Hush - E.K. Blair - Fragment powieści

Hush - E.K. Blair - Fragment powieści


Rozdział drugi

(Declan)
– Chryste Panie! – Lachlan wzdryga się, przestraszony, kiedy zatrzaskuję z hukiem podwójne drzwi do biblioteki, oddzielając nas od reszty domu.
Odwracając się do niego plecami, zaciskam mocno dłonie na klamkach w marnej próbie zapanowania nad kotłującymi się we mnie emocjami. Oblewam się zimnym potem, a moje kości zdają się klekotać ze wzburzenia. Lekko uchylam drzwi, po czym trzaskam nimi raz jeszcze, ze stęknięciem uderzając dłonią w stary mahoń.
– Co mogę zrobić? – pyta Lachlan z drugiego końca pokoju.
Szereg odpowiedzi wypełnia mi głowę i oplata szyję, zaciskając się na niej niczym stryczek. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa, pogrążony w myślach o Elizabeth, która śpi na górze, otumaniona lekami. Przed oczami migają mi obrazy – dokładne, wyraźne wspomnienia z zeszłej nocy: jej nagie, zakrwawione ciało, siniaki i rany między nogami pozostałe po tym, co zrobił jej ten skurwiel. Do gardła podchodzi mi żółć, którą z trudem udaje mi się przełknąć.
Chciałem po przebudzeniu zapewnić jej tyle spokoju, ile tylko mogłem, a zamiast tego patrzyłem, jak jej świat pogrąża się w jeszcze większym chaosie, jakby nie dość już przeszła. Obawiam się, że nie jest dostatecznie zrównoważona, żeby uporać się z tym nowym problemem.
– Declan.
Odwracam się do przyjaciela, wdzięczny, że został na noc i jest tu teraz, bo sam na pewno nie dałbym rady dojść do ładu ze swoimi rozgorączkowanymi myślami. Prędzej zacząłbym wybijać pięściami dziury w ścianach i zaślepiony gniewem zrównałbym dom z ziemią.
– Co u niej? – pyta.
– Śpi – odpowiadam ze ściśniętym gardłem. Podchodzę do kanapy i siadam, opierając głowę na zaciśniętych pięściach. Wyraźnie słychać mój niespokojny oddech. Elizabeth nie może tego zobaczyć. Musi wierzyć, że mam wszystko pod kontrolą, i że jest przy mnie całkowicie bezpieczna.
– A tak poza tym? – Lachlan domaga się bardziej wyczerpującej odpowiedzi.
Podnoszę wzrok, patrząc w jego pełne troski oczy, kiedy siada po przeciwnej stronie stolika.
– Nic dobrego.
Nie chcę zdradzać Lachlanowi zbyt wielu szczegółów, bo to sprawy między nią, mną i nikim innym.
– Słuchaj, to, co się stało zeszłej nocy… To, czego byłeś świadkiem… – zaczynam, ale on wchodzi mi w słowo.
– Nikt się o tym nie dowie.
– Oby. – W moim głosie słychać nutę niewypowiedzianej groźby. – Nigdy o tym nie wspominaj, nawet w rozmowie z nią, zrozumiano?
– Absolutnie. – Kiwa głową.
– Potrzebuję twojej pomocy. – Zmieniam temat.
– Co tylko zechcesz.
– Musisz kogoś dla mnie odnaleźć.
– Kogo?
– Nazywa się Steve Archer.
Lachlan rzuca mi zaciekawione spojrzenie.
– Skąd ja znam to nazwisko?
– To ojciec Elizabeth.
– Jej ojciec? – Dziwi się. – Nie żyje. Szukając jej matki, trafiłem na jego akt zgonu.
– No nie wiem. Oglądaliśmy na górze amerykańskie wiadomości i Elizabeth przysięga, że go zobaczyła.
– W telewizji? Niemożliwe.
– Upiera się, że to on.
– Declan, ona ma teraz kompletny mętlik w głowie. Widzi to, co chce zobaczyć – stwierdza. – Ten człowiek nie żyje.
Wzruszam ramionami, wzdychając ciężko.
– Puść to nagranie i porównaj.
Lachlan podchodzi do stojącego w kącie biurka, a ja ruszam za nim i podaję mu adres strony internetowej odpowiedniej stacji. Znajdujemy nagranie, odtwarzamy je, a kiedy widzę mężczyznę, przy którym Elizabeth kazała mi wcisnąć pauzę, zatrzymuję wideo na ujęciu jego twarzy.
– To ten.
Potrzebujemy kilku minut, żeby znaleźć archiwalny artykuł dotyczący aresztowania, ale w końcu Lachlan trafia na taki ze zdjęciem.
– Tutaj – mówię, wskazując na odnośnik. – Wejdź w ten link.
Jedno kliknięcie później wiem już, że Elizabeth nie ponosi wyobraźnia. Zdjęcie jest co prawda stare, ale nie pozostawia cienia wątpliwości, że to ta sama osoba.
– Jasny gwint – kwituje Lachlan, porównując obie fotografie.
– To on. Powiedz mi, że widzisz to samo, co ja.
– Widzę.
– Niech to szlag! – Przeczesując palcami włosy, podchodzę do okna, żałując, że w ogóle włączałem ten cholerny telewizor. – Nie mogę pozwolić, żeby znowu ktoś ją zranił.
– Wiem.
– Jezu. Przecież dopiero co dowiedziała się, że ta jej gówniana matka sprzedała ją jako niemowlę. A teraz to? Boję się, że to może być dla niej zbyt wiele.
– Powiedz mi, co mam zrobić?
Ona nie odpuści, zresztą nie mam prawa tego od niej oczekiwać. Ale muszę zachować przewagę i przez cały czas być o dwa kroki przed nią.
– Znajdź go. I wszystko, absolutnie wszystko, czego się dowiesz, ma najpierw trafić do mnie. Zrozumiano?
– Tak.
– Raz już zawaliłeś – wypominam mu. – Niech to się nie powtórzy.
Wstaje, podchodzi do mnie i zapewnia:
– Masz moje słowo. – Nie przestaję przeszywać go wzrokiem, bo stawka jest zbyt wysoka, aby ryzykować. Widząc moje wątpliwości, Lachlan kładzie mi dłoń na ramieniu, a następnie dodaje z naciskiem: – Mnie też na niej zależy.
– W takim razie nie spieprz tego.
Z krótkim skinieniem głowy ściska moje ramię, po czym odchodzi i wyciąga telefon.
– Chcę też dla niej ochrony! – wołam za nim. – Nie powinna ani na moment zostawać sama.
– Zaraz to zorganizuję.
– Sam się tym zajmiesz.
– Nie jestem ochroniarzem, McKinnon.
– Zgadza się. Kiedy przychodzi do słuchania poleceń, jesteś jak skończony patałach. Ale po wydarzeniach ostatniej nocy tylko tobie ufam na tyle, żeby powierzyć ci jej bezpieczeństwo pod moją nieobecność.
– Będę musiał załatwić kilka rzeczy w Edynburgu.
– Zajmij się tym dzisiaj – mówię. – Możesz się zatrzymać w domku koło groty.
– W domku? – Śmieje się. – Masz na myśli kwatery dla pokojówek?
– Właśnie tak, dupku – odpowiadam ze śmiechem. – A, jeszcze jedno – dodaję, zanim Lachlan zdąży wyjść z pokoju. Ponownie przybieram poważny wyraz twarzy. – Dziękuję.
– Żaden problem.
Jestem gotów zrobić wszystko, byle tylko ochronić Elizabeth, ale oboje mamy tyle na sumieniu, że nasze możliwości są ograniczone. Podczas naszej krótkiej znajomości zdążyliśmy zrobić tyle rzeczy, że z łatwością moglibyśmy wylądować w pudle. Pozostaje nam więc tylko Lachlan.
Idę do kuchni, podchodzę do zainstalowanego na ścianie monitora i zaczynam przeglądać obrazy z kamer. Zatrzymuję się na tym ukazującym bramę, patrząc, jak samochód Lachlana właśnie wyjeżdża na główną drogę. W tym momencie dzwoni moja komórka.
– McKinnon – odbieram.
– Dzień dobry, panie McKinnon. Tu Alexander Stanforth z firmy Stanforth&Partners. Jak się pan miewa?
– W porządku – odpowiadam. Alex to architekt, który będzie pracował przy mojej nowo nabytej londyńskiej nieruchomości.
– Przepraszam, że dzwonię na komórkę, ale był pan zainteresowany przyspieszeniem pierwszych spotkań, więc pomyślałem, że odezwę się bezpośrednio do pana, a nie do biura.
– Po to dałem ci ten numer, Alex.
– Dobrze. W takim razie chciałbym się umówić na spotkanie w celu omówienia zakresu projektu, harmonogramu prac i budżetu. Jest pan wolny w przyszłym tygodniu?
– Mogę być. Ustal termin i powiadom moje biuro, a ja się dostosuję.
– Świetnie. Omówię to z resztą zespołu i jeszcze dzisiaj skontaktuję się z biurem.
– Dzięki, Alex.
Rozłączam się, wyjmuję z zamrażarki torebkę z lodem i wchodzę na piętro, do Elizabeth, którą zastaję pogrążoną w głębokim śnie. Wchodzę do sypialni, po czym siadam obok niej na łóżku. Twarz ma opuchniętą, a wokół oka rozlewa się czarno-popielaty siniak. Wzdryga się, kiedy delikatnie przykładam lód do jej skóry.
– Przepraszam – szepczę, gdy otwiera oczy. – Jesteś cała spuchnięta.
Przez chwilę widzę jej wielkie, rozszerzone źrenice, ale zaraz powieki opadają z powrotem. Patrzę na nią, leżącą bez ruchu, wsłuchując się w jej cichy oddech.
– Często z nim tańczyłam – mruczy schrypniętym głosem.
– Z kim?
– Z tatą.
Nie odpowiadam, a ona zwija się w kłębek, kładąc mi głowę na kolanach.
– Najbardziej lubił Deana Martina – ciągnie sennym głosem, nie otwierając oczu. – „Volare”… Tak się nazywała ta piosenka. Zawsze śpiewał razem z nagraniem, a ja chichotałam, kiedy tekst był po włosku.
– Miał dobry głos? – pytam, przytrzymując zimny okład na jej twarzy.
– Hmm – odpowiada powoli, pogrążona w apatii. – Stawałam na jego stopach i przytrzymywałam się jego nóg, a on tańczył. – Milczy przez chwilę. Już myślę, że z powrotem zasnęła, ale wtedy zaczyna mrugać. Kiedy jej szkliste oczy napotykają moje, kwili: – Dlaczego mnie zostawił?
Nigdy w życiu w niczyim spojrzeniu nie widziałem tyle cierpienia i boli mnie, że muszę je oglądać akurat w jej oczach. Pragnie odpowiedzi, ale ja nie potrafię jej udzielić, choć bardzo bym chciał.
– Myślałam, że było mu ze mną dobrze.
Odkładam torebkę z lodem na stolik przy łóżku, odwracam się z powrotem do niej i ujmując jej twarz w dłonie, zapewniam:
– Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby poznać odpowiedzi na twoje pytania. Znajdziemy go.
– A co, jeśli on nie chce, żebym go znalazła?
– Nieważne czego on chce. Nie ma w tej kwestii nic do gadania.
To nie jest kobieta, którą znam. Stała się zupełnie inną osobą. Mogła mnie mamić i oszukiwać, ale zawsze miała w sobie hart ducha, którego nie da się udawać. Za fasadą kłamstw ta część niej była prawdziwa, ale teraz zagubiła się gdzieś w jej sponiewieranym ciele.
Zmieniając pozycję, wydaje z siebie zduszony, bolesny jęk.
– Może weźmiesz gorącą kąpiel?
– Po co? Zgnilizna pozostanie zgnilizną.
– Bzdura – odpowiadam ostro. – Zgnilizna cię dotknęła, ale nie jesteś nią przesiąknięta. Poza tym zaproponowałem kąpiel, żebyś ulżyła sobie w bólu, a nie po to, żebyś się umyła. – To tylko w połowie prawda. Chciałbym ją oczyścić, zmyć z niej cały brud, którym skalał ją ten worek gówna. Chcę usunąć jego ślady z jej skóry, bo na samą myśl o nim robi mi się niedobrze. Chcę otulić ją całą swoim ciałem i zapachem, sprawić, że będzie smakowała i pachniała jak ja. To prymitywna, zwierzęca potrzeba oznaczenia jej jako swojej własności, wzięcia w posiadanie każdej cząstki jej ciała oraz duszy.
Przyciągam ją ku sobie, a po chwili przyciskam wargi do jej ust w łagodnym pocałunku, podczas gdy naprawdę mam ochotę chłonąć ją całą, nasycając się jej ciałem – ale jest zbyt krucha. Jej oddech na moim języku sprawia, że przeszywa mnie dreszcz, a mój puls przyspiesza. Muszę całą siłą woli powstrzymywać pragnienie, żeby cisnąć ją na materac, rozchylić jej uda i głęboko zanurzyć w niej mojego kutasa. Chciałbym przerżnąć ją tak mocno, że poczułaby to w kościach.
Zmuszam się, żeby się odsunąć. Chwytam ją za kark, biorąc głęboki wdech, a potem powoli wypuszczam powietrze.
– Tęskniłam za twoim smakiem. – Próbuję się uspokoić, ale jej słowa nie ułatwiają mi zadania.
– Chciałbym więcej niż tylko poczuć twój smak, ale nie mogę teraz być tak samolubny w stosunku do ciebie. Nie dam rady zapanować nad sobą i zrobię ci krzywdę. Wstaję z łóżka i idę napuścić wody do wanny, a potem wracam do Elizabeth. – Daj mi ręce. – Pomagam jej wstać. – Unieś ramiona.
Rozbieram ją powolnymi ruchami, uważając, żeby nie sprawić jej bólu. Kiedy już stoi przede mną naga, szybko zdejmuję własne ubrania, po czym prowadzę ją do łazienki. Pierwszy wchodzę do wanny i przytrzymując Elizabeth, pomagam jej wejść. Siada między moimi nogami z grymasem bólu na twarzy, opierając się plecami o moją klatkę piersiową.
Patrzenie na jej ciało przychodzi mi z trudem. Już same siniaki wystarczą, żeby krew zagotowała mi się w żyłach, a żołądek związał w supeł od wzburzonych emocji. Na jej lewej piersi widnieje nierówny ślad po ugryzieniu, którego nie zauważyłem zeszłej nocy pod prysznicem.
– O co chodzi? – pyta, podnosząc na mnie wzrok. – Co się stało?
– Co masz na myśli?
– Nagle zrobiłeś się spięty.
– Przepraszam… ja tylko… – zaczynam, szukając jakichś delikatnych słów.
– Tylko co?
Ale delikatność nie przychodzi mi łatwo, więc decyduję się na szczerość.
– Chciałbym usunąć te wszystkie ślady. Wszystkie, które nie są ode mnie.
– Zawsze będę miała na sobie ślady cudzego dotyku. Tak było, jest i będzie.
– Oddałbym wszystko, żeby się ich pozbyć – mówię, wiedząc już, że blizny na jej plecach i nadgarstkach są dziełem jej przybranego ojca.
– Nie możesz zmienić mnie w coś, czym nie jestem, wiesz?
– Nie traktuję cię jako obiektu działalności charytatywnej, jeśli do takiego wniosku doszłaś – burczę z irytacją.
– I nigdy mnie tak nie traktowałeś? Nawet na początku?
– Nie. Nigdy nie litowałem się nad tobą.
– Skoro to nie litość, to w takim razie, co?
– To skomplikowane. Nie rozumiem ciebie ani tych twoich uzasadnień dla wszystkich okropności, które zrobiłaś. Wiem tylko, że muszę mieć nierówno pod sufitem, żeby cię kochać – a przecież cię kocham, do cholery. Próbowałem z tym walczyć, ale na próżno.
– A to, co mówiłeś zeszłej nocy? Że wciąż mnie nienawidzisz?
– To prawda.
Spuszcza wzrok, ale ja z powrotem przyciągam jej uwagę, mówiąc:
– Kocham cię, Elizabeth.
– Naprawdę?
– Oczywiście, że tak. Przecież zabiłem dla ciebie.

Żona bankiera - Cristina Alger

Żona bankiera - Cristina Alger

„Istnieje cały ukryty przed nami, odrębny świat, toczący się według własnych reguł. Świat brudnych pieniędzy, umieszczonych na podejrzanych kontach bankowych, świat należący do potężnych i niebezpiecznych ludzi.
Kiedy Matthew Werner, bankier pracujący dla największego szwajcarskiego banku, ginie w katastrofie lotniczej, jego młoda żona musi uporać się nie tylko ze stratą ukochanego, lecz również z tajemnicami, które po sobie pozostawił. Z czasem Annabel zdaje sobie sprawę, że jego śmierć nie była przypadkowa, a ona sama znajduje się teraz na celowniku potężnych sił, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała.
Trzymający w napięciu thriller Cristiny Alger ukazuje świat globalnej finansjery i ukrytych pieniędzy, świat chciwości i pychy, dla którego nie istnieją ani granice państwowe, ani prawo.”

„Żona bankiera” to książka, po którą sięgnęłam z czystej ciekawości, gdyż nie znałam wcześniejszej twórczości autorki. Poza tym uwielbiam thrillery i kryminały, a ta książka miała tak ciekawy opis, że po prostu musiałam ją przeczytać. Teraz gdy jej lekturę mam już za sobą, mogę tylko i wyłącznie napisać, że to bardzo dobry thriller sensacyjny, który wciąga w głąb fabuły już od pierwszej strony. Autorka z lekkością przeniosła mnie do świata skorumpowanych i głodnych władzy polityków oraz do świata globalnej finansjery, ukrytych pieniędzy, w którym nie istnieje żadne prawo. Przyznam się Wam szczerze, że obawiałam się tej historii, ale autorka stanęła na wysokości zadania i zapewniła mi ogrom emocji oraz wrażeń. Akcja jest dynamiczna, cały czas coś się dzieje, fabuła jest nieprzewidywana, a zakończenie zaskakujące, po prostu w tej książce wszystko jest tak jak lubię. To naprawdę bardzo dobra książka, z którą świetnie spędziłam czas i na pewno przeczytam inne książki tej autorki. 

Główne bohaterki tej książki to Annabel i Marina. Annabel to żoną bankiera z Genewy, który pewnego dnia ginie w tajemniczej katastrofie lotniczej. Annabel ciężko pogodzić się z tą szokującą informacją i nie potrafi uwierzyć w wyjaśnienia policji, która twierdzi, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek. Zrozpaczona kobieta sama postanawia poznać prawdę. Jednak nie zdaje sobie sprawy, że jej prywatne śledztwo odkryje wiele tajemnic, szokujących faktów i przerażających informacji z życia jej męża. Marina to dziennikarka, która pracuje nad głośną sprawą powiązaną właśnie z zagranicznymi bankami. Obie kobiety zostają uwikłane w niebezpieczną intrygę. Czy wyjdą z tego cało? Czy odkryją niebezpieczną prawdę? Tego musicie dowiedzieć się sami.

„Żona bankiera” to genialna i oryginalna powieść, która została dopracowana w każdym nawet najmniejszym szczególe. Naprawdę widać jak wiele pracy musiała włożyć w nią autorka, bo każdy wątek jest bardzo dobrze przemyślany, a co najważniejsze doprowadzony do końca, więc wszystko jest dla nas jasne i przejrzyste. To książka pełna intryg, tajemnic i niedopowiedzeń, które napędzają całą akcję. To książka, w której bardzo łatwo się zatracić i bardzo łatwo poczuć się jeden z jej bohaterów. Poza tym ich kreacja wyszła autorce perfekcyjnie, każdy z nich jest inny i do samego końca nie wiadomo, kto mówi prawdę, a kto cały czas kłamie. To świetna książka z niesamowicie wciągającą fabułą, od której nie sposób się oderwać.

W swojej książce autorka pokazuje, że chciwość ludzka nie zna granic...

Mam nadzieję, że lektura tej książki dostarczy Wam wielu wrażeń i świetnie spędzicie z nią czas.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i Ska. 
Słodki drań - Vi Keeland, Penelope Ward (PATRONAT MEDIALNY)

Słodki drań - Vi Keeland, Penelope Ward (PATRONAT MEDIALNY)

„Stacja benzynowa gdzieś na pustkowiu Nebraski nie jest zbyt romantycznym miejscem, zwłaszcza kiedy jesteś w kiepskim humorze. Aubrey była. Znużona wielogodzinną trasą w perspektywie miała jeszcze wiele godzin dalszej jazdy. Uciekała przed swoją przeszłością, chciała ukoić złamane serce i rozpocząć nowe życie w Kalifornii. Chance, zarozumiały przystojniak z Australii, wkurzył ją od pierwszego wejrzenia. Był niesamowicie seksowny, ale do przesady arogancki. Dziewczyna przestałaby o nim myśleć pięć minut po odjechaniu ze stacji, gdyby nie problem z kołem, którego sama nie była w stanie zmienić. Również Chance nie mógł wyruszyć w dalszą podróż — nie umiał poradzić sobie z awarią motocykla. Chcąc nie chcąc, dalej pojechali razem.

Wkrótce Aubrey z zaskoczeniem odkrywa w tym pewnym siebie zarozumialcu najlepszego kompana podróży, jakiego mogłaby sobie wymarzyć. A i Chance wygląda na faceta, który również czuje do dziewczyny coś więcej. Wyprawa wydłuża się do kilku dziwnych, ale cudownych dni. Jest zabawnie, miło, a napięcie między nimi rośnie. Audrey coraz bardziej zakochuje się w przystojnym Australijczyku i wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego końca, gdy któregoś dnia, zupełnie nieoczekiwanie, Chance znika bez pożegnania...

To opowieść o zabawnych przypadkach, namiętności i pożądaniu, ale również o trudnych wyborach, cierpliwości i przyjaźni. O rozterkach, smutku i tęsknocie za ukochaną osobą. Ta historia pełna jest zaskakujących zwrotów akcji, uśmiechów, łez i radości. Od kart tej książki nie oderwiesz się aż do ostatniego zdania!

Po prostu zniknął... Tego się nie robi takiej dziewczynie!”

Vi Keeland i Penelope Ward to autorki, których książki uwielbiam i choć każda z nich osobno pisze świetnie, to jednak uważam, że jako duet i tak wypadają dużo lepiej. W stu procentach się uzupełniają, a historie, które wychodzą spod ich pióra, są po prostu genialne i zachwycające. Tym razem miałam przyjemność przeczytać „Słodkiego drania” i cóż ja mogę o tej książce napisać, chyba tylko to, że historia Aubrey i Chance’a zachwyca, zniewala, fascynuje i przede wszystkim uwodzi. Autorki odwaliły kawał świetnej roboty i już po kilku stronach wiedziałam, że to ich kolejna książka, która mnie zauroczy, rozbawi do łez i że świetnie spędzę przy niej czas. Nie żałuję ani minuty, którą spędziłam z tymi wspaniałymi bohaterami, bo od razu poczułam z nimi więź i najmocniej jak mogłam, trzymałam kciuki, by ich historia miała happy end. Poza tym to jedna z takich książek, która mimo tego, że została napisana według utartych schematów, to i tak ma w sobie to coś, co nas do niej przyciąga. Nie można się od niej uwolnić, a rozstanie z bohaterami jest niemal bolesne. To genialny romans z intrygującą i wciągającą fabułą, w którym oczywiście znajdziemy elementy komedii oraz wyrazistych i nietuzinkowych bohaterów, z którymi nie sposób się rozstać. Ja przepadłam i zatraciłam się w tym zmysłowym świecie i wiecie co? Myślę, że z Wami będzie podobnie.

Według mnie autorki stworzyły genialnych bohaterów. Każdy z nich jest inny i bardzo charakterystyczny. Aubrey to kobieta twardo stąpająca po ziemi, zadziorna, i jak to określił Chance, mająca kij w tyłku który na całe szczęście dzięki niemu znika. Moment, w którym poznaje Chance’a jest jej nowym początkiem. Właśnie przeprowadza się na drugi koniec kraju, by zacząć nowy rozdział w życiu. Nie wie tylko, że osiem dni, które spędzi z tym zakręconym i seksowym chłopakiem wywróci jej na nowo poukładane życie do góry nogami. Jeżeli chodzi o Chance’a, no to cóż… to mój kolejny książkowy ideał (no wiem, wiem, ja i te moje ideały;)). Ale naprawdę jego postać jest po prostu świetna. To arogancki, ale bardzo zabawny dupek, którego od razu pokochałam. To przystojny i słodki drań, który głęboko skrywa swoje tajemnice. Aubrey od razu zawróciła mu głowie, ale wiedział, że nie może i że nie powinien się do niej zbliżać. Tylko czy można wygrać z tak gorącą i zadziorną dziewczyną, jaką jest Aubrey? Gdy wydaje się, że między tą dwójką będzie coś poważnego, mężczyzna znika… Pojawia się po dwóch latach, w momencie, w którym Aubrey znów zaczęła się uśmiechać, a w jej życiu pojawił się nowy mężczyzna. Jednak Chance tak łatwo się nie poddaje i zaczyna walkę o kobietę, o której nie może zapomnieć i która wypełniła pustkę w jego sercu. Czy mu się to uda? Tego oczywiście Wam nie zdradzę. Zapewniam Was tylko, że nic nie będzie łatwe, a mężczyzna będzie musiał się natrudzić, by Aubrey poświęciła mu chwilkę swojego czasu. Jednak Chance to bardzo pomysłowy mężczyzna, który łatwo się nie poddaje. 

"Wymeldowałam nas oboje i przez sześć godzin siedziałam w holu. To było głupie. Zniknęły jego ubrania. Najwyraźniej nie zamierzał wracać, skoro wymknął się, gdy spałam. Mimo to z jakiegoś powodu nie chciałam wyjeżdżać. Siedziałam na skórzanej kanapie na tętniącym życiem dziedzińcu wewnętrznym hotelu i wpatrywałam się tępo w główne wejście. Może zmienił zdanie? Może wskoczył w autobus i był już w połowie drogi do Kalifornii, kiedy pożałował swojej decyzji? Co, jeśli przybiegnie z powrotem, a mnie już tu nie będzie? Wtedy sobie przypomniałam, że on ma mój numer telefonu, a mimo to nie zadzwonił. Jeszcze boleśniej uświadomiłam sobie prawdę."

Polecam Wam tę powieść z całego serca, bo to piękna, zmysłowa, namiętna i pełna humoru historia o prawdziwej miłości, która pojawia się znikąd i łączy na zawsze. To książka niezwykle zaskakująca, emocjonująca i także pouczająca, więc koniecznie musicie ją przeczytać.  Jestem przekonana, że zatracicie się w tej historii tak jak i ja.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Editio Red.

Zapach konwalii - Danuta Korolewicz (PATRONAT MEDIALNY)

Zapach konwalii - Danuta Korolewicz (PATRONAT MEDIALNY)

„Na wiosnę rodzą się nowe uczucia, a co ze starymi?

Anna poznaje dawną przyjaciółkę Mariusza, Arę. To bardzo uzdolniona młoda artystka. Jej wystawa odnosi olbrzymi sukces, ale czy to wystarczy, by uczynić ją szczęśliwą i uratować od śmiertelnego zagrożenia – depresji?

Nad związkiem Anny i Mariusza zbierają się czarne chmury.

Czy dawna miłość ukochanego Anny ma szansę go odzyskać?

Kontynuacja Błękitnego lata zaskakuje nas od pierwszych stron.”

„Zapach konwalii” Danuty Korolewicz to powieść, która po prawie sześciu latach doczekała się swojego wznowienia w nowej szacie graficznej. Przyznam się Wam szczerze, że nowa okładka podoba mi się dużo bardziej niż ta stara i bardziej oddaje klimat książki. 
W tym tomie powraca była dziewczyna Mariusza, Matylda, która sieje niewyobrażalny zamęt w głowie Anki i na wszystkie sposoby próbuje odzyskać chłopaka. Jednak nie tylko Anka będzie próbowała rozdzielić młodych zakochanych. Grzegorz, brat Anki także będzie starał się namieszać w ich związku. Oprócz tego pojawia się w książce nowa bohaterka Ara, która jest dawną znajomą Mariusza. To wspaniała i utalentowana młoda dziewczyna, która  niestety będzie krok od depresji. Jak potoczą się losy bohaterów? Czy zwycięży miłość? Tego już musicie dowiedzieć się sami.

Mimo, że jest to książka lekka, niezobowiązująca i przyjemna w odbiorze, to autorka porusza w niej także trudne tematy. Głównym z nich jest chora i zaborcza zazdrość, która jeszcze nigdy nikomu nie przyniosła nic dobrego, ale pojawia się także temat depresji, czy alkoholizmu, z którym zmaga się wielu ludzi.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to uważam, że ich kreacja wyszła autorce bardzo dobrze. To postacie z krwi i kości, które mają mają swoje zalety oraz wady. Każdy z nich jest inny i na swój sposób wyjątkowy i charakterystyczny. Jestem przekonana, że każdy z nich wzbudzi w Was wiele skrajnych emocji. Jednych polubicie, a do drugich poczujecie antypatię i oto właśnie chodzi, by bohaterowie dostarczali nam nie zawsze dobrych emocji.

„Zapach konwalii” to powieść o trudnych relacjach damsko-męskich oraz o wygórowanych ambicjach, które potrafią się zemścić. To także książka o miłości, zazdrości i zaborczości. Czyta się ją bardzo szybko, mimo tego, że znajdziecie w niej trochę przydługich opisów.
Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Lucky.
Zapowiedź patronacka - Drwal - K.N. Haner

Zapowiedź patronacka - Drwal - K.N. Haner


Zmysłowa, romantyczna, subtelna... Królowa Dramatów w nowym wydaniu!

Jason Parker, zraniony wydarzeniami z przeszłości, kilka lat temu porzucił wygodne życie w Cleveland i zamieszkał w drewnianym domu pośrodku lasu, z dala od ludzi. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie pokocha. W swoim azylu tworzy rzeźby, wyrażając w nich emocje, które nie do końca rozumie. Zdolny artysta zdobywa coraz większą popularność, ale konsekwentnie odmawia kontaktów z mediami.

Samantha Crow ma w życiu konkretny cel. Przebojowa i śmiała dziewczyna chce zostać dziennikarką, choć w głębi duszy pragnie zupełnie czegoś innego. Pewnego dnia dopina swego i namierza pracownię Jasona. Pod pretekstem wywiadu odważa się odwiedzić tajemniczego "Drwala".

To spotkanie, które nieoczekiwanie na dobrych kilka dni uziemia Jasona i Sam w leśnej samotni, sprawia, że zamknięty i skryty mężczyzna otwiera się przed, na pozór beztroską, kobietą. Choć oboje mają wiele tajemnic i nie potrafią odnaleźć właściwej ścieżki, to tylko oni mogą sobie wzajemnie pomóc. Czasami jednak prawdziwe uczucie to za mało, by przegonić demony przeszłości.

Las. Deszcz. Miłość, która narodziła się z natury.
Bez tajemnic - Mia Sheridan

Bez tajemnic - Mia Sheridan

„Prawdziwa miłość zamienia sekrety w wyznania
Evie i Leo poznali się jako dzieci, w rodzinie zastępczej. Więź, która ich połączyła, pozwoliła im przetrwać najtrudniejsze chwile. Z czasem ich przyjaźń zmieniła się w miłość. Byli przekonani, że zawsze będą razem, jednak los miał wobec nich inne plany.

Gdy Leo otrzymał szansę na lepsze życie, przyrzekł, że nie zapomni o Evie, że wróci po nią. I zniknął, pozostawiając po sobie trwały ślad w jej sercu.

Osiem lat później wspomnienie utraconej miłości odżyło, gdy w życiu Evie pojawił się Jake, przyjaciel Leo. Przyniósł wiadomość, która wywróciła jej świat do góry nogami. Połączeni przez Leo Evie i Jake zaczęli zbliżać się do siebie, jednak dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Jake nie mówi jej wszystkiego...
Jeśli przeszłość, która ich połączyła, ma zmienić się we wspólną przyszłość, Evie będzie potrzebowała wszystkich odpowiedzi.”

Mia Sheridan ma na swoim koncie książki dobre i takie troszkę gorsze, jednak ja zawsze z ogromną przyjemnością zagłębiam się w historiach, które wychodzą spod jej pióra. Tym razem w moje ręce trafiła powieść, która całkiem niedawno miała swoją premierę, oczywiście chodzi mi o „Bez tajemnic”. Jeżeli mam być całkiem szczera, to muszę napisać, że mam mieszane uczucia odnośnie tej historii i tak prawdę powiedziawszy, niczym szczególnym autorka mnie nie zaskoczyła. No może tym, że książka została podzielona na dwie części. W pierwszej poznajemy historię opowiedzianą z perspektywy Evie, a w drugiej z perspektywy głównego bohatera, czyli taką prawię powtórkę z rozrywki, w której na całe szczęście dowiadujemy się więcej z jego przeszłości. Osobiście nie mam problemu z takimi zabiegami ze strony autorów, ale jeżeli ktoś nie lubi czytać jeszcze raz tego samego, to spokojnie część drugą może sobie odpuścić, bo wiele nie straci. Mia Sheridan słynie z tego, że jej książki zawsze są bardzo emocjonujące, poruszające i dostarczają wielu wrażeń i na tym polu autorka mnie nie zawiodła, szczególnie odczułam to podczas czytania fragmentów z przeszłości bohaterów. Jednak niestety książka okazała się do bólu przewidywalna oraz schematyczna i już na samym początku można się domyślić, jak dalej potoczą się losy bohaterów. Zabrakło mi jakiś nieoczekiwanych zwrotów akcji i chyba jakiegoś dramatu, który wywróciłby życie bohaterów do góry nogami. No ale, że to Mia Sheridan to nie będę marudzić, bo i tak bardzo fajnie spędziłam czas, poznając historię Evie oraz Leo. Niemniej jednak wiem, że autorkę stać na wiele więcej, bo niejednokrotnie jej książki wywoływały we mnie efekt wow. Poza tym muszę nadmienić, że „Bez tajemnic” to debiut autorki, więc tej książce naprawdę można wiele wybaczyć. Każdy autor kiedyś zaczynał, a naprawdę trudno zadebiutować książką, do której nikt by się nie przyczepił. Oprócz tego dostrzeżecie, jak na przestrzeni lat zmienił się i udoskonalił warsztat autorki.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to nie mam względem nich żadnych zastrzeżeń. Nie są może jacyś wyjątkowi, ale każdy z nich jest bardzo ludzki, ma swoje problemy i dźwiga na barkach ogromny bagaż doświadczeń. Myślę, że ich polubicie i będziecie im kibicować w drodze do szczęścia.

„Bez tajemnic” to książka, której nie będę polecać, ani odradzać, ale uważam, że każdy fan Mii Sheridan powinien poznać tę historię, chociażby po to, żeby przekonać się, jak autorka do tej pory rozwinęła skrzydła. To powieść o trudnej przeszłości, o złamanych obietnicach i przede wszystkim o pierwszej prawdziwej oraz nieśmiałej miłości.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Jakkupować.pl


Napij się i zadzwoń do mnie - Penelope Ward

Napij się i zadzwoń do mnie - Penelope Ward

„Po wypiciu butelki dobrego wina wiele może się zdarzyć — szczególnie jeśli w zasięgu ręki ma się telefon, a szlachetny trunek posłużył do wskrzeszenia wspomnień z czasów, kiedy się było zakochaną smarkulą. Rana Saloomi, śliczna i bystra tancerka brzucha, najwidoczniej o tym zapomniała. Pamiętała natomiast świetnie dawne dni. I oczywiście Landona Rodericka. Jej rodzice wynajmowali od Rodericków mieszkanie w garażu. Rana była wtedy taka szczęśliwa. Oboje byli zaledwie nastolatkami, ale więź, która ich połączyła, była niezwykła.

Wszystko się skończyło, gdy rodzice Rany zostali wyrzuceni z wynajmowanego lokum i rodzina musiała wyjechać na drugi koniec stanu. Tamtego dnia kontakt się urwał. Dziewczyna doszła do wniosku, że chłopak o niej zapomniał i że ona powinna zrobić to samo. Niestety, jej się to nie udało — mimo upływu lat nie zapomniała. Rana wyrosła na przepiękną młodą kobietę i wciąż się zastanawiała, kim stał się jej dawny adorator, co robi, jak wygląda i czy znalazł już miłość swojego życia. Któregoś czwartkowego wieczoru, po nieudanym dniu i opróżnieniu butelki shiraza, znalazła numer jego telefonu i… zadzwoniła. I nie była to ich ostatnia rozmowa.

Landon wcale o niej nie zapomniał, ale nie zdradził, dlaczego nie próbował jej odszukać. Twierdził również, że jego rodzice nie wyrzucili jej rodziny z mieszkania, a cała historia wyglądała inaczej. Wkrótce okazuje się, że tajemnic i niedopowiedzeń jest więcej. Także Rana nie chce zdradzać swoich. Właściwie najrozsądniej byłoby rzeczywiście o sobie zapomnieć. Ale… ani on, ani ona nie umieją tego zrobić. Napięcie rośnie. Pożądanie buzuje. W obojgu rodzi się przeczucie, że zawsze należeli do siebie. Jak jednak zaufać komuś, kto boi się szczerości?

Usłyszałeś już dosyć, żeby się rozłączyć?”

Jak już zapewne wiecie Penelope Ward jest jedną z moich ulubionych autorek i do tej pory żadna z jej książek mnie nie rozczarowała. Napisałam do tej pory, bo niestety Napij się i zadzwoń do mnie to książka, która mnie zawiodła i niestety rozczarowała. Pomysł na fabułę był naprawdę świetny, ale w wykonaniu coś poszło nie tak. W tej powieści zabrakło mi wszystkiego, do czego przyzwyczaiła mnie autorka. Zabrakło mi ognia, pasji, namiętności, emocji i wrażeń. Przeczytałam książkę i mam ochotę o niej jak najszybciej zapomnieć. Oczywiście ktoś powie, że romans to mało wymagający gatunek i ja się z tym zgodzę, ale podczas czytania chcę odczuwać przyjemność, a nie jak w tym przypadku nie czuć kompletnie nic. No może nic, to za dużo powiedziane, bo wiele razy odczuwałam ogromną irytację. Uważam, że najsłabszym ogniwem tej książki jest Rana i choć wiele razy podkreślam, że lubię bohaterów, którzy wywołują we mnie skrajne emocje, którzy mnie wkurzają i momentami irytują, to jednak Rana przekroczyła wszystkie granice i po kilkudziesięciu stronach zaczęła na mnie działać jak płachta na byka. Drażniło mnie w niej dosłownie wszystko, jej zachowanie, jej niezdecydowanie, jej obawy, jej przemyślenia, no kurcze naprawdę wszystko. Jednak najbardziej wkurzyła mnie w momencie, w którym zaczęła oceniać przeszłość Landona, a sama nie miała czystego sumienia i przez długi czas ukrywała przed chłopakiem dużą tajemnicę. Myślę, że gdyby Ranę zastąpiła inna bohaterka, to książka nabrałaby zupełnie innego wyrazu i historia w niej zawarta byłaby zdecydowanie dużo lepsza. Do Landona się nie przyczepie, bo polubiłam tego chłopaka i chyba prawdę powiedziawszy, nie trzymałam kciuków za jego związek z irytującą Raną.

Oczywiście Penelope Ward nie byłaby sobą, gdyby nie poruszyła w książce trudnych i bolesnych tematów. Niestety wszystkie te tematy zostały przytłoczone przez wszystkie irytujące przemyślenia głównej bohaterki i nie wywołały we mnie żadnych emocji. Czytałam je na sucho i naprawdę choć się starałam, to nie potrafiłam współczuć ani Landonowi, a tym bardziej Ranie.

No cóż, książkę przeczytałam i szybko o niej zapomniałam. Szkoda, że tak się stało, bo Penelope Ward to autorka, której książki zawsze dostarczały mi wielu emocji i wrażeń. Oczywiście ta jedna wpadka nie zmienia mojego zdania o jej twórczości i mam nadzieję, że jej kolejna książka, która pojawi się na naszym rynku wydawniczym, zatrze złe wrażenie po "Napij się i zadzwoń do mnie". 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Editio Red.
Gwiazdy nadziei - I.M. Darkss - Fragment powieści

Gwiazdy nadziei - I.M. Darkss - Fragment powieści

Niewiarygodnie. Niewiarygodne. Niewiarygodne.
Niemożliwe, do cholery. Albo w tym przypadku raczej, do
diabła.
Przykrywam twarz kołdrą, aby wyciszyć napad śmiechu, ale niewiele to daje. Wciąż chichoczę jak obłąkana, nie mogąc pozbyć się widoku tego tatuażu z umysłu.
Boże, ilekroć spojrzę na Jaksa, będę sobie przypominać o tym pieprzonym rysunku.
— Nie wierzę, jak mogłam go nie zauważyć do tej pory? Kiedyś wspominałeś o tatuażu… W tym miejscu, ale… — Milknę, bezskutecznie próbując zignorować potrzebę roześmiania się.
Nie potrafię złapać tchu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś mnie tak rozbawiło.
Chyba nigdy.
Nie mogę uwierzyć, że Jaks ma tatuaż w miejscu intymnym.
I do tego taki tatuaż.
— Byłaś zbyt zaabsorbowana resztą mojego ciała — odpowiada, szczerząc się leniwie. Jego oczy lśnią rozbawieniem i nieznanym mi rodzajem triumfu. W tej chwili przypomina oswojonego lwa, którego dzika strona została uśpiona, ale wciąż jest największym niebezpieczeństwem, zwodzącym swoim pięknem na pokuszenie.
A ja jestem tą, która chce z nim zgrzeszyć. Bez względu na cenę.
— Jesteś nienormalny. Teraz nie mam wątpliwości. — Kręcę z niedowierzaniem głową. Muszę odwrócić wzrok, bo patrzenie na jego pełną prowokacji, zadowoloną minę tylko wzmaga chęć ponownego roześmiania się. — Żaden mężczyzna przy zdrowych zmysłach nie tatuuje sobie diabła, którego ogon jest po części twoim… — Nie mogę wypowiedzieć tego słowa głośno.
Nie przy nim. Nie teraz, kiedy sprawia wrażenie, jakby samo patrzenie na mnie bawiło go niczym najlepszy żart świata.
Zupełnie, jak gdyby znał moje myśli, unosi swoje seksowne wargi w sugestywnym uśmieszku, mówiącym więcej niż słowa, i wpatruje się we mnie oczekująco.
— Moim…? — dopytuje z fałszywą niewinnością, ale przez
sposób, w jaki mnie obserwuje, brzmi nieprzyzwoicie. Mruży ciemne niczym bezdenna otchłań oczy i nachyla się lekko w moją stronę.
Bezwolnie biorę głęboki oddech, na co odpowiada mi jego
dźwięczny śmiech.
Nienawidzę go. W sposób, w jaki można nienawidzić tylko
kogoś, bez kogo nie mogłabym być szczęśliwa.
Jaks układa się zwinnie na brzuchu. Jedna z jego rąk leży pod głową, druga spoczywa obok jego twarzy. Nagie plecy i ramiona pozostają odsłonięte. W ciemnej pościeli jego niemal w całości pokryta czarnym tuszem skóra wygląda jeszcze mroczniej. Jestem pewna, że jego nikt nigdy nie zaczepił w ciemnej uliczce.
A ja za każdym razem, gdy mam chwilę, aby na niego patrzeć i go podziwiać, muszę walczyć ze swoimi niedorzecznymi reakcjami. I obezwładniającą potrzebą, by go dotykać. Czuć pod palcami ciepło jego skóry i pieścić każdy z tych powabnych wzorów. Owinąć się wokół jego nagiego, wciąż rozgrzanego ciała, i uzmysłowić światu, a także jemu, że zostaję tam na zawsze, bo należymy do siebie.
Mam cholerną obsesję i jestem pewna, że to się leczy.
Pośród hipnotyzujących obrazów na jego plecach widocznych jest kilka cytatów różnej długości. Nigdy tak naprawdę nie miałam okazji przyjrzeć się tatuażom na jego plecach z tak niewielkiej odległości. Moją uwagę przykuwa ten, który jest zapisany największą, pochyłą i lekko zamazaną czcionką (…)
— Och, dobrze wiesz. — Lekceważę jego drwiący wyraz twarzy i posyłam mu gniewne spojrzenie, które zdaje się sprawiać mu przyjemność. — Skąd pomysł, żeby wytatuować sobie diabła… Tam?
Znów wybucha głośnym śmiechem, powodując tym samym, że mam ochotę czymś w niego rzucić. Czymś ciężkim i twardym.
— Nigdy tego nie powiesz? — Naigrywa się bezczelnie.— Jesteś na to zbyt grzeczną dziewczynką? Przyznaj chociaż, że ci się podoba. — Jego głos nabiera zmysłowej, kuszącej głębi, a w oczach płonie ogień wielu pragnień.
Mój umysł, wbrew woli, przywołuje obraz tego przeklętego
tatuażu do mojej rozbudzonej wyobraźni. Nie znoszę swoich myśli. I nie znoszę tego, że ten kusiciel doskonale wie, o czym myślę. Niech go diabli.
Nie. Nie, cholera! Żadnych diabłów!
— Zamknij się. Jesteś perwersyjny — jęczę oskarżycielsko
i krzywię się.
Oczywiście, że wykorzysta każdą okazję, żeby się ze mną
droczyć. — Czy to dlatego wtedy, na ognisku, nazywali cię królem podziemia?
Boże, oni naprawdę wiedzą o tym tatuażu? Widzieli go?
Może któryś z jego przyjaciół go tatuował?
Ta wizja wydaje się surrealistyczna, ale zarazem pseudonim, jaki przypisali mu znajomi, nabiera sensu.
— Wyglądasz teraz naprawdę uroczo. Zawstydzona, zszokowana i zachwycona. — Uśmiecha się coraz szerzej, a spojrzenie nabiera osobliwie ciepłego, czułego wyrazu. Zniknął Jaks, który kilka godzin temu, gdy zaczęliśmy oglądać filmy, był pełen dystansu i nie potrafił odnaleźć się w sytuacji. Teraz wygląda na… szczęśliwego. Naprawdę szczęśliwego i bliskiego.
Osiągalnego.
Serce zaczyna bić mi szybciej. Takie złudzenia są ryzykowne i nagle boję się, że to wszystko jest tylko ułudą. Niejednokrotnie nie mogąc zasnąć, tworzyłam w wyobraźni momenty takie jak ten. Takie, które chciałabym z nim przeżyć.
Jednak ta chwila jest prawdziwa. On jest prawdziwy i jest
prawdziwie mój.
— Nie jestem zachwycona. — Próbuję brzmieć na oburzoną. — To niewiarygodne, że naprawdę pozwoliłeś komuś… Zrobić sobie taki tatuaż, w takim miejscu. Byłeś naćpany czy coś? — Uśmiecham się sarkastycznie.
Leżąc na boku, przerzucam swoje splątane włosy na plecy Raczej nie wyglądam seksownie, a powinnam, biorąc pod uwagę fakt, że leżę w łóżku z najseksowniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
Problem w tym, że Jaks zdaje się mieć bzika na punkcie
rozpuszczania mi włosów, bo za każdym razem, gdy dochodzi między nami do zbliżenia, rozplata je bez względu na to, jak starannie i efektownie je upnę.
— Założę się, że teraz za każdym razem, kiedy będziemy
uprawiać seks, będziesz poświęcała mu całą swoją uwagę — rzuca przekornie, z irytującym przekonaniem, ignorując moje pytanie. Jego wzrok śledzi moją twarz z dziwną mieszanką delikatności i namiętności. Wydaje mi się, że zawsze, gdy wspomina o seksie, robi się napalony i nienasycony. 
Niespodziewanie ten mały dystans między naszymi ciałami
znika, a Jaks pojawia się nade mną, przyciskając moje ciało do materaca. Zapominam o oddychaniu i wodzę oczami po każdym fragmencie jego namacalnego piękna. Eksplozja rozkosznych doznań rozpala się pod moją skórą.
— Czy już stał się twoim ulubionym?
Co?
Cholera, cholera, cholera! Nie znoszę go!
— Przestań — żądam wściekła. Chwytam leżącą obok mnie poduszkę i uderzam nią w twarz Jaksa.
Arogancki dupek. Do moich uszu dociera jego stłumiony
śmiech, a jego ciało lekko drży przy moim. Podpierając się na jednej ręce, drugą chwyta poduszkę, którą wciąż przyciskam do jego twarzy, i wyrywa mi ją, by odrzucić przeszkodę gdzieś za siebie.
— No dalej, spójrz na niego jeszcze raz. Wiem, że chcesz
— szepcze kokieteryjnie. W jego wzroku, który zawiera wiele lubieżnych aluzji, tańczą psotne ogniki. Taki właśnie jest Jaks.
Na zewnątrz niebezpieczny zdobywca, który nie cofa się przed niczym, jeśli czegoś pragnie. Nie mogę tylko rozgryźć, jaki jest w środku. Pod całą tą zwodniczą maską, którą codziennie przybiera.
— Ostrzegam cię, jeśli za chwilę się nie zamkniesz, zrobię ci krzywdę.
Jest wiele rodzajów miłosnych tortur, które z przyjemnością
na nim przetestuję…

Premiera 25 marca
Hold you close - Corrine Michaels, Melanie Harlow - Fragment powieści

Hold you close - Corrine Michaels, Melanie Harlow - Fragment powieści

Rozdział 1

IAN

– Kolejka jest ogromna – stwierdza moja menadżerka Drea, podczas gdy ja przeglądam zestawienie sprzedaży z zeszłej nocy. – A już i tak wpuściliśmy więcej osób niż powinniśmy.
– Yhm – mówię, nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie obchodzi mnie kolejka. Nie obchodzą mnie ludzie, którzy czekają, żeby dostać się do klubu. Obchodzą mnie tylko pieniądze. Veil jest obecnie najmodniejszym klubem w Vegas, a ja nie zamierzam tego zmieniać.
– Ian. – Drea puka w biurko.
– Okej, świetnie, co mam z tym zrobić? – pytam.
– Nie wiem, ale znowu będziemy musieli zapłacić grzywnę.
Oddycham ciężko, odchylając się na krześle.
– Po prostu rozwiąż ten problem.
Odrzuca długie blond włosy na bok i pochyla się, opierając się na biurku, tak że jej sztuczne cycki są jeszcze… większe. Mój wzrok wędruje w ich kierunku, nie mogę się powstrzymać, mam je tuż przed twarzą. 
– Twoje sztuczki nie działają – mówię, przenosząc powoli wzrok na jej wydęte usta. Drea dostaje to, czego chce. Wykorzystując swoje… atuty…, zmusza mężczyzn do poddania się jej woli. Widziałem ją w akcji i podziwiam ją, ale tym razem wybrała niewłaściwą osobę. Jestem człowiekiem z zasadami i honorem.
No, nie do końca, ale przynajmniej nie mam ochoty srać tam, gdzie jem.
– Uch – stęka. – Jesteś jedynym mężczyzną w Vegas, który nie chce się ze mną przespać, albo przynajmniej zrobić tego, co chcę.
Śmieję się.
– W takim razie jestem jedynym inteligentnym mężczyzną, jakiego poznałaś – podpuszczam ją.
Próbowała, Bóg mi świadkiem, ale ja nie łączę interesów z pracą. Jeśli zaś chodzi o sponsorów, to ma wolną rękę.
– Albo jedynym, który nie ma mózgu – ripostuje.
Nie zamierzam tego nawet komentować. W ciągu ostatnich lat odkryłem potrzebę Drei – chce czuć się pożądaną. Ja wymagam od niej tylko tego, żeby była menadżerem, bo właśnie w tej roli jest mi potrzebna.
– Drea, zrób co do ciebie należy i po prostu się z tym uporaj.
Jej usta układają się w podkówkę i czuję, że sprawy nie pójdą po mojej myśli.
– Mógłbyś chociaż pogadać z glinami? – pyta.
Zamykam oczy i łapię się za grzbiet nosa.
– Gliny tu są?
– Dlatego mamy problem – odgryza się.
Wstaję, podirytowany. Powinna była wspomnieć o tym wcześniej. Ostatnią rzeczą potrzebną Veil jest kolejny konflikt z policją. Dostałem już wystarczającą liczbę grzywien, ostrzeżeń i telefonów o potrzebie przerwania bójek, że wystarczy mi do końca życia. Wolę też trzymać gliny jak najdalej od mojej firmy.
– Następnym razem zacznij od tej informacji – pouczam ją, po czym wychodzę.
Klub tętni życiem. Wszyscy tańczą, piją, wydają pieniądze, a ja nie mógłbym być szczęśliwszy. Moi rodzice uznali, że oszalałem, kiedy oznajmiłem, że chcę otworzyć klub, ale miałem przeczucie. Jedynie siostra poparła moją decyzję. Chciała, żebym w końcu zaczął zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół mnie i zrobił coś „prawdziwego” ze swoim życiem, więc odkąd powiedziałem, co chcę zrobić, wspierała mnie w stu procentach. Rodzice mieli nadzieję, że zostanę księgowym, ale po przepracowaniu prawie dziesięciu lat jako promotor znałem życie klubowe na wylot. Zaoszczędzone pieniądze wydałem na zakup Veil. Klub znajduje się w świetnym miejscu i moja decyzja się opłaciła.
Moja siostra z pobłażaniem śmiała się z dezaprobaty naszych rodziców, ja zresztą też.
Idąc przez klub, witam się z dziewczynami, które często tu przychodzą. Zachęcenie ich do przyjścia to tylko część sukcesu, wygrywa się, dopiero gdy wracają. A teraz zdecydowanie wygrywam.
– Ian – woła Toby, mój barman, wyciągając do mnie rękę.
– Co tam?
– Ktoś chce z tobą pogadać. – Popycha w moją stronę telefon.
Oprócz sprzedawców nikt nie dzwoni do klubu, żeby się ze mną skontaktować, a ponieważ mamy wpół do dwunastej w nocy, ktokolwiek to jest, może zaczekać.
– Teraz muszę się czymś zająć, przełącz tego kogoś na moją pocztę głosową.
Kręci głową.
– Dzwoniła już trzy razy. – Nawet pomimo muzyki słychać w jego głosie zniecierpliwienie.
Dzwoniła? Kobieta?
Jedyną przedstawicielką płci pięknej uciekającą się do dzwonienia do klubu jest moja była żona. Bóg jeden wie, czego znowu ode mnie chce. Jak ją znam, złamała sobie paznokieć, obwinia mnie za to i uważa, że powinienem zapłacić za jej manicure albo za nową dłoń. Jest jak prezent, który próbowało się zwrócić, ale nie można znaleźć paragonu, więc trzeba się z nim dalej męczyć. Nienawidzę niechcianych prezentów i nienawidzę Jolene.
– Przełącz tego diabła na moją pocztę głosową – mówię i odchodzę.
Wychodzę na chodnik. Drea nie żartowała, kolejka jest ogromna.
– Dobry wieczór – witam pyzatego policjanta stojącego obok bramkarza.
– Panie Chase, dostaliśmy skargi – mówi gliniarz, patrząc na kolejkę.
– Nic na to nie poradzę, że mój klub jest popularny. – Wzruszam ramionami. – Mamy już komplet i nie mogę wyrzucić klientów, którzy zapłacili, tylko po to, żeby skrócić kolejkę.
– Ustawiliście swoje słupki odgradzające tak, że wejścia do innych lokali są zatarasowane.
Co, do cholery, mógłbym w tej sprawie zrobić? Nie prowadzę kasyna, nie mam wpływu na kolejkę. Nie zamierzam wyganiać ludzi, jak tylko klub się zapełni. Prowadzę biznes, a kolejka jest częścią mojego darmowego marketingu.
– Dobrze, coś wymyślę. – Chwytam się za kark.
Czuję wibrujący w mojej kieszeni telefon. Jeśli dzwoni Jolene, to przysięgam, oszaleję.
Na ekranie wyświetla się „London Parish”. Do kurwy nędzy. Nie mam teraz ochoty zajmować się sztywną, irytującą najlepszą przyjaciółką mojej siostry. London byłaby nieziemsko seksowna, gdyby nie była taką naprzykrzającą się suką. Spoglądam na rejestr połączeń w swoim telefonie i zauważam, że dzwoniła już trzy razy.
Idę kawałek w dół ulicy i po kilku głębokich oddechach oddzwaniam do niej.
– Ian, musisz do mnie przyjechać.
Uśmiecham się ironicznie.
– No, tego jeszcze nie było. Usunęli ci kij z tyłka?
– Nie zaczynaj. Proszę, nie dzisiaj. Po prostu przyjedź. – Słyszę, jak pociąga nosem i włącza się we mnie opiekuńczość. Płacze przez kogoś. My dwoje ani trochę się nie dogadujemy – częściowo przez różnice naszych charakterów, a częściowo przez naszą wspólną przeszłość – ale nikt nie będzie doprowadzał jej do płaczu.
– Coś ci się stało? – pytam.
– Nie mi. – Głos więźnie jej w gardle.
Znam London od dwudziestu pięciu lat. Mogę policzyć na palcach jednej ręki wszystkie przypadki, kiedy widziałem lub słyszałem, jak płacze… Raz przeze mnie.
– Co się stało? Chodzi o nagły wypadek? Bo jestem teraz w pracy, a w klubie…
– Teraz, Ian. Musisz przyjechać tu teraz.
Ona nigdy sobie nie pogrywa.
Kurwa.
Zerkam na zegarek i wypuszczam powietrze nosem. Dotarcie tam zajmie mi przynajmniej pół godziny. Ta noc naprawdę jest do dupy.
– Będę u ciebie najszybciej jak mogę.
– Tylko… pośpiesz się – mówi London i się rozłącza.
Przerażenie skręca mi żołądek. Coś się dzieje. Nie wiem co, lecz wiem, że muszę tam pojechać.
– Pozbądź się kolejki, już nikogo nie wpuszczaj – mówię bramkarzowi, po czym sam wchodzę do środka.
Drea stoi przy barze. Kiedy zbliżam się do niej, czuję, jak wzrasta we mnie niepokój. London mnie potrzebuje. Dlaczego? Co się stało? Ktoś włamał się do jej domu? Do mojego domu? Może chodzi o jej byłego, jeśli w ogóle jakiegoś ma, albo o coś zupełnie innego. Niezależnie od tego, jej głos drżał, a ja nie mogę marnować czasu na zastanawianie się nad tym.
– Muszę już iść – mówię Drei.
Wytrzeszcza oczy.
– Iść? Gdzie niby? Mamy komplet ludzi.
– Zdaję sobie z tego sprawę, ale coś się stało. Dzisiaj musisz się wszystkim zająć. – Odwracam się do Toby’ego. – Zostań tu, dopóki Drea nie zamknie klubu, i proszę, odprowadź ją potem do samochodu.
Kiwa głową.
Nigdy nie pozwalam jej wychodzić stąd samej. Nawet jeśli wracam do domu z jakąś dziewczyną, Dreę zawsze ktoś odprowadza do auta. Zbyt wielu mężczyzn błędnie odbiera jej uprzejmość. Nigdy nie pozwoliłbym, żeby coś jej się stało tylko dlatego, że pracuje u mnie w klubie.
Gdy wchodzę do samochodu, mój umysł zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Jadę szybciej niż powinienem, wmawiając sobie, że London tylko dramatyzuje.
I wtedy sobie przypominam… Mój siostrzeniec i siostrzenice są u niej w domu.
Naciskam mocniej pedał gazu w swoim Jaguarze, a silnik z każdą milą ryczy głośniej. Skręcam w stronę osiedla, na którym oboje mieszkamy, przejeżdżam obok swojego domu i zmierzam w kierunku jej. Nasze ogrody są położone tuż obok siebie i wciąż mi to przeszkadza. Każdego cholernego dnia widzę, jak siedzi u siebie na tarasie, czytając książkę i patrząc na mnie potępiająco.
Kiedy tam docieram, ulicę rozjaśniają błyskające światła wozu policyjnego. Nie myślę. Nie wiem nawet, czy wyłączyłem silnik przed wyjściem z samochodu.
– London! – krzyczę, wbiegając przez drzwi. – Christopher? Morgan? Ruby? – wołam dzieci, modląc się, żeby nie chodziło o żadne z nich.
Gdy docieram do salonu, wzdycham ciężko. Wszyscy tam są, cali i zdrowi.
Wtedy dostrzegam łzy na twarzy Morgan. London wstaje. Oczy ma czerwone, napuchnięte, a po policzkach spływa jej czarny tusz do rzęs.
– Ian. – Dławi się i przerywa.
– Co się stało?
Dziewczyny znowu zaczynają płakać, a mój siostrzeniec je przytula.
London zbliża się do mnie i kładzie mi rękę na klatce piersiowej.
– Odeszli.
– Kto? – pytam zdezorientowany.
– Sabrina i David – szepcze.
No, wyjechali. Dlaczego oni, do cholery, płaczą?
– To dlatego kazałaś mi przyjechać? Za kilka dni wrócą do domu. Dlaczego ty też płaczesz? – pytam.
Patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami i rozchyla wargi.
– Nie. – Kręci głową. – Nie wrócą.
Znowu patrzę na dzieci, a potem na ściszony telewizor. Zbliżam się do niego, ponieważ muszę być pewny, że dobrze odczytałem słowa przewijające się przez ekran. „Samolot, numer lotu 1184, rozbił się na wybrzeżu Hawajów. Trzysta zaginionych osób uznano za zmarłych”.
Moja siostra leciała na Hawaje.
Moja siostra odeszła.
Klękam przed dziećmi i nie wiem, co powiedzieć. Dzieci mojej siostry właśnie straciły rodziców. Pęka mi serce. Siostra była moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze namawiała mnie na otwarcie klubu i robienie tego, co chciałem. Od zawsze mnie wspierała, a teraz jej nie ma.
Christopher unosi głowę. Chociaż nie płacze, jego oczy są pełne łez.
– Znajdą ich – mówi z przekonaniem.
– Okej – odpowiadam. To kłamstwo, obaj o tym wiemy, ale musi je sobie powtarzać. Pamiętam, jak ja miałem piętnaście lat; nikt nie mógł mnie przekonać, że nie mam racji.
– Tata by nie… – zaczyna, ale zaraz przerywa, bo usta zaczynają mu drżeć.
Zaczynam płakać, a Morgan łapie mnie za rękę.
– Co teraz zrobimy?
Nie mam pojęcia. Co mogę powiedzieć tym dzieciakom, żeby przetrwały coś takiego? Jestem ostatnią osobą na świecie, która mogłaby dać taką radę. Patrzę na London. Kładzie mi dłoń na ramieniu i wyciera łzy płynące po jej policzkach.
– Trzymamy się razem – mówi.
Patrzymy na siebie i przenoszę się do czasów, kiedy nie kłóciliśmy się z London nieustannie. Do czasów, kiedy coś do siebie czuliśmy. Chociaż oboje teraz cierpimy, jest coś, co powstrzymuje nas od kompletnego poddania się cierpieniu – nadzieja, że pomimo najgłębszego bólu i tak możemy się zjednoczyć i zaoferować sobie nawzajem pocieszenie.
London klęka obok mnie. Wygląda, jakby była na granicy załamania, ale postanowiła do tego nie dopuścić.
– Dzwoniłaś do moich rodziców? – pytam.
– Wsiadają do samolotu.
Tulimy się do siebie w piątkę i pocieszamy, zdając sobie sprawę z tego, że życie żadnego z nas już nigdy nie będzie takie samo.
Maria królowa Szkotów - John Guy - Prolog

Maria królowa Szkotów - John Guy - Prolog

Prolog

W środę 8 lutego 1587 r., około godziny 8 rano, gdy zrobiło się na tyle jasno, aby można było obyć się bez świec, sir Thomas Andrews, szeryf hrabstwa Northamptonshire, zastukał do drzwi jednego z pomieszczeń zamku Fotheringhay, położonego mniej więcej 120 km od Londynu. Dziś miejsce to pokrywa warstwa chwastów, a po całej budowli pozostał jedynie ziemny wał, niegdyś wznoszący się wokół wewnętrznego dziedzińca, a także niższy niż w tamtych czasach pagórek (motte), na którym stał donżon. Najbliższa wioska znajduje się kilkaset metrów dalej, a niedaleko płynie rzeka Nene o leniwym nurcie. Jednak w XVI w. Fotheringhay tętniło życiem, było bowiem królewską posiadłością. W tamtejszym zamku w 1452 r. przyszedł na świat Ryszard III. Z kolei Henryk VII, pierwszy król z dynastii Tudorów, ten sam, który pobił Ryszarda w bitwie pod Bosworth, przekazał majątek Fotheringhay jako wiano swojej żonie, Elżbiecie York. Później Henryk VIII nadał go pierwszej małżonce, Katarzynie Aragońskiej, która dokonała dzieła obszernej modernizacji zamku. W 1558 r. Elżbieta I odziedziczyła tę posiadłość, gdy wstąpiła na tron po śmierci starszej siostry Marii Tudor. 
Jednak żadne z dotychczasowych wydarzeń związanych z rozmaitymi królami i królowymi nie przygotowały ani Fotheringhay, ani w ogóle całych Wysp Brytyjskich, do tego, co miało zajść w rezydencji w opisywanym tu dniu. Wspomniany wyżej Andrews usługiwał w tym czasie dwóm spośród najważniejszych szlachciców Anglii: George’owi Talbotowi, hrabiemu Shrewsbury, i Henry’emu Greyowi, hrabiemu Kent. Zaś drzwi, do których właśnie stukał, prowadziły do prywatnych komnat Marii, królowej Szkotów – królowej wdowy po władcy Francji, a jednocześnie kobiety, która od prawie 19 lat była więziona przez Elżbietę I na terytorium Anglii.
Kiedy te drzwi się otworzyły, ukazała się za nimi Maria, która modliła się na klęczkach wraz ze swoimi pokojowymi. Andrews powiadomił ją, że czas się już zbliża, na co ona podniosła na niego wzrok i oznajmiła, że jest gotowa. Potem wstała, a jej towarzyszki odsunęły się na bok.
Maria miała dopiero 44 lata. Jako kobieta, która urodziła się przeznaczona na królową i została odpowiednio do tego wychowana, śmiało przeszła przez próg, jak gdyby raz jeszcze udawała się na dworską uroczystość. Trzeba dodać, że mierzyła prawie 180 cm, a więc zawsze wyglądała stosownie do roli monarchini. Już od dzieciństwa, które spędziła we Francji, składano hołdy jej urodzie i wdziękowi. Charmante i la plus parfaite – oto przymiotniki, którymi najczęściej opisywano ową wyjątkową kombinację cech czyniących z niej gwiazdę. Maria nie tylko budziła czysto fizyczne zauroczenie dzięki swojej twarzy, szyi, ramionom i talii, które posiadały właściwe proporcje, ale także miała niezwykle serdeczną naturę i zdolność do nawiązywania natychmiastowej więzi z innymi ludźmi. Zawsze była pełna werwy i życia, potrafiła też okazywać bezgraniczną wielkoduszność i życzliwość. Poza tym miała dowcip ostry jak brzytwa i była z natury biegła w sztuce konwersacji. Towarzyska i zarazem olśniewająca, potrafiła być tak przyjazna, że wręcz porzucała formalne maniery – wszystko to jednak pod warunkiem, że respektowano jej „godność”. Wielu współczesnych jej ludzi wspominało, że królowa miała niemal magiczną zdolność stwarzania wrażenia, że jej aktualny rozmówca jest jedyną osobą, której opinia ma dla niej znaczenie.
Ponieważ jednak Maria postarzała się przedwcześnie (wskutek bezczynności i braku ruchu, na co gorzko się skarżyła podczas długiej niewoli), jej uroda stopniowo przygasała. Rysy twarzy straciły subtelność, a plecy wygięły się w łuk i królowa zaczęła się odrobinę garbić. Twarz, której miękka biała skóra i nieskazitelna „marmurowa” cera niegdyś były wręcz legendarne, zaokrągliła się i zyskała drugi podbródek. Jednak pobyt w więzieniu nie zmienił całej powierzchowności Marii. Jej małe, głęboko osadzone oczy wciąż spoglądały równie żywo jak dawniej, a wijące się pukle kasztanowych włosów ponoć nie straciły swego połysku.
Przez większą część poprzedniej nocy królowa nie spała, ponieważ starannie szykowała się na to, co miało nadejść. Miała to być jej najefektowniejsza rola i największy triumf, więc rozważyła zawczasu każdy szczegół spektaklu.
Nastrój tego widowiska dyktował już sam jej strój. Ubrała się mianowicie od stóp do głów w czerń, a wyjątek stanowił płócienny welon, który był biały. Obrzeżony koronką i delikatny jak gaza, okrywał włosy oraz plecy królowej i opadał aż do stóp, na francuską modłę. Był przymocowany do małego czepka z białego batystu, który spoczywał na głowie Marii, umieszczony tuż nad jej czołem. Ów czepek także był obrzeżony koronką, a loki królowej swobodnie spływały spod niego po obu stronach jej twarzy. Z kolei suknia była z grubej czarnej satyny i niemal sięgała do ziemi w tym miejscu, gdzie był do niej przymocowany tren. Wykończono ją złotym haftem i oblamowano sobolim futrem, a do tego przyszyto do niej guziki w kształcie żołędzi, z gagatów przystrojonych masą perłową.
Przyglądając się dokładniej, można było dostrzec zewnętrzny gorset w kolorze karmazynowym oraz spódnicę z haftowanej czarnej satyny. Obydwa te elementy stroju były widoczne przez rozcięcia sukni, zgodne z ówczesną modą. Dodatkową ozdobę stanowiły długie, bogato haftowane rękawy w stylu włoskim, również z rozcięciami, a pod nimi było widać kolejną, spodnią parę rękawów, uszytych z fioletowego aksamitu. Buty Marii były wykonane z najświetniejszego hiszpańskiego zamszu. Później można było się przekonać, że miała jeszcze pończochy barwy nieba, haftowane srebrną nicią i podtrzymywane przez zielone jedwabne podwiązki, a pod nimi kolejne, białe i z miękkiego materiału. Te ostatnie nosiła, żeby chronić skórę przed otarciem.
W jednej ręce królowa trzymała krucyfiks z kości słoniowej, a w drugiej katolicki modlitewnik. Z pasa wokół talii zwisał różaniec ze złotym krzyżem, a z szyi srebrny lub złoty łańcuch, na którym znajdował się wisiorek, medalion z wizerunkiem Chrystusa przedstawionego jako „Baranek Boży”.
Prowadzona przez Andrewsa, a z tyłu mając obu wspomnianych wyżej hrabiów, Maria przeszła korytarzem i wkroczyła do większej komnaty. Tam czekała cała jej służba, żeby ją przywitać, a zarazem wymienić z nią słowa pożegnania. Pewien naoczny świadek wydarzenia (być może sam hrabia Kent) napisał, że królowa napomniała swoich ludzi, aby żyli bogobojnie i w posłuszeństwie. Potem ucałowała kobiety, a mężczyznom podała rękę, aby mogli złożyć na niej pocałunek. Poprosiła też obecnych, żeby jej nie opłakiwali, lecz radowali się i modlili za nią. Jeden z nich później przekazał, że nie okazywała ani odrobiny lęku, a wręcz się uśmiechała.
Następnie Maria zeszła po schodach, kierując się do wielkiej sali na parterze zamku. Ze względu na olbrzymią opuchliznę i stan zapalny nóg, które były skutkiem dręczącego ją reumatyzmu, musiała wesprzeć się przy tym na ramionach dwóch żołnierzy. Kiedy cały pochód dotarł do przedpokoju, który wiódł do wielkiej sali, nastąpiło spotkanie z Andrew Melville’em, majordomusem Marii. Ten ukląkł i z trudem powstrzymując łzy, wykrzyknął: Madam, kiedy doniosę, że moja Królowa i droga pani nie żyje, będzie to najboleśniejsza wiadomość, jaką kiedykolwiek przyszło mi zanieść.
Skazana odpowiedziała, również przez łzy: Powinieneś raczej się radować niż szlochać, gdyż dziś nadchodzi koniec kłopotów Marii Stuart. Następnie oznajmiła: Zanieś tę wieść i powiedz moim przyjaciołom, że umarłam jako kobieta wierna mojej religii, prawdziwa Szkotka i prawdziwa Francuzka.
Zaraz jednak opanowała się, a jej nastrój uległ raptownej zmianie. Obejrzała się na schody, z których właśnie zeszła, krzyknęła, że towarzyszy jej nieodpowiedni orszak, po czym zaczęła się domagać, aby przez wzgląd na to, iż jest kobietą, mogły ją eskortować własne sługi. Kiedy tak ciskała gromy na dwóch towarzyszących jej hrabiów, ci przelękli się, że więźniarka zrobi jeszcze gorszą scenę i że trzeba ją będzie siłą ciągnąć za próg wielkiej sali. Shrewsbury wprawdzie słabo zaoponował, że on i Kent jedynie wykonują otrzymane rozkazy, lecz Maria żachnęła się na te słowa: Osobom dużo podlejszego stanu niż ja nie odmówiono tak drobnej przysługi. Kent odrzekł: Madam, tobie jednak nie można jej przyznać, gdyż istnieją obawy, że niektórzy z nich [służących] swoimi przemowami zatroskają i zmartwią waszą łaskawość oraz zakłócą spokój tego towarzystwa […] bądź będą próbowali zamoczyć chustki w twojej krwi, co nie jest stosowne. Jednak Maria oznajmiła: Mój panie, dam słowo i przyrzeknę za nich, że niczego podobnego nie uczynią. Następnie nie mogła się powstrzymać od uwagi: Wiesz, że jestem krewną waszej królowej i wywodzę się od Henryka VII, a jestem z męża królową Francji oraz namaszczoną królową Szkocji.
Hrabiowie zbili się w grupkę, wymieniając ledwo słyszalne szepty, a potem ustąpili przed Marią, która była przyzwyczajona do osiągania tego, czego sobie zażyczyła. Pozwolono więc, żeby do pochodu dołączyły jej dwie ulubione służące, Jane Kennedy i Elizabeth Curle, a także czterech mężczyzn, w tym Melville. Allons donc (A teraz chodźmy), rzekła władczyni, znowu się uśmiechając. Mówiła oczywiście po francusku, bowiem to ten język, tak samo jak odmiana szkockiego używana w Lowlands, był jej ojczystą mową. Angielskiego nauczyła się dopiero, i to z trudem, w niewoli.
Teraz, skoro orszak był gotowy, wkroczyła z determinacją do wielkiej sali, a za nią postępował Melville, trzymając tren jej sukni. Było to z góry zaplanowane królewskie wejście; Maria przedefilowała przed mniej więcej setką widzów prosto ku miejscu, na które skierowane były oczy wszystkich. Drewniane podium, pospiesznie zbudowane w ciągu dwóch poprzednich dni, stało przed paleniskiem, na którym płonęła wielka sterta bierwion. Królowa weszła po dwóch stopniach na podwyższenie, po czym zasiadła na niskim stołku. Wtedy hrabiowie także zajęli swoje miejsca po jej prawej stronie, a szeryf stanął po lewej.
Rzecz jasna, nie stał tam tron, gdyż owo podium było szafotem. Miał on wysokość około 60 cm, a boki o szerokości około 360 cm i spowijały go płachty czarnej bawełnianej materii, które opadały nisko, aby zamaskować nieoszlifowane drewniane elementy konstrukcji. Wokół szafotu z trzech stron, na wysokości około 45 cm, biegła poręcz, natomiast czwarta strona była nieogrodzona, aby zgromadzeni w przeciwległym krańcu sali mogli mieć pełny widok na tę scenę. Poduszka, na której Maria miała potem uklęknąć, leżała obok pieńka katowskiego, który także był spowity czarną tkaniną. 
Na rusztowaniu stali w gotowości dwaj zamaskowani mężczyźni: „Bull”, czyli kat z londyńskiej Tower, oraz jego pomocnik. Byli ubrani w długie czarne szaty, na których nosili białe fartuchy. Topór był swobodnie oparty o poręcz. Na drugim krańcu sali zasiadali, otoczeni z obu stron przez oddział żołnierzy, rycerze oraz szlachta z Northamptonshire i sąsiednich hrabstw. Spoglądali ku podium, na które mieli pełny widok, gdyż podwyższenie wzniesiono na odpowiednią wysokość. Z kolei na zewnątrz sali, to znaczy przy głównym wejściu do niej, na dziedzińcu, zebrał się tłum około tysiąca ludzi, który czekał na wieści.
Szeryf poprosił o ciszę, po czym Robert Beale, urzędnik Tajnej Rady (Privy Council) Elżbiety I, a jednocześnie człowiek odpowiedzialny za dostarczenie nakazu egzekucji do Fotheringhay, odczytał przywieziony dokument. Zajęło to zapewne około 10 minut, a przez cały ten czas Maria siedziała w całkowitym milczeniu. Słuchała, nie okazując żadnych emocji – jak doniósł Robert Wingfield z Upton w Northamptonshire, który zajmował miejsce w odległości niespełna 10 m od niej – z tak niewielką uwagą, jak gdyby nie dotyczyło jej to wcale, i z tak radosnym obliczem, jak gdyby był to akt ułaskawienia. Jej zimna krew miała jednak zostać wystawiona na kolejną próbę, ponieważ kiedy odczytano nakaz, na znak hrabiego Shrewsbury naprzód wystąpił doktor Richard Fletcher, dziekan Peterborough, a na tym etapie kariery jeden z ulubionych kaznodziei królowej Elżbiety.
Duchowny był ojcem dramatopisarza Johna Fletchera, który współpracował z Szekspirem podczas pisania Henryka VIII. Jego udział w wydarzeniu w Fotheringhay polegał na tym, że miał wygłosić konwencjonalne „napomnienie”, ostro krytykujące zdradziecką przynależność Marii do Kościoła katolickiego, a potem odmówić modlitwę z zebranymi w sali. Fletcher był jednym ze stałych kapelanów Elżbiety, słynął z nadobnej postaci oraz dwornej mowy, lecz jego „napomnienie” okazało się wielkim niewypałem. Kazanie, które usiłował wygłosić – gdyż dokładnie takiego określenia trzeba tu użyć – było największym faux pas w jego karierze, kiedy bowiem nadszedł czas na przemowę, Fletcher zaczął się nerwowo jąkać. Madam, rozpoczął, Jej Wysokość Królowa… Jej Wysokość Królowa… Zająknął się trzykrotnie, a gdy podjął czwartą próbę, Maria gwałtownie mu przerwała, oznajmiając jasnym i niewzruszonym głosem: Panie dziekanie, nie będę cię słuchała. Nie masz nic wspólnego ze mną, ani ja z tobą. Fletcher, nieco speszony, odparł: Nie mówię niczego, czego nie mógłbym obronić przed majestatem wszechmocnego Boga. Z początku nie był skłonny ustąpić skazanej, bo, jak oświadczył, wierzył, że Bóg nigdy nie opuściłby sprawiedliwego, lecz zatroszczyłby się o niego za pośrednictwem swoich aniołów. Skoro zatem Maria została skazana na śmierć, było to dzieło boże, a kaznodzieja odpowiadał za swoje kazanie wyłącznie przed Bogiem. Usłyszawszy to, królowa Szkocji poczuła się jak ryba w wodzie – jak zawsze, gdy przychodziło jej wziąć udział w dyskusji: Trwam w starożytnej religii rzymskokatolickiej i zamierzam przelać krew w jej obronie.
Fletcher z kolei odrzekł na to nierozsądnie: Madam, zmień zdanie i pożałuj wcześniejszego życia w grzechu, a wiarę pokładaj jedynie w Jezusie Chrystusie, przez którego zostaniesz wybawiona. Nie był to właściwy sposób przemawiania do królowej i Maria, wyraźnie czerwieniejąc na twarzy, nakazała kaznodziei zamilknąć. Nastąpiła niezręczna chwila ciszy, po czym hrabiowie ustąpili i nakazali Fletcherowi pominąć kazanie. Później w przypływie irytacji domagał się on, żeby skopiować je z jego notatek i włączyć do protokołu z wydarzeń tego dnia.
Potem nastąpiła osobliwa, a wręcz groteskowa scena. Hrabia Kent ponaglił Fletchera, aby przystąpił do modlitwy, gdy zaś dziekan ponownie zaczął mówić, Maria też zaczęła modlić się głośno, tyle że po łacinie, a jednocześnie trzymała krucyfiks na wysokości oczu. Rozegrała się prawdziwa „bitwa woli”: rycerze i szlachta zebrani w sali razem z Fletcherem uczestniczyli w wypowiadaniu wersykułów i responsoriów, a Maria i jej sześcioro sług wykrzykiwali swoje formuły coraz głośniej i głośniej. W końcu królowa zalała się łzami i zsunęła ze stołka, na którym siedziała, ale szybko uklękła i podjęła modlitwę, nie przerywając, nawet gdy Fletcher już zamilkł. W dodatku odmawiała ją teraz po angielsku, żeby przysporzyć zebranym jak największego zakłopotania. Pomodliła się za Kościół – aby nadszedł kres rozłamu religijnego; za swego syna, 20-letniego Jakuba VI, króla Szkocji, którego jej wrogowie wychowali w wierze protestanckiej – aby został nawrócony na prawdziwą wiarę katolicką; za pomyślność Elżbiety i o to, aby panowała długo, służąc Bogu jak należy. Wyznała, że ma nadzieję zostać zbawiona poprzez krew i we krwi Chrystusa, pod którego krzyżem chętnie przeleje własną krew. W końcu zaś zaczęła prosić świętych o modlitwę za swoją duszę i o to, żeby Bóg w swym wielkim miłosierdziu i dobroci oddalił swe plagi od tej wyspy głupców.
Dla hrabiego Kent, który sam był zagorzałym protestantem, takie słowa były niezwykle obraźliwe. Madam, oznajmił, pozwól Jezusowi Chrystusowi wejść do swego serca i porzuć te kłamstwa, ale skazana go zignorowała, a kiedy wreszcie skończyła, ucałowała krucyfiks i zrobiła znak krzyża, jak czynią to katolicy. 
Jej gesty i słowa były jednak w sporej części sztuczne. Maria nigdy nie była osobą tak oddaną ideologii katolicyzmu, jaką teraz pragnęła pokazać się światu. Za dużo było w niej polityka. Jako władczyni Szkocji rozsądnie zaakceptowała kompromis oparty na religijnym status quo oraz swoiste akty inwazji na ten kraj ze strony oficjalnego nurtu reformacji. Dopiero gdy znalazła się w więzieniu w Anglii, wymyśliła sobie nowy image: nieszczęsnej katoliczki prześladowanej wyłącznie za wyznawaną wiarę. Demonstracja w wielkiej sali zamku Fotheringhay była więc przedstawieniem, i to skutecznym. Upokarzając Fletchera, Maria odniosła zwycięstwo propagandowe, które wywołało szeroki oddźwięk w całej katolickiej części Europy. 
W końcu usatysfakcjonowana królowa spokojnie zwróciła się do Bulla, który potulnie ukląkł i poprosił ją o przebaczenie. Odpowiedziała mu: Wybaczam ci z całego serca, ponieważ teraz, mam nadzieję, położysz kres wszystkim moim kłopotom.
Kaci pomogli służącym Marii zdjąć jej suknie, tak aby została w spodniej sukni. Kiedy rozpinali jej guziki, uśmiechnęła się szeroko i zażartowała, że nigdy przedtem nie miała takich sług, którzy zdejmowaliby jej strój, ani też nigdy nie rozbierała się przed takim towarzystwem.
Swój krucyfiks i modlitewnik położyła na stołku. Jeden z katów zdjął medalion z jej szyi, bo zwyczaj pozwalał im zabierać takie osobiste przedmioty jako „napiwek”, ale wtedy królowa oznajmiła, że tego rodzaju rzeczy pragnie oddać swojej służbie, a kaci zamiast nich otrzymają pieniądze.
Kiedy zdjęto jej welon i czarną wierzchnią odzież, po całej sali zaczęły rozbrzmiewać stłumione okrzyki szoku i zdumienia. Królowa miała bowiem na sobie spodnią suknię z rdzawego aksamitu, a wewnętrzny stanik z satyny w takim samym kolorze. Jedna ze służących wręczyła jej też parę rękawów identycznej barwy, którymi Maria natychmiast okryła ramiona. W ten sposób dokonała się metamorfoza.
Przez kilka minut skazana stała w całkowitym bezruchu, przyodziana w strój koloru zaschniętej krwi, czyli barwę liturgiczną męczenników w Kościele rzymskokatolickim. Ten widok był tak melodramatyczny i zarazem na tyle odrażający dla hrabiów, że pominęli wszelkie wzmianki na ten temat w oficjalnym raporcie dla Tajnej Rady. Cały incydent znamy wyłącznie z ówczesnej relacji w języku francuskim, opartej na doniesieniach sług Marii. Można dodać, że potwierdzają ją dwa opisy sporządzone przez Anglików, w tym służącego Shrewsbury’ego, który napisał o tej sprawie do przyjaciela, a więc nie miał powodu kłamać.
Następnie skazana ucałowała swoje towarzyszki, które ogarnął atak niepohamowanego szlochu. Ne criez vous, rzekła do nich, j’ai promis pour vous – albo też, jak przekazuje w swojej relacji jeden z Anglików, naocznych świadków całego zajścia: Spokojnie, spokojnie, nie płaczcie, przyrzekłam, że tego nie uczynicie. Nie płaczcie za mną, lecz się radujcie. Królowa podniosła ręce i pobłogosławiła kobiety, a potem zwróciła się do innych sług, w szczególności Melville’a, którzy głośno szlochali i wciąż robili znak krzyża. Zmówiła modlitwę po łacinie, pobłogosławiła ich, a w końcu pożegnała się i poprosiła, żeby pamiętali o niej w swoich modłach.
Potem uklękła, z wielkim zdecydowaniem, na poduszce, zaś Jane Kennedy zasłoniła jej oczy białym velum haftowanym złotą nicią, które Maria wybrała poprzedniej nocy. Ucałowawszy tę chustę, Jane złożyła ją w trójkąt i zawiązała wokół twarzy swojej pani, po czym przypięła materiał do czepka, żeby trzymał się mocno. Dopiero wtedy obie służące zeszły z podwyższenia.
Już klęcząc, Maria wyrecytowała po łacinie psalm In te Domino confido (W Panu ja ufam). Wyciągnęła ręce, aby dosięgnąć pieńka, i położyła na nim głowę, układając ją tak, żeby podbródek też się na nim opierał. Pomagała sobie przy tym rękami i potem ich nie cofnęła, więc gdyby kat ich nie przesunął, one również zostałyby odcięte. W końcu rozłożyła ramiona, wyprostowała nogi i zawołała: In manus tuas, Domine, commendo spiritum meum (W Twe ręce, Panie, oddaję mą duszę). Powtórzyła tę frazę trzy lub cztery razy, zanim przytrzymywana przez jednego z mężczyzn nie została pozbawiona głowy przez jego towarzysza. 
Tyle że teraz przyszła kolej na kata popełnić błąd. Powinien był ściąć skazanej głowę za jednym zamachem, ale napięcie było zbyt wielkie nawet dla najbardziej doświadczonego specjalisty w Anglii, a w efekcie za pierwszym razem źle wymierzył. Trafił w to miejsce, gdzie znajdował się węzeł przepaski na oczy, a więc ostrze topora zamiast w szyję wbiło się w tył głowy. Według jednego opisu Maria zrobiła bardzo niewiele hałasu, ale zgodnie z kolejnym krzyknęła w bólu: Panie Jezu, przyjmij moją duszę! Drugi cios przeciął jej szyję, ale nie w całości, i kat musiał rozrąbywać resztę ścięgien, używając topora jak tasaka. W końcu jednak podniósł głowę zabitej i zawołał: Boże, chroń królową! Wtedy tłum zebrany w sali wydał z siebie głośne westchnienie – usta Marii wciąż się bowiem poruszały, jakby się modliła, w dodatku znieruchomiały dopiero po kwadransie.
Potem zaś nastąpił ostatni moment zwrotny: gdy kat trzymał odciętą głowę, kasztanowe loki i biały czepek nagle od niej odpadły. Iluzja monarszego autorytetu całkowicie się rozwiała. Mężczyzna zorientował się, że trzyma tylko garść włosów, a sama głowa spadła na podłogę i potoczyła się niczym niekształtna piłka w kierunku widzów, którzy dostrzegli, że jest bardzo siwa i niemal łysa.
Nagle wszystko stało się jasne: królowa Szkotów nosiła perukę. Zgromadzenie oniemiało, aż w końcu hrabiemu Shrewsbury puściły nerwy i rozpłakał się.
Kiedy kat z powrotem pochwycił głowę, doktor Fletcher odzyskał przytomność umysłu i zagrzmiał: Tak zginą wszyscy wrogowie królowej! Hrabia Kent, który stał nad ciałem, powtórzył za nim: Taki będzie koniec wszystkich wrogów królowej i Ewangelii! Finał widowiska był jednak zbyt makabryczny, a katharsis przygnębiające. Nawet w teatrach londyńskich, gdzie właśnie zapanowała moda na „tragedie zemsty” (revenge plays), nigdy nie widziano niczego podobnego. 
Wzburzonych służących Marii odprowadzono z miejsca egzekucji i zamknięto w ich pokojach. Potem, kiedy kaci rozbierali ciało, jeden z nich zauważył, że ulubiony piesek królowej rasy skye terrier przedostał się na podium, ukryty w fałdach jej halki. Kiedy go wypatrzono, zaczął biegać wokół i wyć żałośnie, a w końcu ułożył się w rosnącej kałuży krwi, która uformowała się pomiędzy odciętą głową a korpusem jego pani. Ponieważ nie dawało się go skłonić do zeskoczenia z szafotu, został zabrany siłą i umyty. Nie chciał potem przyjmować jedzenia, a według wersji jednej ze służących Marii niedługo później zdechł, co jednak nie zostało potwierdzone.
Po południu czarne bawełniane płachty, pieniek, poduszka, odzież i ozdoby królowej, a także wszystkie inne rzeczy, na które trysnęła jej krew, z rozkazu hrabiów zostały spalone w otwartym kominku. Chodziło o to, żeby jej katoliccy stronnicy nie zdołali zdobyć żadnej relikwii „męczeństwa”, z którym Maria tak wyraźnie usiłowała powiązać swoją śmierć. Rycerze i szlachta hrabstwa pozostali w wielkiej sali, żeby móc obserwować te zabiegi usuwania śladów egzekucji, a następnie złożyli podpisy jako świadkowie na oficjalnym raporcie z jej przebiegu, spisanym przez obu hrabiów.
Czwarty syn hrabiego Shrewsbury, Henry Talbot, został wyprawiony z ogromnym pośpiechem do Londynu, bo jeszcze tej samej nocy miał doręczyć raport Tajnej Radzie. Po jego wyjeździe doczesne szczątki martwej królowej złożono na noszach i wniesiono je na górę, gdzie miały zostać zabalsamowane. Szafot rozmontowano, a wszystkich obecnych odesłano do domów. Pozostał tylko szeryf, który miał za zadanie pochować serce oraz organy wewnętrzne zmarłej w ściśle tajnym miejscu, w fundamentach zamku. Część ozdób, które Maria miała na sobie, także musiała zostać zagrzebana w najgłębszych zakamarkach Fotheringhay, ponieważ w ruinach budowli odkopano później pierścień zaręczynowy, który podarował jej drugi mąż, Henryk lord Darnley. Klejnot ten wystawiono na pokaz w 1887 r. w Peterborough.
Ostatni dzień życia Marii musiał na zawsze pozostać w pamięci wszystkich jego świadków. Nieważne, jakie zdanie ma się o jej charakterze albo na ile wierzy się w opowieści o niej, którymi usprawiedliwiano jej wymuszoną abdykację i egzekucję. Bez względu na to wszystko w owym dniu Maria padła ofiarą królobójstwa. Była przecież namaszczoną przez Boga królową. Elżbieta, która tak samo nosiła koronę, a jednocześnie rywalizowała z kuzynką przez poprzednich 30 lat, była aż nadto skora do obrony idei monarchii – zasady, że królowie są odpowiedzialni tylko przed Bogiem. Zrobiła więc wszystko, co było w jej mocy, żeby zapobiec straceniu Marii, aż w końcu uznała, że nie da się tego dłużej unikać. Jednak winę za ten czyn zrzuciła na barki innych ludzi.
Elżbieta świetnie wszystko rozumiała. Wiedziała, że ta śmierć na zawsze zmieni sposób postrzegania monarchii na Wyspach Brytyjskich. Królobójstwo ogromnie wyniosłoby w górę Parlament, bezpowrotnie umniejszając ową boskość, która jest wałem obronnym dla króla. Dopomogłoby w rozpropagowaniu teorii o suwerenności ludu – poglądu, że źródłem władzy politycznej jest on, a nie osoba, która ją sprawuje; pomogłoby też rozpowszechnić ideę, że reprezentantami owego ludu są ci, których on sam wybiera do Parlamentu. Albowiem właśnie do takiej ideologii odwoływali się szkoccy panowie zbuntowani przeciwko Marii, kiedy chcieli ją zdetronizować. Ta sama teoria miała też zostać zaszczepiona w kraju samej Elżbiety, a oprócz tego, z bardziej wywrotowymi intencjami, w pewnych rejonach Francji, 250 lat po śmierci Marii. Wreszcie zaś miała się przedostać na drugą stronę Atlantyku dzięki doktorowi Williamowi Smallowi, Szkotowi z pochodzenia, który udzielał lekcji etyki i nauk politycznych młodemu Thomasowi Jeffersonowi w College of William and Mary w Wirginii.
Jak mogło dojść do tego, że królowa tak wszechstronnie utalentowana jak Maria, piękna i inteligentna, towarzyska i zarazem twardo stąpająca po ziemi, osoba pełna życia i taka, której nie sposób się było oprzeć, skończyła w hańbie i zdetronizowana? Jedna z odpowiedzi brzmi: ponieważ miała za wroga głównego ministra Elżbiety i naczelnego doradcę tej królowej przez 40 lat – Williama Cecila. To przede wszystkim on był wielkim nemezis Marii. W przeciwieństwie do królowej Anglii była ona katoliczką, a nadrzędną ambicją Cecila było ukształtować na nowo całe Wyspy Brytyjskie, tworząc z nich jedną wspólnotę o wyznaniu protestanckim. W jego planach nie było wiele miejsca na niezależną Szkocję, i stąd też sporadycznie ścierał się o zakres dominacji Anglii nawet z tymi Szkotami, którzy w sferze wyznaniowej byli jego sojusznikami. Podczas gdy Elżbieta ze wszystkich sił starała się chronić ideę boskiego prawa królów bez względu na wyznanie osoby piastującej koronę, Cecil uważał, że Parlament ma prawo rozstrzygać o następstwie tronu w oparciu o kwestie religijne. Oznaczało to, że za wszelką cenę trzeba przestać uważać Marię za uprawnioną do korony z tytułu przynależności do dynastii królewskiej.
Sama Maria budziła nadzwyczaj silne uczucia, po śmierci nie mniej niż za życia. Dla swoich apologetów była niewinną ofiarą. Argumentowali oni, że pastwiono się nad nią i oczerniano ją; że służyła jako pionek polityczny zdradzieckim szkockim panom oraz ambitnym politykom Francji i Anglii, aż w końcu uznali, że jest dla nich niewygodna i stoi im na drodze. Z kolei krytycy postrzegali ją jako skazaną na upadek na skutek jej własnych wad. Oskarżali ją, że emocje miały na nią zbyt duży wpływ; że rządziła sercem, a nie głową. Dla nich była femme fatale: zwodzącą mężczyzn manipulatorką, która obnosiła się ze swoją seksualnością, tańcząc i ucztując, i zupełnie jej nie obchodziło, że inni to dostrzegają.
Przewagę w tym sporze zdobyli wrogowie Marii. Królowa przeszła do historii nie jako bystra i charyzmatyczna młoda władczyni, która rozkoszowała się władzą i na pewien czas zdołała utrzymać w całości bardzo niestabilny kraj, lecz raczej jako kobieta, która więcej uwagi poświęcała otaczającym ją luksusom i swoim faworytom. Przedstawia się ją jako osobę, która umiała grać „pod publiczkę”; jedna z relacji z jej egzekucji zawiera pogardliwy komentarz, że przewyższała umiejętnościami najznakomitsze aktorki. Jednak zmysł dramatyczny był kluczowym atutem dla władców w XVI w., a Maria miała o wiele więcej zalet i umiejętności, niż sugeruje tak cyniczny osąd jej osoby.
Niniejsza książka stanowi próbę dotarcia do prawdy o królowej, czy też sięgnięcia jak najbliżej tej prawdy. Pozwoli ujrzeć ją jako kompletną postać, kobietę, której wybory miały sens, podobnie jak jej decyzje – nie zaś jedynie jako zbiór stereotypów albo szereg mitów, dogodnych lub powiązanych ze sobą w naciągany sposób. Z tym założeniem ściśle wiąże się metoda zastosowana przy pracy nad biografią, to znaczy do przedstawienia życia i przekazania dziejów Marii posłużą oryginalne dokumenty. Zostaną one wykorzystane zamiast znanych opublikowanych zbiorów bądź zredagowanych streszczeń tych samych dokumentów, które w wielu przypadkach zostały skompilowane tak, żeby utrwalać wspomniane mity, zamiast je zwalczać. Pewnym zaskoczeniem może być informacja, że takie dokumenty przetrwały, i to w całych tomach. Zostały bowiem zachowane w archiwach i bibliotekach, w miejscach tak odległych od siebie jak Edynburg, Paryż, Londyn, rozmaite rezydencje na terenie Anglii albo nawet Waszyngton i Los Angeles. Na niektóre z nich od 1840 r. ani razu nie padło oko historyka, a wiele nie zostało przebadanych na nowo od ostatniej dekady XIX w., przy czym mowa między innymi o dwóch niedocenionych odręcznych odpisach słynnych „listów ze szkatułki”.
Ta książka ma za cel opowiedzieć historię życia Marii, a w miarę możliwości pozwolić bohaterce mówić za siebie własnymi słowami. Posłuży jednocześnie rozważeniu problemu: dlaczego opowieści różnych osób na temat tych samych wydarzeń są tak uderzająco odmienne? Dopiero po udzieleniu tej odpowiedzi będzie można dokonać odpowiedniej selekcji niezliczonych informacji, wyjaśnić i zrozumieć ciąg wydarzeń, a także rzucić światło na burzliwe życie królowej.
Copyright © 2014 Kobiece Recenzje , Blogger