Stage Dive. Lick. Play - Kylie Scott (PATRONATY MEDIALNE)

Stage Dive. Lick. Play - Kylie Scott (PATRONATY MEDIALNE)




Lick
„Wyobraź sobie, że po hucznej imprezie w Las Vegas, na potężnym kacu, budzisz się obok gorącego, wytatuowanego mężczyzny, a na palcu dostrzegasz pierścionek z wielkim diamentem. Tak właśnie czuła się Evelyn Thomas, która tamtej nocy obchodziła swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Nie pamiętała z nich zupełnie nic, w przeciwieństwie do leżącego obok niej rockmana, który pamiętał każdy detal...
Evelyn wkrótce poznała całą prawdę. Ubiegłego wieczoru została żoną Davida - utalentowanego idola, autora hitów i głównego gitarzysty kapeli rockowej Stage Dive. Po pierwszym szoku postanowiła wyplątać się z tego dziwnego małżeństwa. Już wkrótce okazało się jednak, że chemia między nimi jest zbyt silna, aby po prostu się rozstać. Mimo że oboje pochodzili z różnych światów, zaczęli odnajdywać coraz więcej łączących ich spraw. Postanowili zawalczyć o siebie i dla siebie, choć zdawali sobie sprawę, że będzie to od nich wymagać poświęcenia. Małżeństwo z gwiazdą rocka nie może być nudne!


„Gdy serce gra jak struna szarpnięta miłością...”

Play
„Evelyn i David — główny gitarzysta topowej kapeli rockowej Stage Dive — znaleźli szczęście. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy kolejny członek zespołu wdał się w romans. Tym razem Mal, perkusista Stage Dive, postanawia nieco poprawić swój wizerunek. Dochodzi do wniosku, że u jego boku powinna być budząca sympatię fanów dziewczyna. Odpowiednia kandydatka pojawia się na prywatce u Evelyn i Davida. Ma na imię Annie i poważne problemy finansowe. Mal składa jej propozycję, aby przez jakiś czas za stosowną zapłatę grała rolę jego ukochanej. Annie przyjmuje ją z wahaniem — przecież Mal był jej idolem i bardzo, ale to bardzo się jej podobał... Choć od samego początku ustalili, że ten układ jest tylko czystą grą, już wkrótce okazało się, że ich serca grają razem mocniej niż perkusja w najlepszym kawałku Stage Dive...”

"Gdy serce zaczyna bić w rytmie rocka...”

Ja możecie zauważyć, kolejny  raz postanowiłam napisać recenzję dwóch tomów serii. Na początku miałam zamiar zrobić dwie oddzielne recenzje, ale w sumie byłyby one do siebie bardzo podobne, więc stwierdziłam, że nie miałoby to zbyt dużego sensu.  Myślę, że wiecie, o co mi chodzi, więc już kończę przynudzać. ;)

W pierwszym tomie tej serii poznajemy Evelyn i Davida, którzy po prostu po pijaku wzięli ślub w Vegas. Niestety „panna młoda” nie pamięta nic, co wydarzyło się w nocy i gdy dowiaduje się o ślubie, postanawia raz, dwa go zakończyć. Historia tej dwójki wciągnęła mnie w głąb fabuły już od samego początku, a im dalej czytałam, tym bardziej byłam zafascynowana tą historią. Autorka w przepiękny, ale i prosty sposób opisała miłość, taką prawdziwą miłość, nie od pierwszego spojrzenia, ale może od drugiego i na pewno od trzeźwego spojrzenia. ;) Zdecydowanie jest to książka zwariowana, w której dobry humor pojawia się w wielu dialogach i wywołuje uśmiech na twarzy. Poza tym, czy jest ktoś, kto nie lubi czytać o seksownych gwiazdach rocka? Dla mnie to najlepszy i chyba najbardziej gorący typ bohaterów. David może nie jest ideałem, ale jest mężczyzną wrażliwym, kochanym i przede wszystkim o złotym sercu, którego w przeszłości zraniła kobieta. Za to Evelnym to dziewczyna z zupełnie innego świata, która spełnia marzenia, ale niestety nie swoje marzenia. Całe życie starała się zadowolić rodziców, dopiero David uświadomił jej, jak dużo traci, nie myśląc o sobie i starając się tylko zadowolić innych. Uważam, że naprawdę warto poznać tę historię, bo świetnie spędzicie przy niej czas. Ten tom rozbudził moją ciekawość na kolejne części tej serii i dzięki Bogu, że pod ręką miałam „Play”, bo myślę, że w innym wypadku mogłabym coś komuś zrobić. Wiedziałam, że będzie ona o Malu, czyli o perkusiście zespołu, a jego postać spodobała mi w momencie, kiedy tylko pojawił się w fabule.

Jak już możecie się domyślić, drugi tom przybliża nam Mala, niegrzecznego perkusistę zespołu, który nie cieszy się zbyt dobrą reputacją. Chcąc poprawić swój wizerunek, mężczyzna dogaduje się z byłą sąsiadką Evelyn i razem zaczynają udawać parę. Cała ta mistyfikacja ma drugie dno, ale o co chodzi, oczywiście Wam nie zdradzę. Jeżeli podobał mi się tom pierwszy, to część druga pochłonęła mnie bez reszty, zakochałam się w Malu, a jego historia w pewnym momencie doprowadziła mnie do łez. W ogóle uważam, że „Play” jest ociupinkę lepszą częścią tej serii i myślę, że Wy również podczas czytania odniesiecie takie wrażenie. „Play” to powieść pełna namiętności, pożądania i bez wątpienia humoru przed duże H. Nie raz zabawne dialogi doprowadzą Was do niekontrolowanych wybuchów śmiechu, ale taki po prostu jest Mal, który bardzo rzadko potrafi być poważny i często wygaduje durnoty i głupoty. Taki jego urok i czar. Malcolm to taki bohater, który sam mierzy się z ogromną tragedią i ukrywa ją za maską obojętności. Odniosłam wrażenie, że był z tym wszystkim sam, tylko dlatego, iż miał nadzieję, że niewypowiedziane słowa odwrócą przyszłość i odmienią los. To także mężczyzna szalony, zwariowany i lubiący dobrze się zabawiać, ale jeżeli kocha to na zabój. Anna to dziewczyna, którą oszukała najbliższa przyjaciółka, przez co jej przyszłość nie maluje się w zbyt różowych kolorach. Poznanie Mala jest dla niej ogromnym szokiem, a za wydarzeniami, które następują po tym, czasami nie potrafi nadążyć. Świetna z nich udawana para, ale prawdziwe życie jest przebiegłe i często za nas dokonuje wyborów. Myślę, że historia tej dwójki, tak jak i mnie przypadnie Wam do gustu i niecierpliwie będziecie wyczekiwać kolejnego tomu i kolejnej gorącej historii.

Fabuła obydwu części rozgrywa się bardzo szybko, wszystko dzieje się w bardzo małym przedziale czasowym, ale nie bójcie się, nie wydaje się to ani odrobinę sztuczne. Myślę, że podczas czytania wystarczy pamiętać, że jest to fikcja literacka i na wszystko trzeba zerkać delikatnie przez palce. „Lick” i „Play” to naprawdę ciekawe książki, przy których świetnie spędziłam czas, dużym plusem jest to, że już w pierwszym tomie poznajemy całą męską część bohaterów i powoli możemy zaobserwować zmiany, które w nich zachodzą. Jeżeli chodzi o Davida, Eveleyn, Mala oraz Anne, to autorce udało się ich przedstawić idealnie. Każda z postaci jest inna, boryka się z problemami, a panowie mimo sławy i pieniędzy nadal pozostali normalni i przede wszystkim ludzcy, sodówka nie uderzyła im do głowy i tak ja my mieli swoje wady, ale nie były one zbyt istotne. Oczywiście cały czas piszę tylko o Davidzie i Malu, bo na resztę zespołu przyjdzie odpowiednia pora. Jeżeli chodzi o dziewczyny, to autorka wykreowała je naprawdę super, obydwie miłe, sympatyczne, ale i umiejące pokazać pazurki.

Oczywiście w książkach tych znajdziecie również sporo odważnych scen seksu, jednak nie są one wulgarne, czy niesmaczne. Autorce udało się je opisać z ogromnym smakiem i tak, by wyobraźnia czytelnika zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Udało się jej w stu procentach, bo moja krew nie raz została doprowadzona do wrzenia.

Z czystym sumieniem mogę polecić Wam dwa pierwsze tomy serii Stage Dive i jestem przekonana, że kolejne będą tak samo świetne. To dwie rewelacyjne książki, w których znajdziecie namiętność, pożądanie, miłość i przede wszystkim przyjaźń, która jest najważniejsza dla każdego człowieka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Editio Red.
Tamta dziewczyna - Erica Spindler

Tamta dziewczyna - Erica Spindler

„A gdyby tobie nikt nie chciał uwierzyć?”

 „Miranda Rader, funkcjonariuszka policji w Harmony w stanie Luizjana, cieszy się opinią prawej, uczciwej i opanowanej. Ale nie zawsze tak było. Miranda pochodzi z niewielkiego, prowincjonalnego miasteczka Jasper, w dodatku z jego gorszej, biedniejszej części. Szacunek kolegów i koleżanek oraz lokalnej społeczności zdobyła swoją ciężką pracą. Kiedy Miranda i jej partner zostają wezwani na miejsce przestępstwa, ofiarą okazuje się znany i lubiany wykładowca miejscowej uczelni. Zaskakuje ich rzadko spotykana brutalność zbrodni. Gdy Mirandzie wydaje się już, że tego dnia nie może się wydarzyć nic gorszego, przypadkiem trafia na coś, co mrozi jej krew w żyłach – wyblakły wycinek z gazety z artykułem o nocy sprzed piętnastu lat, tamtej nocy, którą usilnie stara się wyprzeć z pamięci, tak jak swoją przeszłość.”

Z twórczością Ericki Spindler spotkałam się już dawno i nawet udało mi się przeczytać każdą jej wydaną w Polsce książkę. Nie ukrywam, że jedne były lepsze, inne gorsze, ale zawsze miło spędzałam przy nich czas. Tym razem w moje ręce wpadła „Tamta dziewczyna” od wydawnictwa Edipresse Książki. Opis niesamowicie mnie zaciekawił i byłam przekonana, że lektura tej książki dostarczy mi wielu emocji. Czy tak się stało? Oczywiście, że tak, bo choć książka nie jest może zbyt wymagająca i dość szybko rozwikłałam całą intrygę, to jednak autorka w naturalny i nieprzerysowany sposób potrafiła mnie zaciekawić.

Akcja książki od samego początku jest dość dynamiczna i sporo się dzieje. Pojawia się napięcie, które mimo tego, iż szybko domyśliłam się co, gdzie i jak, było dla mnie bardzo namacalne, a na moim ciele nie raz pojawiała się gęsia skórka. Poza tym uważam, że nie każdy od razu rozgryzie fabułę książki i dla wielu końcówka może być zaskoczeniem. Autorka naprawdę wie, jak zbudować klimat, który trzyma w napięciu i jak wywołać w czytelniku całą gamę emocji. W książce pojawia się także wątek miłosny, który na całe szczęście nie jest nachalny , jest tylko fajnym dodatkiem, który pojawia się w fabule. „Tamta dziewczyna” to powieść, w której znajdziecie pełno tajemnic, sekretów i kłamstw z przeszłości, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. 

Fabuła książki toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, więc poznajemy teraźniejszość oraz przeszłość głównej bohaterki. Było to świetnym posunięciem, bo dzięki temu mogłam zaobserwować zmiany, jakie w niej zaszły i dokładnie przyjrzeć się jej portretowi psychologicznemu, który de facto wyszedł autorce świetnie. Widać, że Erika Spindler włożyła w tę postać naprawdę dużo pracy i jest to ogromnym plusem tej powieści.

„Tamta dziewczyna” to powieść, która może mocno mnie nie zaskoczyła, okazała się dla mnie dość przewidywalna, ale bezapelacyjnie świetnie spędziłam przy niej czas. 

Odzyskane dzieciństwo - Zuzanna Arczyńska (PATRONAT MEDIALNY)

Odzyskane dzieciństwo - Zuzanna Arczyńska (PATRONAT MEDIALNY)


Każdy czytelnik ma swój ulubiony gatunek literacki, taki z którego bierze książkę nawet bez czytania jej opisu. Są też jednak takie, za którymi nie przepadamy i staramy się unikać go jak ognia. Prowadząc  książkowego bloga bywa to chwilami problematyczne. Takim typem literatury za którym ja nie przepadam jest obyczajówka. Mimo iż bardzo często czytam i recenzuje książki z tego gatunku, jakoś w dalszym ciągu nie znalazła się taka, która by sprawiła, iż na długo zaprzyjaźnię się z obyczajówką. To zmieniło się jednak w pewien majowy dzień.

Gdy wydawnictwo Szara Godzina zaproponowało nam objęcie patronatem najnowszą książkę Zuzanny Arczyńskiej pt. „Odzyskane dzieciństwo”, przeczytałam blurb i tak zaczęła się moja przygoda z tą niesamowitą rodziną.

Nikt nie wybiera sobie rodziców ani dzieciństwa. Jedni od urodzenia mają szczęście, dom pełen miłości, to, co powinien dostać każdy. Niestety nie zawsze tak jest. Jednak czasami zdarzają się takie momenty  w życiu, że  i do takich osób może uśmiechnąć się szczęście. O tym właśnie jest „Odzyskane dzieciństwo"

Siódemka dzieci po przejściach trafia do domu zastępczego w Gorzowskich Lubniewicach. W gospodarstwie agroturystycznym znajdują spokój, o który tak ciężko było w ich dotychczasowym życiu. Tam czekają na nich ludzie, którzy są gotowi poświęcić wszystko, by pomóc zagubionym małym człowieczkom poradzić sobie z trudem dzieciństwa, jakiego żadne dziecko nie powinno mieć. Maman i Papa, bo tak na przybranych rodziców wołali wszyscy, byli dla nich wybawieniem. Aniołem stróżem w ludzkiej postaci, lepszych rodziców nie mogli sobie wymarzyć. Żaneta, Klaudia, Ola, Ola, Ola (tak trzy Ole w jednym domu) Paweł oraz Kamil, są już dorośli. Prowadzą własne (nie zawsze super ułożone) życie, ale jak to w życiu bywa historia lubi się powtarzać. 

Do gospodarstwa Maman i Papy trafia kolejna piątka dzieci, tym razem to rodzeństwo mające wielkie szczęście, że ich nie rozdzielono. Jednak to, co zgotował im własny dziadek odcisnęło na nich swoje piętno. By im pomóc Maman prosi o wsparcie tych, którzy z jej gniazda już wyfrunęli. Młodzi wracają do Lubniewic, by odwdzięczyć się swoim przybranym rodzicom, by asystować i być ich wsparciem w walce o kolejne „Odzyskane dzieciństwo”.

Jak już zapewne zdążyliście się zorientować w tej książce mamy bardzo wiele postaci. W pewnym momencie postanowiłam je policzyć, ale przy kolejnej próbie dałam sobie z tym po prostu spokój. Zbyt dziwne wyniki wychodziły, mogę jednak was zapewnić, że jest ich ponad dwadzieścia. Najważniejsze jest to, że każda z nich to odrębnie przedstawiona osobowość, jednak wszystkie tworzą spójną całość, uzupełniając się wzajemnie we wszystkich aspektach. I to zasługa talentu autorki.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie mogę nie wspomnieć. Do tej pory sądziłam, że w obyczajówce nic nie może mnie zaskoczyć, wielkich zwrotów akcji nigdy się nie spodziewałam. I wtedy stało się coś, co sprawiło, że raz na zawsze zmieniłam zdanie o książkach z tego gatunku. Nie powiem Wam co, ale wiem zaskoczy Was na pewno równie mocno, jak mnie.

Jeśli szukacie książki, która pokaże Wam, że wystarczy odrobina chęci i działania, by zmienić swój los. Że szczęście jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko otworzyć oczy i po nie sięgnąć. Bo to pokazuje nam Zuzanna Arczyńska w „Odzyskanym dzieciństwie”

Za możliwość przeczytania dziękuje wydawnictwu: Szara Godzina

Moje miejsce na ziemi - J. Daniels

Moje miejsce na ziemi - J. Daniels

Dziś zapraszam Was na recenzję pierwszego tomu serii Alabama Summer „Moje miejsce na ziemi” J. Daniels. Wcześniej czytałam już inne książki autorki, które nawet mi się podobały, były fajnymi romansami, przy których miło spędziłam czas. Czy i tym razem udało się autorce mnie zaciekawić? Tego dowiecie się z mojej recenzji.

Mia Corelli wraca do Alabamy, by spędzić wakacje z najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa. Perspektywa spędzenia kilku miesięcy razem bardzo ją cieszy, ale jest jedna rzecz, która spędza jej sen z powiek. Dziewczyna obawia się spotkania z bratem przyjaciółki, który przez lata ją dręczył i zrobił z jej życia istne piekło. Mia ma jeszcze jeden problem. Jej przyjaciółka ma na swoim koncie liczne erotyczne podboje, którymi często się chwali, a Mia jeszcze nigdy nie była z żadnym mężczyzną, więc przed przyjazdem do przyjaciółki postanawia to zmienić. Zatrzymuje się w przydrożnym barze z nadzieją, że znajdzie w nim mężczyznę, który rozprawi się z jej problemem. Czy uda jej się go znaleźć? Co się stanie, gdy w jej życiu kolejny raz pojawi się brat przyjaciółki? Tego musicie dowiedzieć się sami.

„Moje miejsce na ziemi” to powieść, która zapowiadała się naprawdę świetnie. Fajny i ciekawy opis zwiastował naprawdę dobry romans, który umili mi czas. No, ale niestety wszystko skończyło się na nadziejach, bo autorka sknociła świetnie zapowiadającą się historię. Początek był fajny, taki inny, wciągający i naprawdę byłam przekonana, że dalej może być tylko lepiej. Tylko jak na złość, wcale tak nie było. Romans to taki gatunek literacki, który nie jest dość wymagający, nie przeszkadzają mi powtarzające się wątki, nie musi być bardzo realny, ważne, by historia bohaterów mnie pochłonęła i wciągnęła w wir wydarzeń. Wszystko musi być opisane, tak by mnie zaciekawić, a nie zanudzić na śmierć. Niestety na tym polu autorka poległa i spłyciła tę opowieść i bohaterów do potęgi entej. No może niektórzy bohaterowie się jako tako obronili, ale główna bohaterka kojarzyła mi się tylko z pustą dziewczyną, która myśli tylko i wyłącznie o seksie. Naprawdę nie mogę napisać o niej nic dobrego, bo chociaż jej mama chorowała i na pewno nie było jej z tym łatwo, to nie potrafiłam jej współczuć, a sytuacja, która wydarzyła się pod koniec książki, i która de facto dotyczyła właśnie jej rodzicielki, definitywnie przekreśliła Mię w moich oczach i tylko potwierdziła to, że zdanie, jakie wyrobiłam sobie o niej, gdzieś w połowie książki, było w stu procentach trafione. Napiszę także troszkę o Benie, który nie był taki zły, ale czasami to jego wchodzenie w tyłek Mii strasznie mnie denerwowało i drażniło. Na jego miejscu pewnie dawno kopnęłabym ją w cztery litery i dała sobie z nią święty spokój. Wiem, że miał sporo grzechów do odkupienia, ale co za dużo, to niezdrowo. Teraz tak to pisząc, znalazłam jeden plus, dotyczący głównej bohaterki. Zdecydowanie miała podejście do dzieci, ale niestety, to za mało, by obronić tę powieść, jak i samą bohaterkę.

W książce znajdziecie sporą dawkę humoru i to chyba taki jedyny plus, który znalazłam w tej powieści. Nie raz śmiałam się pod nosem i chyba tylko dlatego udało mi się skończyć tę historię. Poza tym książkę czyta się szybko, jest to zasługą stylu, jakim została napisana, niestety mnie czytało się ją bez większej przyjemności.

Zapomniałam dodać, że w książce znajdziecie także sporo erotycznych scen, które nie były złe i myślę, że w pewnym stopniu działały na moją wyobraźnię.

Jestem przekonana, że niektórym czytelnikom książka ta przypadnie do gustu i na pewno się spodoba. Niestety ja nie należę do tego grona, bo nawet po romansie oczekuję czegoś więcej. Pamiętajcie tylko, że ta recenzja to tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia, więc to od Was zależy, czy dacie tej historii szansę. Z ciekawości sięgnę po kolejną część, bo zapowiada się ciekawie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. ;)

Domek na drzewie - K.K. Allen

Domek na drzewie - K.K. Allen

„Chciałam jedynie podążać za głosem swojego serca.
Zamiast tego zgubiłam swoją duszę… 
Chciałam wyznać mu swoje sekrety, a przypadkowo stał się jednym z nich.

Chloe Rivers nie sądziła, że będzie miała tajemnice przed swoim najlepszym przyjacielem, ale nie mogła też przypuszczać, że się w nim zakocha. Kiedy w końcu zdecydowała się wyjawić mu swe uczucia, chłopak ją odrzucił.
Gavin Rhodes nie spodziewał się zdrady. Chloe od zawsze stanowiła jedynie zakazaną fantazję – była słodka, piękna, kusząca. Jednak, gdy w końcu nadarzyła się okazja, chłopak popełnił swój największy błąd.
A teraz jest już za późno…

Cztery lata po katastrofalnej tragedii ścieżki życiowe Chloe i Gavina ponownie się krzyżują. Młodzi, ścigani błędami przeszłości, muszą pogodzić się z tym, co ich spotkało. Walczą przy tym z emocjami, które prowadzą ich wprost do miejsca, w którym rozpoczęła się cała ta historia… 
Do domku na drzewie…”

„Domek na drzewie” to powieść, która skusiła mnie piękną okładką, a opis jeszcze bardziej rozbudził moją ciekawość. Czułam, że ta książka wręcz do mnie krzyczy, bym ją przeczytała i poznała historię, która została opisana na jej kartach. Ostatnio moje czytelnicze przeczucie kilka razy mnie zawiodło, ale tym razem byłam na 101 procent pewna, że historia ta chwyci w swoje szpony moje serducho. Czy miałam rację? Oczywiście, że tak, bo książka okazała się dla mnie emocjonującą czytelniczą ucztą i mimo tego, że nie znalazłam w niej nic odkrywczego, a wątki w niej zawarte opisał już niejeden autor, to na mnie historia Chloe i Gavina wywarła ogromne wrażenie. Myślę, że to dzięki stylowi, jakim została napisała, który jest lekki i przyjemny w odbiorze i choć książka ma ponad czterysta stron, to tak niesamowicie wciąga, że czyta się ją raz, dwa, bo ciężko rozstać się z bohaterami. Kolejnym plusem są emocje, emocje i jeszcze raz emocje, które potrafią wyszarpać czytelnikowi serce, znajdują się prawie na każdej stronie i naprawdę dają nieźle popalić. Bywały momenty, że musiałam przerywać lekturę, by ochłonąć i uporać się z całym ładunkiem emocjonalnym, który przekazała mi autorka. Niedawno czytałam inną książkę z podobnym wątkiem, ale K.K. Allen swoją historię opisała zdecydowanie lepiej, bardziej zżyłam się z bohaterami oraz bardziej przeżywałam ich historię.

„Wszystko czego chciałam, to podążać za głosem serca. Zamiast tego zgubiłam swoją duszę.”

Kolejny plus to bohaterowie, którzy według mnie zostali nakreśleni przez autorkę idealnie. To postacie wielowymiarowe, które momentalnie kradną serce czytelnika. Niesamowicie ich polubiłam, a Gavin stał się kolejnym moim ulubieńcem. Nie będę ich Wam opisywać, ale myślę, że tak samo, jak ja obdarzycie ich ogromną sympatią. Napiszę tylko, że Chloe to dziewczyna bardzo zamknięta w sobie, ale jak możecie się domyślić, w jej zachowaniu będą zachodzić zamiany, Gavin to chłopak spokojny, wrażliwy i przede wszystkim troskliwy, no i mamy jeszcze Devona, bliźniaka Gavina, który jedynie z wyglądu przypomina brata. Devon uwielbia robić szalone rzeczy i kocha ryzyko. To właśnie w związek z nim wplątuje się Chloe, choć jej serce należy do drugiego z braci...

Autorka porusza w książce także trudne, bolesne i prawdziwe tematy, takie jak trudne dzieciństwo, czy znęcanie się pomiędzy rówieśnikami. Bardzo osobiście to odebrałam, bo przecież dręczenie w szkole, to temat rzeka, który nie ma końca i niestety dotyka wiele dzieci oraz nastolatków, moja córka także tego doświadczyła. Autorka w brutalny sposób uświadomi Wam, jak bardzo takie sytuacje wpływają na życie i odbijają się na przyszłości.

„Domek na drzewie” to powieść wyjątkowa, która chwyta za serce, wzrusza i daje do myślenia. To przepiękna historia o miłości i przyjaźni, która wciąga już od pierwszej strony. Na pewno o niej nie zapomnę…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia.

Układanka - Natalia Nowak-Lewandowska (PATRONAT MEDIALNY)

Układanka - Natalia Nowak-Lewandowska (PATRONAT MEDIALNY)

„Julianna Różańska, dziennikarka lokalnej gazety, to kobieta, która ma za sobą trudną przeszłość − uzależnienie od narkotyków, śmierć ukochanego. Brat bliźniak Julianny, Jakub, pomógł jej stanąć na nogi, kiedy rodzice się od niej odwrócili. Wspólnie wyjechali z Łodzi do Katowic, żeby rozpocząć nowe życie. Jakub jest policjantem, dzięki czemu Julianna zawsze pierwsza otrzymuje informacje o ciekawych zdarzeniach w ich regionie.
W Lesie Murckowskim przypadkowy spacerowicz znajduje kości. Eksperci potwierdzają, że są to ludzkie zwłoki. Rozpoczyna się śledztwo. W identyfikacji zwłok pomaga specjalista w dziedzinie antropologii sądowej, choleryk, awanturnik, który nienawidzi Julianny. Współpraca będzie wyzwaniem dla nich obojga.”

Twórczość Natalii Nowak-Lewandowskiej znam od podszewki, czytałam wszystkie jej książkę i każda z nich wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Autorka zaskoczyła mnie tym, że postanowiła wydać kryminał, bo znałam ją z zupełnie innej strony. Jak wiecie, lubię kryminały i jestem takim małym specem od takiej literatury, ale „Układanki” tak do końca nie mogę podpiąć pod ten gatunek literacki, powiedziałabym, że to bardziej powieść obyczajowa z rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Czy jest to minusem? Zdecydowanie nie, bo ta część to świetny fundament do kolejnych tomów z tej serii. Wiecie co, jest dla mnie najważniejsze w każdej książce? Bohaterowie, którzy są realni i nieprzerysowani, lubię czuć, że to osoby z krwi i kości, z którymi od razu czuję więź i mimo tego, że  nie zawsze akceptuję ich zachowanie, to i tak stają mi się bliscy. W „Układance” znajdziecie właśnie takich bohaterów, bo od razu idzie zauważyć, że w ich kreację autorka włożyła naprawdę dużo pracy. Ich zachowanie, problemy, czy podejmowane decyzje są naturalne, niewyssane z palca i dokładnie przemyślane przez autorkę. Tyczy się to ich wszystkich, nie tylko postaci pierwszoplanowych, którzy są najważniejsi w tej historii. Autorka żadnego z nich nie potraktowała po macoszemu i jest to naprawdę dużym plusem tej powieści. Bohaterowie bardzo często wywoływali we mnie ogrom emocji, przede wszystkim żal.

Wyżej napisałam, że „Układanka” nie jest w pełni kryminałem, ale  Natalia Nowak-Lewandowska świetnie nakreśliła wątek kryminalny, dzięki niemu książka nabrała wyrazu, charakteru i nieprzewidywalności. Sama do końca nie wiedziałam, na jakie zakończenie postawi autorka i nawet nie starałam się snuć domysłów, bo wiedziałam, że jestem na straconej pozycji. Powieść jest świetna, ma ciekawą fabułę, wyrazistych i prawdziwych bohaterów, ja w niej przepadłam już na samym początku i myślę, że z Wami będzie podobnie. Poza tym autorka porusza w niej wiele trudnych tematów między innymi uzależnienie od narkotyków, czy utratę bliskich osób i związaną z tym żałobę. Tematy trudne i niestety bardzo bolesne, ale o to właśnie chodzi w książkach, by historie w nich zawarte poruszały i dawały do myślenia.

Polecam Wam „Układankę” z czystym sumieniem, bo jestem pewna i że i Wam ta powieść przypadnie do gustu. To całkiem inne literackie oblicze Anny Nowak-Lewandowskiej i po prostu warto poznać ją od tej strony.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.
Syn zakonnicy - Joanna Jax (Przedpremierowo, Nasz patronat medialny)

Syn zakonnicy - Joanna Jax (Przedpremierowo, Nasz patronat medialny)

"Szkoda, Boże, że nie dajesz nam drugiej szansy na przeżycie naszego losu. Bo kiedy nasze serca są młode, uczciwe i otwarte, jesteśmy głupi, niedojrzali i nie idziemy za głosem naszych serc, ale za głosem innych ludzi. Wierzymy w ich mądrość, nieomylność i dobroć, porzucając własne uczucia. A przecież jest jak wół napisane „tak więc trwają te trzy: wiara, nadzieja i miłość, z nich zaś największa jest miłość”.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad istotą powołania? Czy nie nurtowało was nigdy pytanie, w jaki sposób ludzie go doświadczają? Czy miłość do Boga może być większa niż na przykład miłość matki do dziecka? Czy w ogóle można je porównywać? I odwieczny dylemat ludzkości: rozsądek czy głos serca?
Na to i na wiele innych pytań starałam się znaleźć odpowiedzi w najnowszej książce Joanny Jax "Syn zakonnicy", którą spróbuję Wam teraz przybliżyć.

„Historia fikcyjna, dla której inspiracją były wydarzenia, które mogły mieć miejsce w rzeczywistości. Zakazana miłość z czasów wojny, między oficerem niemieckim i siostrą zakonną. Owocem tego związku jest dziecko, które po latach dowiaduje się prawdy o swoich rodzicach i próbuje odzyskać tożsamość, jednak wciąż napotyka na mur milczenia. Kluczem do rozwiązania zagadki jest pamiętnik zakonnicy, który pisała przez niemal całe życie, a który po jej śmierci znika w tajemniczych okolicznościach. Komu zależy na tym, by człowiek będący owocem trudnej i niespełnionej miłości nigdy nie poznał prawdy? Czy ma to związek z ogromnym majątkiem? Co kierowało rodzicami, którzy oddali własne dziecko pod opiekę obcych ludzi? Czy zdołali odkupić swoją winę? W tej opowieści nic nie jest czarno-białe ani oczywiste, a autorka kolejny raz prowadzi nas przez meandry ludzkiej duszy i trudnych życiowych wyborów.”

"Dopóki nie zrozumiemy, że wszyscy jesteśmy równi wobec Boga, jednakowoż wyposażeni w ułomności i dar odczuwania, dopóty wojny będą trwać. A tak naprawdę nie walczymy ze złem tkwiącym w drugim człowieku, ale tym żyjącym w nas samych, tylko przyznać nam się do tego trudno. Nienawiść do drugiego człowieka jest w istocie nienawiścią do samego siebie. Mamy wszelkie prawo, by się bronić, ale nie na oślep i bez refleksji, bo w tym tłumie podłych ludzi, możemy skrzywdzić jedynego prawego. Wolę więc nie zastanawiać się, czy ratuję życie szubrawcom i naszym wrogom, czy ludziom o dobrym sercu. Ratuję życie wszystkim. Na wypadek, gdyby pośród niesprawiedliwych trafił się jeden sprawiedliwy.”

Kolejny raz Joanna Jax stworzyła niebanalną historię, choć tak różną od tego, co do tej pory zostało przez nią napisane. Temat powieści jest bardzo kontrowersyjny, a smaczku dodaje i intryguje fragment z opisu o tym, że to fikcyjna historia, do której inspiracją stały się wydarzenia, które mogły się wydarzyć w rzeczywistości. Cokolwiek by to nie znaczyło.
Książka została podzielona na dwie części. W pierwszej z nich akcja toczy się w czasie teraźniejszym i opowiada o tytułowym synu zakonnicy, na którego jak grom z jasnego nieba spada wiadomość, że tak naprawdę nie należy do rodziny, w której się wychował. Rozpoczyna poszukiwania biologicznych rodziców i tym samym własnej tożsamości. Druga część to pamiętnik siostry Judyty w którym, opowiada o swoim życiu. To kolejna książka Joanny Jax w której tłem historycznym częściowo jest druga wojna światową, jednak tym razem nie ma to chyba dużego znaczenia. Raczej nie zdradzę Wam niczego więcej z fabuły, jeślibym to zrobiła, niechybnie odebrałbym Wam przyjemność z czytania.

Tak jak już napisałam, starałam się znaleźć odpowiedzi na kilka pytań, nie jestem jednak pewna czy je odnalazłam. Jedno mogę powiedzieć z całą pewnością. Ta książka potwierdziła, że mój brak zaufania do instytucji Kościoła wcale nie jest taki nieuzasadniony i utrzymała mnie w przekonaniu, że religia jest ludzkim wytworem, powstałym po to, aby móc sprawować kontrolę nad "maluczkimi". Ja wiem, że taka teoria nie spodoba się zapewne wielu, ale takie jest moje zdanie, co jednak nie zmienia faktu, że Kościół ma w swoich szeregach wielu zacnych członków, którzy czynią wiele dobrego dla innych. Moja recenzja zmierza chyba w niewłaściwym kierunku :)

Autorka jak zwykle w swoich dziełach zadbała o każdy szczegół. Historia jest przemyślana od początku do końca i dopracowana w każdym calu. I choć bardzo trudno było mi się utożsamić z bohaterami, gdyż wielokrotnie ich postępowanie nie było zgodne z moimi zapatrywaniami na świat, to jednak muszę przyznać, że Joanna Jax stworzyła mocno zarysowane i bardzo przekonujące postacie.

"Syn zakonnicy" to książka, która na pewno zapada w pamięci. Pozostawia nas z pytaniami, na które odpowiedzi nie są proste i jednoznaczne. Wywołuje refleksje i z pewnością niejedno z Was będzie się zastanawiało, jakbym postąpił na miejscu bohaterki? I choć teraźniejszość zdecydowanie odbiega od tego, co było w tamtych czasach, a my sami diametralnie różnimy się od naszych przodków, to jednak niektóre dylematy pozostają takie same. Polecam.

Wyniki konkursu: Niczyja

Wyniki konkursu: Niczyja



Kochani, miło nam ogłosić że 
egzemplarz książki
 Anny Creven pt. "Niczyja" wędruje do


nr 31 Kasia Kot!









Serdecznie gratulujemy, oraz prosimy o kontakt pod adresem @: stawska19@gmail.com
w ciągu trzech dni po tym czasie, nagroda przepada.
Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek

Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek

„Jak jeszcze może zaskoczyć nas życie? 
Trzydziestoletnia Maja mieszka ze swoim synkiem Krzysiem w apartamencie kupionym za namową ojca dziecka, prezesa dobrze prosperującej firmy. Spełnia się zawodowo, od lat jest w trwałym związku, czy może zatem chcieć czegoś więcej? Może tylko tego, by ta sielanka trwała wiecznie, a przede wszystkim żeby nie okazała się złudzeniem…
Pojedynek uczuć, napisany lekkim piórem, porusza ważne tematy. Humor, życiowa mądrość i akcja osadzona w realiach pracy w polskich firmach, które stawiają wiele kobiet przed trudnymi osobistymi wyborami. Lektura, która wzrusza i bawi, a jej bohaterowie na długo zostają w naszej pamięci.”

Na samym początku przyznam się ze wstydem, że do tej pory nie znałam twórczości Krystyny Mirek. Nie powiem, czytałam wiele pochlebnych opinii o jej książkach, ale zawsze było mi z nimi jakoś nie po drodze, a niestety czasu na czytanie swoich prywatnych książek nie mam w ogóle. Wszystko zmieniło się, gdy zaczęłam współpracę z wydawnictwem Filia i do recenzji wybrałam sobie właśnie książkę pani Krysi. Już po przeczytaniu kliku stron wiedziałam, że mój wybór był strzałem w dziesiątkę, a czytając dalej, coraz bardziej się w tym przekonywałam. Poza tym polskim autorom coraz bardziej podnoszę poprzeczkę, a mimo to ostatnio mnie nie zawodzą, to świadczy tylko i wyłącznie o tym, jak zdolnych i cudownych mamy autorów, a pani Krystyna Mirek od teraz znajduje się w mojej pierwszej dziesiątce najlepszych pisarzy i na pewno przeczytam pozostałe jej książki, oczywiście jak czas mi na to pozwoli. 

Uwielbiam książki, które traktują o prawdziwym życiu, nie są przekoloryzowane i wyidealizowane i przede wszystkim takie, z których mogę wynieść jakąś naukę. Historia Mai jest niesamowicie prawdziwa i myślę, że mimo tego, że jej opowieść to fikcja literacka, to na pewno taka historia gdzieś miała miejsce, bo to proza życia w najczystszej postaci. Naprawdę lubię takie życiowe książki, kiedy niejednokrotnie mogę się identyfikować z główną bohaterką i razem z nią przeżywać jej historię, wyobrażając sobie, że to ja znajduję się na jej miejscu. W tej książce nie jest to trudne, przekonacie się o tym podczas czytania. Autorka porusza w niej wiele trudnych i ciężkich tematów, z którymi boryka się niejedna kobieta, między innymi trudy macierzyństwa, dobre i złe strony związków partnerskich oraz wyzysk w pracy, inaczej mówiąc mobbing. 

Autorka stworzyła plejadę bardzo wyrazistych bohaterów. Niektórych polubiłam, innych znienawidziłam, ale przecież właśnie o to chodzi, by każdy bohater wzbudzał w nas emocje niekoniecznie tylko te dobre. Oczywiście prym wiedzie Maja, główna bohaterka, której niestety życie nie rozpieszcza. Nie będę opisywać Wam jej osoby, bo myślę, że lepiej jeżeli poznacie ją sami. Uważam, że niejedna z Was odnajdzie w niej cząstkę siebie i nie zawsze będzie to ta dobra część Waszego charakteru.

Polecam Wam tę powieść z całego serca i jestem przekonana, że się nie zawiedziecie. Czekam na kolejną książkę pani Krystyny, a w międzyczasie muszę wyczarować chwilę, by poznać inne jej książki.
To piękna powieść o miłości o prawdziwym życiu, które często ma słodko-gorzki smak.

"Nie wiadomo, na czym polega ten fenomen, i choć wielu próbowało, nikomu nie udało się stworzyć pełnego opisu zjawiska. Jak to się dzieje, że w jednej chwili człowiek ma wolne serce, a sekundę później ktoś wbija w nie hak i od tej pory, czasem nawet przez całe życie, trzyma go na uwięzi? Można się szarpać i bronić, ale osiągnie się tylko tyle, że będzie mocniej bolało, a hak wbije się głębiej."

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia.
Wyniki konkursu!

Wyniki konkursu!

Kochani, miło nam ogłosić, że Szeptać oraz Zdążyć z miłością wygrywa numer 13 czyli Ilona Ciesla. Ilonie serdecznie gratulujemy i prosimy o przesłanie danych do wysyłki na adres stawska19@gmail.com. Po upływie trzech dni nagroda przepada.
Zaginieni - Patricia Gibney (PATRONAT MEDIALNY)

Zaginieni - Patricia Gibney (PATRONAT MEDIALNY)

„Kiedy w katedrze zostaje odnalezione ciało kobiety, a drugie, tym razem młodego mężczyzny, zawisa na drzewie przed jego domem, detektyw inspektor Lottie Parker rozpoczyna śledztwo. Oba ciała mają na nogach charakterystyczny, nieudolnie wykonany tatuaż. Niewątpliwie ofiary coś łączyło. Ale co? Trop prowadzi Lottie do Domu św. Angeli, dawnego przytułku dla dzieci, z którym wiąże się mroczna przeszłość rodziny inspektor Parker. Teraz to sprawa osobista. Podczas gdy Lottie zaczyna dostrzegać związek pomiędzy nowymi zbrodniami a morderstwami sprzed dziesięcioleci, znika bez śladu dwóch nastolatków. Lottie musi wytropić zabójcę, nim ten uderzy ponownie, ale czy tym samym nie narazi swoich dzieci na śmiertelne niebezpieczeństwo? Wkrótce Lottie stanie twarzą w twarz z szaleńcem, który ma zdecydowanie inne niż ona pojęcie sprawiedliwości.”

„Zaginieni” to bardzo dobrze napisana i skonstruowana powieść kryminalna z elementami thrillera, osobiście uwielbiam takie książki, choć muszę szczerze przyznać, że w ostatnim czasie nie czytam ich za dużo, gdyż częściej sięgam po powieści obyczajowe, czy romanse. Więc to oczywiste, że z ogromną radością zabrałam się za lekturę tej powieści. To pierwszy tom cyklu Inspektor Lottie Parker i już teraz mogę Wam napisać, że na pewno sięgnę po kolejne części. Bardzo przypadł mi do gustu styl pisania autorki, podobało mi się, jak budowała napięcie, jak kluczyła, jak motała, wodząc mnie za nos, bym przypadkiem nie za szybko wpadła na to, kto stoi za zbrodniami i kto ma krew na rękach. Akcja książki nie pędzi na łeb na szyję, jest akurat w sam raz, by zaciekawić czytelnika. Autorka z umiarem serwuje wszelkie informacje, mało zdradza, a pomiędzy prowadzonym śledztwem poznajemy życie prywatne pani inspektor, które niestety nie jest usłane różami. Kobieta zmaga się z własnymi demonami, ze słabościami i czuje, że nie sprawdza się jako matka. Na całe szczęście u jej boku jest cały czas jej policyjny partner, który czuje do kobiety coś więcej niż tylko przyjaźń, jednak Lottie boi się znów być szczęśliwa i za każdym razem odpycha mężczyznę. Przeważnie nie lubię, gdy w kryminałach pojawia się wątek jako tako miłosny, ale tutaj autorka opisała to naprawdę minimalistycznie i bardzo subtelnie. To tylko taki zarys czegoś, co może kiedyś przerodzi się w głębokie uczucie, ale o tym zapewne przekonam się dopiero w kolejnych częściach tego cyklu.

Bohaterów jest sporo, ale oczywiście to Lottie jest najważniejsza i to wokół niej toczy się akcja. Większość rozdziałów napisana jest z perspektywy pani inspektor, ale także i inni bohaterowie zabierają głos. Bardzo lubię, gdy właśnie w taki sposób poprowadzona jest fabuła, bo dzięki temu pojawia się coraz więcej niewiadomych i każdy choć przez chwilę staje się dla mnie podejrzanym. Tak jak wspomniałam wyżej, akcja książki nie toczy się zbyt szybko, wszystko ma swój czas i nie trzeba się spieszyć, tylko z uwagą zatracać się w fabule. Sama wyłapywałam najdrobniejsze detale i szczegóły z nadzieją, że naprowadzą mnie na odpowiedni trop i choć w pewnym momencie domyśliłam się, kto stoi za tym wszystkim, to jednak na sam koniec autorce i tak udało się mnie zaskoczyć. Poza tym końcówka jest bardzo dynamiczna, dużo się dzieje i niestety nie wszystko potoczyło się po mojej myśli, ale nie w każdej musi być wszystko, tak jak jak chcę.

Nadmienię jeszcze, że w książce pojawiają się retrospekcje sprzed kilkudziesięciu lat i kurcze to właśnie one były najmocniejszy akcentem tej historii. Podczas czytania ciarki przechodziły mi po ciele, czułam odrazę  i nie mogłam zrozumieć, jak ktoś oddany bogu może być tak podły i okrutny. Oczywiście nie napiszę, czego dotyczyły te retrospekcje, ale myślę, że czytając, będziecie mieć podobne odczucia jak ja.

„Zaginieni” to książka godna uwagi i myślę, że fani kryminałów i thrillerów świetnie spędzą przy niej czas. Dlatego nie czekajcie i zamawiajcie książkę, a ja czekam już niecierpliwie na kolejną część.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwo NieZwykłe.
Fallen Crest. Rodzina - Tijan

Fallen Crest. Rodzina - Tijan

„Czy Samantha znajdzie w Fallen Crest kochającą rodzinę, jakiej nigdy nie miała?”

Sam i Mason są już oficjalnie razem. Niestety nie wszystkim to odpowiada, dziewczyny są zazdrosne i z chęcią dokopałyby Sam za to, że udało się jej usidlić jednego ze sławnych braci Kade. Ale największy problem ma z tym matka dziewczyny, która jest zagorzałym przeciwnikiem miłości jej córki z Masonem. Kobieta nie cofnie się przed niczym, by rozdzielić zakochanych. Czy jej się to uda? Czy Sam znajdzie w sobie dość siły, by przeciwstawić się szalonej kobiecie? Czy Mason będzie walczył o ukochaną? O tym wszystkim musicie przekonać się sami.

Jak już pewnie wiecie, moje pierwsze spotkanie z twórczością Tijan było dość nieudane, ale jako że zawsze twierdzę, że po przeczytaniu jednej książki nie można wyrobić sobie zdania o autorze, to z ogromną ciekawością zabrałam się za „Fallen Crest. Akademia” i wiecie co? Przepadłam w tej książce, tak bardzo, że realne życie dla mnie nie istaniało, liczyła się tylko ta książka, ale cóż poradzić, jak lubi się takie poplątane i mało wiarygodne historie, które zawsze czytam z lekkim przymrużeniem oka. Oczywistością więc było to, że przeczytam także drugi tom, by poznać dalsze losy nie tylko dwójki głównych bohaterów. A wiecie co, jest najlepsze w tym wszystkim? Ubzdurałam sobie w tej mojej małej głowie, że część druga jest częścią ostatnią, naprawdę nie wiem, skąd mnie się to wzięło, ale naprawdę tak było, więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy podczas czytania dotarło do mnie, że to zdecydowanie nie jest koniec. Oczywiście jest to duży plus, bo czeka mnie jeszcze niejedna godzina spędzona z bohaterami. 

Uważam, że ta część jest lepsza, zdecydowanie bardziej dopracowana i na pewno jest w niej mniej przerysowanych i przekoloryzowanych sytuacji. Oczywiście nie martwcie się, bo w książce nadal wiele się dzieje, nie ma chwili na oddech, dramat goni dramat, a w środku tego miszmaszu toczy się walka o miłość. Uwierzcie mi, że podczas czytania nie raz podnosiłam szczękę z podłogi, ale zanim ochłonęłam po jednej sytuacji, to już działo się coś nowego. Naprawdę lubię, kiedy w książkach tak wiele się dzieje, lubię tę plątaninę sytuacji i niepewność, z której strony nadejdzie coś. Sam cały czas musi się mieć na baczności, bo jest wiele osób, które nie chcą by była z Masonem i zrobią naprawdę wszystko, by do tego doprowadzić.

W recenzji poprzedniego tomu napisałam, że poznałam tylko Sam, bo na niej najbardziej skupiła się autorka. Teraz na całe szczęście dane było mi poznać bardziej Masona, który okazał się cudownym młodym chłopakiem. Byłam bardzo zaskoczona tym, jaki był w stosunku do Sam, jak się o nią troszczył i jak o nią dbał. Oczywiście doprowadziło to do tego, że kolejny bohater trafił do mojego serca, no ale co poradzę na to, że lubię niegrzecznych chłopców, którzy kochają na zabój, a kobiety ich serca są dla nich najważniejsze na świecie. Taki jest właśnie Mason i taki jest jego urok i czar. Muszę także napisać o tym, że mimo tego, że jako tako polubiłam Sam, to niestety w tym tomie strasznie mnie momentami irytowała, a chyba najbardziej irytowała mnie jej ciągła ochota na seks. Ja rozumiem, że krew nie woda i że młodość rządzi się swoimi prawami, no ale serio cały czas…?

Jeżeli lubcie historie niczym Moda na sukces w wersji young, to seria Fallen Crest będzie dla Was idealna. Mnie oba tomy bardzo się podobały i niecierpliwie czekam na kolejną część. Zapewniam Was, że podczas czytania emocji Wam nie zabraknie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.
Deadline na szczęście - Anna Tabak

Deadline na szczęście - Anna Tabak

Ewa, ambitna menedżerka, nie waha się ani sekundy, gdy na horyzoncie pojawia się szansa awansu czy choćby nagrody. W biurze spędza długie godziny, bez żalu rezygnując z życia towarzyskiego i powoli tracąc kontakt z własnym mężem. Zupełnie nie spodziewa się nadchodzącego huraganu, który zburzy jej uporządkowaną codzienność. Jeden nieszczęśliwy wypadek, jeden telefon, jedna szybka decyzja. Co ma z tym wspólnego zwariowana siedmiolatka, niesforny labrador Browar i wszystko gryzący chomik Hubert? I czy cokolwiek może się okazać ważniejsze od dotrzymania deadline’u w pracy?” 

Ogromnym plusem blogowania jest to, że ciągle odkrywam nowych autorów. Do tej pory nie znałam twórczości Anny Tabak, a wiem, że „Deadline na szczęście” to już druga książka autorki, więc na pewno w wolnym czasie postaram się przeczytać jej debiut i mam nadzieję, że będzie on dla mnie tak samo wciągającą lekturą, jak wyżej wymieniona książka. Przyznam się szczerze, że nie miałam zbyt dużych oczekiwań w stosunku do tej książki, chciałam tylko fajnie spędzić przy niej czas i odsunąć na bok szarą rzeczywistość. Oczywiście książka spełniła w stu procentach swoje zadanie, a na dodatek autorka miło mnie zaskoczyła świetnym lekkim stylem, dzięki któremu czas spędzony z lekturą, był bardzo fajną i odprężającą przygodą. Na samym początku myślałam, że dostałam banalną historię, która bardzo szybko wywietrzeje mi z głowy, ale dość szybko musiałam na ten temat zmienić zdanie, gdyż historia Ewy okazała się niezwykle prawdziwa, a na świecie znajdziemy wiele osób, które mogłyby utożsamić się z główną bohaterką, które żyją tylko pracą, a wyścig szczurów jest dla nich normalnością. Niestety ja nie do końca ją polubiłam, może dlatego, że jestem od niej zupełnie inna i chyba nie potrafiłabym dla kariery wszystkiego poświęcić. Nie zmienia to oczywiście faktu, że to bardzo ciekawa postać i myślę, że wielu z Was będzie mieć o niej zupełnie inne zdanie niż ja. 

"Czasami nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo ci na czymś zależy, dopóki się nie dowiesz, że nie możesz tego dostać."

„Deadline na szczęście” to bardzo ciekawa, wciągająca i autentyczna powieść, w której zostały poruszone tematy ważne, te mniej ważniejsze i która zmusi Was do refleksji nad tym, co w życiu każdego człowieka jest najważniejsze.

Polecam! 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i Ska.
Copyright © 2014 Kobiece Recenzje , Blogger