spięła blond włosy w kucyk. Jest wysoka i ma niezłe cycki, ale zdecydowanie nie wpisuje się w mój typ. Na moje nieszczęście, ciągle się przy mnie kręci. Bawi się nożem, wbijając jego czubek w blat baru, chociaż doskonale wie, kim jestem… czym jestem. Każda normalna kobieta na jej miejscu unikałaby mnie za wszelką cenę, ale Lucy nie jest normalną kobietą.
To sadystka. Sadystka z obsesją na punkcie jebanych noży.
Ta suka przypomina mi tę małą blond psychopatkę z filmów Kill Bill, które Tanner kazał mi oglądać. Jak jej tam było? Uma Thurman, czy jakoś tak… Tak jak ona, Lucy jest szczuplutka, mała i lekka, ale za to okrutna jak cholera.
– Mam dla ciebie coś jeszcze. – Uśmiecha się, stawiając przede mną drinka i podając mi mój notatnik.
– To znaczy?
– Zapisałam tam adresy paru stron, które mogą ci się spodobać. Dostałam namiary na coś nowego. – Posyła mi oczko, po czym odchodzi, by obsłużyć innych klientów.
Nie pojmuję, dlaczego miałaby myśleć o tym, co mi się spodoba? To jakaś paranoja. Rozumiem, że każdy ma swoją cenę i najwyraźniej ta suka próbuje mnie przekupić, ale jeśli naprawdę sądzi, że zostanę jej zabaweczką i pozwolę pokroić się tymi jebanymi nożami, to może się mocno zdziwić.
Lucy ma obsesję na punkcie moich blizn i mojego cierpienia. Od początku oferowała, że zrobi dla mnie wszystko, jeśli tylko zgodzę się zostać jej uległym chociaż na jeden dzień. Szmata jest ostro pierdolnięta, skoro myśli, że mógłbym się przed nią pokłonić.
Mimo to i tak przeglądam jej notatki, a ciekawość prowadzi mnie w stronę komputera. 

***
– Dalej szukam informacji o twojej siostrze – oznajmia Tanner, wchodząc do małego gabinetu, który dostałem od niego wraz z fałszywym dowodem osobistym i fikcyjną pracą. Muszę przyznać, że sporo mu zawdzięczam. – Niestety w aktach sprawy twojego ojca nie ma o niej żadnej wzmianki. A to co? – pyta, podnosząc z biurka notatnik i przerzucając kolejne strony.
Wyrywam mu go natychmiast i od razu się krzywię.
– Nic ważnego.
W jego oczach zapala się ogień. 
– Czyżbyśmy nie byli przyjaciółmi?
Zaciskam szczękę, przechylając głowę tak mocno, aż strzyka mi w karku.
– Jesteśmy przyjaciółmi – zapewniam.
Tanner wyrywa mi notatnik i przegląda go raz jeszcze, zawieszając wzrok na adresach stron, które niedawno zostały w nim zapisane.
– Znam je. Są beznadziejne – warczy.
– Tak, wiem – zgadzam się. – Wciąż nie znalazłem żadnej dobrej… 
– Mam pewną propozycję. To nowa strona. – Łapie za długopis i notuje adres z pamięci. – Niełatwo ją znaleźć, bo większość świata nie zniosłaby takich perwersji, ale proszę, tu masz hasło. Użyj go i baw się dobrze.
Zanim odzyskam swoją Bethany, muszę zaspokajać żądzę w inny sposób. Wciąż jednak czuję się skołowany. Przez tyle lat jedynym, co mnie obchodziło, była moja Śliczna Laleczka, a teraz…
– To co, wejdziemy tam? – zagaduje Tanner. – Na stronie jest pewna dziewczyna, która może przypaść ci do gustu. Znalazłem ją zeszłej nocy i poczyniłem już pewne przygotowania. – Oblizuje usta, stukając palcem w bok otwartego laptopa. 
Wpisuję więc zanotowany przez niego adres, po czym odsuwam się, by Tanner mógł poszukać dziewczyny. W wyszukiwarkę wklepuje słowa: Nowa Laleczka.
Mój kutas natychmiast twardnieje, kiedy czekam, aż strona się załaduje.
Nowa Laleczka to jej pseudonim. Mam wrażenie, że coś ściska mój żołądek.
Nowa Laleczka… zupełnie jak Śliczna Laleczka.
Dziewczyna ma czerwone, falowane włosy, podkreślające ładne rysy jej twarzy. Sukienki, w których pozuje do zdjęć, są perfekcyjne i wyglądają na szyte ręcznie, co jeszcze bardziej mi się podoba. Zjeżdżam w dół, oglądając kolejne fotografie, i jestem wręcz wniebowzięty, kiedy zauważam jedną, na której pochyla się, pokazując białe, koronkowe majteczki.
Idealna lalka.
Z wyjątkiem tych obrzydliwych włosów, wszystko w niej jest idealne.
Lalka ma przyklejone długie, sztuczne rzęsy, przez co nie widzę koloru jej oczu, ale wcale mi to nie przeszkadza. Patrząc na nią, spokojnie mogę sobie ulżyć. Jest taka drobna, gładka, perfekcyjna.
– Laleczka czasami streamuje, ale nie pokazuje swoim widzom niczego seksualnego; jedynie ich prowokuje. Cała społeczność internetowych fetyszystów dosłownie za nią szaleje, a ta mała nie robi przecież nic typowo erotycznego… Dostałem link do tej strony wczoraj w nocy. Miałem zamiar ją tu dla ciebie sprowadzić. W końcu każdy ma swoją cenę, prawda? No, ale skoro jesteś taki niecierpliwy, to póki co musisz zaspokoić się zdjęciami. Co myślisz?
– Chcę jej.
Tanner śmieje się pod nosem.
– Oczywiście, że chcesz, przyjacielu. I oczywiście ją dostaniesz. Spróbuję się czegoś o niej dowiedzieć. Póki co, nie wiemy zupełnie nic, a przecież ta laleczka może mieszkać nawet w pieprzonych Chinach…
Przechylam ponownie głowę i pochylam się, by móc podziwiać z bliska idealną, porcelanową skórę.
– Więc wyśledź ją. Gdziekolwiek mieszka, pragnę ją mieć.
Tanner ściska mnie za ramię.
– Spokojnie, znajdziemy ją, ale w międzyczasie muszę prosić cię o przysługę.
Kiwam głową, przeglądając kolejne zdjęcia. Tanner co jakiś czas prosi mnie o różne przysługi, ale nigdy nie jest to coś, z czym bym sobie nie poradził. Jeśli mam być szczery, to uwielbiam je wykonywać.
Wyjmuje z kieszeni zdjęcie i kładzie je przede mną na biurku.
– Z tyłu znajdziesz adres. Zrób to dzisiaj.
Nowa Laleczka będzie musiała zaczekać.
Na całe szczęście – nie będzie czekać długo. Wkrótce będę miał zarówno ją, jak i moją siostrzyczkę, a życie znów stanie się cudowne. 
Znajduję w notesie pierwszą czystą stronę i zapisuję na niej wszystko, czego będę potrzebował do zbudowania cel, w których umieszczę moje cudowne zabaweczki. Jedno wiem na pewno: te cele muszą być o wiele lepsze niż poprzednie. Kiedy kończę, Tanner wyrywa kartkę z notesu i wsuwa ją do kieszeni.
– Jak ty mnie podrapiesz po pleckach, to i ja cię podrapię. Coś za coś – oznajmia, po czym wychodzi z pokoju.
W języku Tannera oznacza to, że załatwi dla mnie, co tylko zechcę, jeśli i ja będę dalej spełniał jego prośby.
Wstaję z krzesła, łapię swoją bluzę i otwieram automatyczny nóż.
Jestem nabuzowany i gotowy na rozlew krwi! 
Zlecenia dla Tannera to zawsze czysta przyjemność. 

Copyright © 2014 Kobiece Recenzje , Blogger