Magia cierni - Margaret Rogerson - Zapowiedź patronacka

Magia cierni - Margaret Rogerson - Zapowiedź patronacka

Wszyscy czarodzieje są źli. Elisabeth wie o tym od dawna. Wychowana przez obcych ludzi w jednej z Wielkich Bibliotek Austermeer, dorastała w otoczeniu grymuarów – istot szepczących na półkach i drżących w żelaznych okowach, gotowych przemienić się w potwory z tuszu i skóry, jeśli tylko ktoś je sprowokuje. Dziewczyna ma nadzieję, że kiedyś dołączy do strażników strzegących królestwa przed ich mocą.

Tymczasem w wyniku sabotażu w bibliotece najbardziej niebezpieczny grymuar wydostaje się na wolność. Elisabeth, chcąc ratować sytuację, wpada w kłopoty. Gdy zostaje zamieszana w zbrodnię, musi opuścić bibliotekę i udać się do stolicy, aby tam stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Nie może liczyć na niczyją pomoc. Jedynym wyjściem jest zwrócenie się do jej największego wroga – czarodzieja Nathaniela Thornema.

Wkrótce Elisabeth zda sobie sprawę, że stała się częścią konfliktu trwającego od wieków, a zagłada grozi nie tylko Wielkim Bibliotekom, lecz także całemu światu. Stopniowo zaczyna podawać w wątpliwość wszystko, czego ją uczono o czarodziejach, o ukochanych bibliotekach, a nawet o samej sobie. Ma bowiem moc, o której nie miała pojęcia.
River - Samantha Towle - Fragment powieści

River - Samantha Towle - Fragment powieści

Potwory wcale nie chowają się w ciemnościach.
Mogą być bardzo blisko, na widoku. 
Ubierać się w zwykłe ubrania.
Mieć zwykłe twarze.
Mieć zwykłą pracę.
Wieść zwykłe życia.
Ale potwór zawsze jest w środku.
Czai się w ukryciu pod swoją zwykłą skórą.
Czekając na odpowiedni moment.
I gdy ten moment nadejdzie,
I kiedy on będzie mógł już się pokazać,
Będziesz zaskoczony.
Ale ja nie.
Ja będę gotowy.

― River Wild





Prolog

River
Osiem lat


Jest niedziela.
Nienawidzę niedziel.
W niedziele mama idzie na swoje cotygodniowe spotkanie klubu książki. W niedziele między piątą a siódmą po południu mamy nie ma w domu.
W niedziele między piątą a siódmą po południu on mnie krzywdzi.
Ale nie mogę powiedzieć o tym mamie.
Powiedział, że jeśli to zrobię, to ją też skrzywdzi. Stwierdził, że i tak nikt mi nie uwierzy. Ponieważ jest ważny.
Mój przybrany tatuś jest kimś, do kogo zwykli ludzie przychodzą, kiedy dzieje się im krzywda. 
Jest policjantem.
Policjanci powinni być dobrzy.
Jednak on nie jest dobry.
Jest zły.
Jestem w ogrodzie z tyłu domu, bawię się nową piłką do koszykówki. Mama kupiła ją na moje ósme urodziny w zeszłym tygodniu.
Wyjechała pięć minut temu.
Wiem, co się stanie.
Niedługo on powie, że mam wejść do domu.
Będzie kazał mi robić rzeczy, których ja nie chcę robić.
Będzie robił mi rzeczy.
Rzucam piłką w stronę obręczy wiszącej z boku ściany garażu.
Wpada. Uderza o betonową podłogę – łup.
Podchodzę i ją podnoszę.
Znowu trafiam.
Łup.
– River, chodź do domu – woła mnie z kuchni.
Nienawidzę go.
Zamykam oczy.
Nie.
Piłka turla się do mnie i uderza o moją stopę.
– Teraz – warczy.
Wciągam do płuc powietrze. Otwieram oczy.
Podnoszę piłkę i przytulam ją do klatki piersiowej. Powoli wchodzę do środka, do kuchni.
Stoi przy blacie.
– Zamknij drzwi – rozkazuje mi.
Wykonuję jego polecenie. – Odwracam się i zamykam tylne drzwi.
– Chodź tu.
Nie chcę, proszę, nie zmuszaj mnie do tego.
– Żebym nie musiał się powtarzać. Wiesz, co się stanie, jeśli będę musiał to zrobić.
Odwracam się i podchodzę do niego. Zaczyna mnie boleć brzuch.
Mocniej przyciskam piłkę do klatki piersiowej.
Zatrzymuję się w odległości kilku kroków od miejsca, w którym stoi.
Nie patrzę na niego. Ale wiem, że on patrzy na mnie.
Wyciąga rękę i bierze ode mnie piłkę, a potem kładzie ją obok siebie na blacie. Jak zwykle znajdują się tam puste butelki po piwie.
Widzę jego pasek do broni, który też tam leży.
Jego broń nadal tam jest.
Nigdy jej tak nie zostawia. Zawsze jest w jego sejfie.
Czemu dzisiaj jest tutaj?
Moje serce zaczyna szybciej bić.
– Dzisiaj pogramy w inną grę, River.

Mój nowy tatuś podszedł i usiadł obok mnie na podłodze w moim pokoju.
– Chcesz zagrać w grę, River?
– W grę? – zapytałem z podekscytowaniem. – Uwielbiam grać w gry! Co to za gra?
Nachylił się bliżej mnie. Śmierdział piwem i potem. Nie podobał mi się ten zapach.
– Cóż, to jest tajna gra – wyszeptał. – Tylko grzeczni chłopcy mogą w nią grać.
– Jestem grzeczny! Pani Clarke mówi, że jestem najgrzeczniejszym chłopcem w jej klasie.
Pani Clarke była moją nauczycielką w pierwszej klasie. Lubiłem ją. Ładnie pachniała. Była też ładna, choć nie tak bardzo jak moja mama. Nikt nie był tak ładny jak moja mama.
– Okej, ale jeśli zagramy w tę grę, to nie możesz powiedzieć o niej swojej mamie.
–  Czemu nie?
– Ponieważ to jest tajna gra. Taka, o której mamusie nie mogą wiedzieć.
– Okej.
– Obiecujesz?
– Obiecuję. To jak nazywa się ta gra?

Zaczyna odpinać pasek od spodni.
Odwracam głowę. Wpatruję się w obrazek przyczepiony do lodówki. Narysowałem go w zeszły piątek w szkole dla mamy. Na obrazku jest szczeniaczek.
Bardzo chciałbym mieć szczeniaczka.
Słyszę metaliczny dźwięk, jaki wydaje sprzączka. Suwak zjeżdża na dół.
Zaczynam się trząść.
– River.
Proszę, nie każ mi tego robić.
Łapie mnie za rękę i przyciąga do siebie.
Nagle czuję typowy dla niego zapach piwa i potu. Robi mi się niedobrze.
– Spójrz na mnie, mały.
Zmuszam się do odwrócenia głowy w jego kierunku. Wbijam wzrok w ścianę znajdującą się za nim. Nie mogę na niego patrzeć.
– Dzisiaj zrobimy coś innego. 
Zamykam oczy.
– P-proszę… Nie-nie ch-chcę – szepczę. Wymierza mi policzek.
Zaczynam płakać.
Znowu mnie uderza, tym razem mocniej. Łapie mnie za twarz, palcami szczypiąc moje policzki.
– Otwieraj oczy, mały.
Robię, co mi każe. Z moich oczu płyną łzy.
– Skończ, kurwa, płakać. Tylko małe dzieci płaczą. Jesteś małym dzieckiem, River?
– N-nie.
– To przestań się zachowywać, jakbyś nim był. – Jego twarz jest czerwona. Oczy wybałuszone. Palcami ściska moje policzki, zadając mi jeszcze większy ból. – Zrobisz to, co ci każę, mały. Ponieważ jeśli tego nie zrobisz, to wiesz, co się stanie.

– N-nie ch-chcę już grać w tę g-grę – wyszeptałem. – N-nie podoba mi się.
– Wiesz, co się dzieje z chłopcami, którzy nie dotrzymują obietnic, River?
Pokręciłem głową.
– Idą do więzienia i nigdy już nie widzą swoich mam.
– Nie chcę iść do więzienia! Proszę, nie wysyłaj mnie do więzienia!
– Nie zrobię tego, jeśli będziesz robił, co ci każę. Zrobisz dokładnie to, co powie ci tatuś, River? 
 Spojrzałem w dół, na podłogę. Włosy wleciały mi do oczu. Zmokły od moich łez.
– Tak, proszę pana  – wyszeptałem.

– Co się wtedy stanie, River?
Zmuszam się do spojrzenia mu w oczy.
– Pójdę do więzienia. Już nigdy nie zobaczę mamy. Zostanie z tobą sama, a ty nie będziesz miał wyboru i będziesz musiał ją skrzywdzić.
Uśmiecha się. Przez to nienawidzę go jeszcze bardziej.
– Tego chcesz? Chcesz, żebym skrzywdził twoją mamę, River? 
 Robię wdech.
– Nie, proszę pana.
– Tak myślałem.
Palcem sunie w dół mojego policzka. Zaciskam zęby.
– A teraz zamierzam usiąść przy stole kuchennym. Ty przyniesiesz mi piwo z lodówki. Kiedy skończę je pić, zacznie się nasza gra. Rozumiesz?
– Tak.
Odwracam się i podchodzę do lodówki. Moje dłonie drżą, gdy ją otwieram. Zaciskam je, żeby przestały. Wtedy sięgam do środka i wyjmuję z niej piwo znajdujące się na górnej półce. Zdejmuję kapsel, starając się odwlec to, co nieuniknione.
Obracam się i znowu zauważam jego broń.
Po prostu leży tam, na blacie.
Spoglądam na mojego przybranego tatę. Siedzi sobie na krześle przy stole.
Moim krześle.
Wyciągnął je spod stołu i odwrócił w moją stronę.
Ściągnął też spodnie. Ma na sobie tylko koszulę.
Moje wnętrzności się ściskają.
Butelka drży w dłoniach.
Znowu spoglądam na broń leżącą na blacie.
– Na co czekasz, mały? – warczy. – Chodź tu.

– River, chodź tu. – Jego dłoń uderzyła w łóżko, na którym siedział.
Łóżko mamy.
Nigdy mnie tu nie przyprowadzał, żeby grać w jego gry.
To zawsze działo się w moim pokoju.
Nie chciałem tego tu robić. Nie tutaj.
Dłonie zaczęły mi drżeć. Teraz często tak robiły. Głównie w niedziele. Zgiąłem palce, wbijając je w wewnętrzną stronę dłoni, dopóki nie zaczęła mnie boleć.
– Teraz, River.
Podszedłem do łóżka i stanąłem naprzeciwko niego.
Uśmiechnął się.
Wbiłem paznokcie w skórę, głębiej.

– River, nie zamierzam się powtarzać! Chodź tutaj! Teraz!
– Nie! – krzyczę.
Tak jakby piorun uderzył w pokój.
Nigdy wcześniej mu nie odmówiłem. Moje całe ciało dygocze ze strachu.
Wstaje.
– Nie?
– Ja-ja…
– Masz odwagę mi odmówić, mały?
Otwieram usta, ale nie wydobywają się z nich żadne słowa. Serce bije mi tak szybko. Tak bardzo się boję. Wbijam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni, w której nic nie trzymam, dopóki nie czuję, że pęka mi skóra.
Szybko spoglądam na broń leżącą na blacie.

– River, czas na zabawę, a tatuś ma dla nas całkiem nową grę.

– Tak, właśnie, kurwa, myślałem. A teraz przywlecz tu swój tyłek, mały!
Zaciskam dłoń na butelce piwa. Podnoszę wzrok i patrzę mu w oczy.
– Nie – mówię znowu.
Przybiera kamienny wyraz twarzy. Przekrzywia głowę.
– Zmiana zasad, River. Jeśli jeszcze raz mi odmówisz, to zabiję twoją mamę, jak tylko wejdzie przez te drzwi. I zamiast pójść do więzienia… Zostaniesz tutaj, ze mną. Będziemy tu tylko ty i ja, sami, w tym domu. I zrobię z tobą, cokolwiek zechcę, kiedykolwiek zechcę. Pomyśl tylko… Będę mógł chować swoją pałkę policyjną w twojej kaburze każdego pieprzonego dnia, jeśli właśnie będę tego chciał. – Muska palcem swoje usta, uśmiechając się. – Tak właściwie, to ten pomysł bardziej mi się podoba… Więc może po prostu i tak zabiję twoją mamę…
– Nie! – krzyczę.
Wtedy piwo ląduje na podłodze, a jego broń w mojej dłoni.
Celuję w niego.
Na chwilę otwiera szeroko oczy. Potem zaczyna się śmiać.
Od tego dźwięku bolą mnie uszy.
– I co zamierzasz z tym zrobić, hę? 
Moje dłonie drżą, jakby, jakby przechodziło przeze mnie trzęsienie ziemi. Broń jest taka ciężka.
– Ja-ja…
– Ja-ja – przedrzeźnia mnie. – Czego chcesz, mały? No, mów. – Przykłada dłoń do ucha, drwiąc ze mnie.
– Ch-chcę, żebyś wy-wyszedł! – krzyczę, unosząc pistolet wyżej. Bolą mnie ręce.
Przechyla głowę.
– Mam wyjść? Nie zamierzam, River. Nigdy cię nie zostawię. Jesteś moim wyjątkowym chłopcem. A tatuś kocha swojego wyjątkowego chłopca bardzo mocno.

–  Jesteś taki wyjątkowy, River. Taki wyjątkowy. Czas zagrać w nową grę.

– Przestań! Po prostu przestań – wrzeszczę. Tak bardzo boli mnie głowa. Wszystko mnie boli. – Po prostu chcę, żebyś przestał! Zostaw mnie w spokoju!

– Ja-ja j-już… N-nie ch-chcę więcej grać.
Złapał mnie za głowę i wepchnął ją w poduszkę.
– Cicho. Psujesz zabawę.
Nie było tam powietrza. Nie mogłem oddychać.
Mamo, proszę, pomóż mi.
Puścił moją głowę. Odwróciłem ją na bok i łapczywie wciągnąłem powietrze.
– Nie podoba mi się to, że przez ciebie musiałem to zrobić. – Przeciągnął dłonią po moich włosach, przygładzając je. – Teraz już będziesz grzecznym chłopcem?
Łza spłynęła po moim policzku.
– Tak, proszę pana.

– Nie zastrzelisz mnie, River. Więc po prostu odłóż tą pieprzoną broń.
– Ja-ja…

Smród piwa…
Gorące łzy na mojej twarzy…
Nie mogę oddychać…
Boję się…
Niech to się skończy…

– Odłóż tę pieprzoną spluwę, ty gówniarzu! – krzyczy, robiąc krok w moją stronę.
– N-nie p-podchodź b-bliżej! – wrzeszczę. Unoszę broń jeszcze wyżej.
Bolą mnie od niej ręce.
Ale nie mogę jej odłożyć.
Jeśli ją odłożę, on… On mnie znowu skrzywdzi.
Skrzywdzi mamę.
Tak bardzo się boję.
Nie wiem, co robić.
– N-nie ch-chcę j-już się z tobą b-bawić! Proszę, po prostu zostaw mnie w spokoju!
– Po prostu zostaw mnie w spokoju! – przedrzeźnia mnie. – Przestań zachowywać się jak pieprzony mazgaj. Chłopcy robią takie rzeczy dla swoich tatusiów. To samo robiłem dla swojego tatusia, kiedy byłem w twoim wieku, i nie płakałem! Masz pojęcie, jak trudne jest moje życie, mały? Wychodzę tam każdego pieprzonego dnia, ryzykując swoje życie, zarabiając pieniądze, żebyś miał w co się ubrać i co włożyć do swojego niewdzięcznego brzucha! Więc teraz zrobisz to, co każe ci ojciec, i odłożysz tę broń!

Tak bardzo się boję…
Nie mogę oddychać…
– Dobry chłopiec, River. Tatuś cię kocha. Tatuś tak bardzo cię kocha.

– Nie jesteś moim tatą! – krzyczę. – Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! – Czuję, jak pistolet wysuwa mi się z dłoni. Łapię go mocniej.
Paf!
Moje ciało odskakuje do tyłu.
Mój przybrany tata… Stoi tam, wpatrując się we mnie. Przyciska dłonie do brzucha.
Odsuwa rękę. Na jego białej koszuli jest czerwona plama. Spogląda w dół i patrzy na nią.
– K-kurwa, postrzeliłeś mnie – zaczyna się jąkać. On nigdy się nie jąka. – Kurwa, zabiję cię! – Rzuca się do przodu.
Paf! Paf! Paf!
Mój przybrany tata leży na podłodze.
Wszędzie jest krew.
Pistolet wypada mi z rąk.
Spoglądam w górę i widzę, że mama stoi w drzwiach.
Wygląda na przerażoną. Zaczyna płakać.
– Co ty zrobiłeś, River? – szepcze.
Uratowałem nas, mamo. Uratowałem nas.


1


Annie

Spoglądam na mężczyznę siedzącego po drugiej stronie stołu kuchennego. Mężczyznę, którego poślubiłam siedem lat temu.
Mężczyznę, którego nienawidzę.
Wpatruję się w niego z każdym gramem skrywanej pogardy i nienawiści.
Odchodzę od ciebie.
Te słowa raz po raz rozbrzmiewają w mojej głowie.
Chciałabym wypowiedzieć je na głos.
Ale nie mogę.
Strach i sto innych powodów trzymają je bezpiecznie zamknięte w mojej głowie.
Unoszę palec i muskam opuchnięty policzek, a następnie rozciętą wargę.
Widzi, jak dotykam swojej twarzy.
Marszczy brwi.
Opuszczam dłoń.
Wczorajszej nocy mocno mnie pobił. Bił mnie po twarzy. Obecnie nie zdarza się to już tak często. 
Wolałby, żeby ludzie nie pytali o moje siniaki.
Więc bije mnie w pozostałe miejsca na ciele. Zazwyczaj jedyna przemoc, jaką stosuje w trakcie seksu, to duszenie. Często lubi to robić.
Ale wczorajszej nocy uderzył mnie też w trakcie seksu.
A raczej gwałtu, bo tak powinnam to nazwać.
Ponieważ właśnie tym to było.
Na początku nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to gwałt. Myślałam, że podczas gwałtu  trzeba powiedzieć „nie”, by można było to tak nazwać. Może nawet próbować walczyć.
Nigdy nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy.
Ale to nie było też tak, że ja mogłam powiedzieć „nie”. Za bardzo się bałam. I nawet jeśli powiedziałabym mu „nie”, to i tak wziąłby to, co chciał.
Jednak cieszę się, że zeszłej nocy pobił mnie właśnie w taki sposób, ponieważ nie mogę ryzykować uderzeń w brzuch.
Nie teraz. Jestem w ciąży.
Noszę w sobie dziecko, o którym nigdy nie będzie wiedział.
Dowiedziałam się, że jestem w ciąży zaledwie kilka dni temu. Dlatego w końcu zdecydowałam się odejść. Teraz  mam w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby to zrobić.
Ponieważ już nie chodzi tylko o mnie.
Jest dziecko, które muszę chronić.
Ludzie z pewnością pomyśleliby, że powinnam po prostu zadzwonić na policję. Kazać go aresztować za to, co mi robił.
Ale Neil sam jest policjantem.
Detektyw Neil Coombs. Niezwykle poważany i podziwiany przez swoich kolegów. Spodziewają się, że pewnego dnia zostanie komendantem policji. W zeszłym roku dostał medal za odwagę.
A on regularnie bije swoją żonę.
Raz próbowałam zadzwonić na policję, dawno temu, na początku. I mi nie pomogli.
Ponieważ wszyscy są tak samo podli i skorumpowani jak on.
Więc zrobię to w jedyny dostępny dla mnie sposób. Zmienię nazwisko i zniknę.
Jest jedna zaleta bycia żoną agresywnego sukinsyna-policjanta, skorumpowanego przez gangsterów, którzy mu płacą za to, żeby przymykał oko na ich sprawki.
Neil myśli, że nie mam pojęcia, co robi na boku. Lecz wiem więcej, niż sądzi.
Te brudne pieniądze, które dostaje od oprychów, trzyma w sejfie schowanym w biurku, w swoim biurze. Nie może ich oddać do banku, ponieważ to prowadziłoby do zadawania pytań. W sejfie, o którym, według jego wiedzy, nie wiem.
Ale ja wiem.
I to będzie mój bilet.
Wolałabym nie brać jego pieniędzy. Chciałabym nie być do tego zmuszona.
Chciałabym postąpić etycznie i moralnie, jednak nie mam innego wyboru.
Nie mam żadnych własnych pieniędzy.
Neil nigdy nie pozwolił mi pracować. Na początku myślałam, że robi to, ponieważ mnie kocha i chce się o mnie zatroszczyć. 
Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że to po prostu kolejny sposób na to, żeby mnie kontrolować. 
Bez pieniędzy nie mogłam odejść.
Więc teraz zabieram jego pieniądze i odchodzę.
Neil wstaje od stołu. Widzę broń przy jego pasku, jak każdego dnia. Mimo to wciąż na jej widok czuję ucisk w brzuchu.
Neil zdejmuje marynarkę z oparcia krzesła i ją zakłada.
Wstaję i podążam za nim do drzwi wejściowych. Mechanicznie robię to każdego ranka. 
Ale po tym dniu już nie będę. 
Już nigdy.
Neil przystaje przy drzwiach i odwraca się w moją stronę.
Przygotowuję się na cios.
Unosi dłoń i zbliża ją do mojej twarzy. Wzdrygam się.
Satysfakcja, którą widzę w jego oczach, pełznie po mojej skórze jak wąż i w tej chwili nienawidzę go bardziej niż kiedykolwiek.
– Nie skrzywdzę cię, Annie. – Kciukiem i palcem wskazującym chwyta mnie za brodę.
Obserwując jego oczy, czuję, jak wszystko się we mnie napina. Przesuwa wzrok po siniaku na moim policzku.
Po mojej rozciętej wardze.
Dawno, dawno temu jego oczy wyrażały skruchę.
Teraz nie wyrażają niczego.
– Wczoraj w nocy mnie poniosło. Zostań dzisiaj w domu. Kupię kolację wieczorem, po drodze z pracy.
– Okej – odpowiadam.
– Dobra dziewczynka.
Składa karcący pocałunek na moich ustach, po którym rozcięcie na wardze boleśnie pulsuje, ale ja nie reaguję na ból i tłumię w sobie całą odrazę oraz obrzydzenie, które czuję za każdym razem, kiedy mnie dotyka.
Po prostu odpowiadam na jego pocałunek tak jak zawsze. W tej chwili to jest ważniejsze niż kiedykolwiek, żeby nie zauważył, nie wyczuł, że zachowuję się jakoś inaczej.
Robi krok w tył, puszczając moją brodę.
Nienawidzę cię.
– Miłego dnia. – Uśmiecham się. Wymuszony grymas, w którym jestem już mistrzynią.
Otwiera drzwi, chcąc wyjść.
– Mówię poważnie, Annie. Nie wychodź dzisiaj.
– Nie zrobię tego. Obiecuję.
Po prostu wyjdź.
Wychodzi za drzwi, a moje serce ze zniecierpliwienia bije jeszcze szybciej.
Wtedy nagle Neil zatrzymuje się i odwraca, żeby na mnie spojrzeć.
Mój żołądek zaciska się ze strachu.
Nie boję się o siebie.
Już dawno temu przestałam bać się o własne życie.
Kiedy przestajesz bać się śmierci i zamiast tego jej pragniesz, nie masz już nic do stracenia. Ale wkrótce będę miała dziecko. Tu już nie chodzi tylko o mnie. Jestem winna swojemu dziecku szansę na życie, i to jak najlepsze życie. 
– Nie zapomniałaś o czymś? – pyta surowo, unosząc brew.
Cholera. Cholera. Cholera.
– Kocham cię – mówię nerwowo przełykając ślinę.
Przez jakiś czas gapi się na mnie z pytającym wyrazem twarzy. Wydaje mi się, że ta chwila trwa całą wieczność.
Staram się nie ruszać żadnym mięśniem twarzy ani ciała, pragnąc, żeby moje bijące w szale serce zwolniło.
W końcu, po jak się zdaje, wieczności, mówi:
– Kocham cię, Annie. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.
– Dopóki śmierć nas nie rozłączy – powtarzam kłamstwo z łatwością.
Nigdy, przenigdy więcej.
Drzwi zamykają się za nim.
Robię cichy wydech. Ten, który trzymałam w sobie cały ranek.
Stoję tam, nasłuchując. Czekając.
Uruchamia silnik samochodu.
Słyszę, jak rusza.
Czekam jeszcze chwilkę, żeby mieć pewność, że na pewno odjechał.
I wtedy przystępuję do działania.
Biegnę na górę i szybko ubieram się w jeansy i t-shirt, a następnie wsuwam na stopy adidasy. Z szafy wyjmuję starą sfatygowaną torbę. Tę, w której przywiozłam swoje ubrania i pudełko wspomnień, kiedy wyprowadzałam się od swojej rodziny zastępczej w wieku osiemnastu lat, żeby zamieszkać z Neilem.
Nie mam rodziny. Zostałam zabrana od swojej matki – narkomanki i prostytutki – gdy byłam niemowlakiem i tak trafiłam do systemu opieki społecznej. Nie było wiadomo, kim był mój ojciec. Prawdopodobnie którymś z jej klientów.
Pewnie właśnie dlatego tak łatwo wpadłam w ramiona i sieć kłamstw Neila.
Był starszy. Dojrzały. A ja tak desperacko potrzebowałam stabilności. Swojej własnej rodziny.
Miałam osiemnaście lat. Dopiero co skończyłam szkołę i liczyłam na to, że zacznę studia na publicznej uczelni. Pewnej nocy, kiedy wracałam do domu z metra, zostałam napadnięta. Neil przypadkowo przechodził w tym samym czasie obok. W tamtej chwili nie był na służbie.
Złapał gościa i go aresztował. Odzyskałam torebkę i nie wiedzieć kiedy, umówiłam się na następny wieczór ze starszym, przystojnym gliną.
Tydzień później wprowadziłam się do niego.
Mój koszmar zaczął się sześć miesięcy później, gdy po raz pierwszy mnie pobił.
Następnego dnia byliśmy już po ślubie.
Wcześniej był taki wspaniały. Nie mogłam uwierzyć w to, że ten niesamowity facet chce być z kimś takim jak ja.
Lecz teraz wiem, że byłam po prostu łatwym celem.
Łatwym do zmanipulowania i kontrolowania.
Myślałam, że mi się poszczęściło, ponieważ udało mi się go zdobyć, ale w rzeczywistości była to najgorsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu.
Biorę do ręki moje pudełko wspomnień. Znajduje się w nim kilka rzeczy. Nasz akt ślubu. Fragment biletu z naszej pierwszej randki w kinie. Korek od szampana z dnia, kiedy poprosił mnie o rękę.
Jak dla mnie, wszystkie te przedmioty mogą trafić do śmietnika.
Otwieram pudełko i wyjmuję z niego dwie rzeczy potrzebne, żebym mogła zniknąć. Dowód osobisty i akt urodzenia z moim nowym imieniem.
Wkładam je do torby, do kieszonki na suwak. Kieszeń zasuwam dla bezpieczeństwa.
Następnie wyjmuję ubrania i bieliznę, które już wcześniej postanowiłam zabrać ze i wkładam je do torby. Nie ma sensu pakować zbyt wielu rzeczy. Mniej do noszenia, a i tak niedługo te ubrania nie będą na mnie pasowały.
Związuję swoje długie blond włosy w ciasny kok, po czym chowam je pod bejsbolówką.
Wchodzę do naszej wspólnej łazienki i zabieram z niej swoją szczoteczkę i pastę do zębów oraz pozostałe artykuły toaletowe, a następnie wkładam je do swojej kosmetyczki, która ląduje w torbie razem z moimi ubraniami.
Zanoszę torbę na dół i wchodzę do biura Neila. W pokoju panuje upiorna cisza. Biura nienawidzę najbardziej.
Chociaż wiem, że jestem sama, to i tak po moim ciele przebiegają dreszcze.
W dalszym ciągu boję się, że wróci do domu i mnie przyłapie.
Szybko podchodzę do jego biurka i kucam przy nim, kładąc torbę obok siebie. Otwieram drzwiczki.
Odsuwam foldery ułożone w stertę przed sejfem i kładę je na podłodze.
Wyjmuję z kieszeni klucz do sejfu. Zabrałam go, zrobiłam kopię i odłożyłam, zanim Neil zorientował się, że zniknął.
Dzień, w którym to zrobiłam, był jednym z najstraszniejszych w moim życiu, a przecież ostatnie siedem lat spędziłam w strachu, więc to o czymś świadczy. Byłam przerażona, że odkryje, co robię, i to będzie koniec dla dziecka i dla mnie.
Ale tak się nie stało, a zamiast tego dzieje się coś innego. Zamierzam wyjąć pieniądze i stąd zwiać, mając nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Obezwładnia mnie strach.
Co, jeśli nie będzie pieniędzy? Co, jeśli z jakiegoś powodu je zabrał?
Chyba istnieje tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.
Cóż, w każdym razie i tak odejdę. Nie spędzę z nim kolejnego dnia. Po prostu będę musiała wykombinować coś innego.
Wstrzymując oddech, otwieram sejf.
Robię wydech.
Pieniądze nadal tam są.
Nie wiem dokładnie ile. Zapewne setki tysięcy.
Potrzebuję tylko tyle, by się stąd wydostać i zapłacić za wynajem, dopóki nie znajdę pracy. Wynajem, jak oceniłam, będzie kosztował mnie około sześciu tysięcy. Wiem, że prawdopodobnie będę musiała zapłacić za pół roku z góry, ponieważ nie będę miała żadnych papierów, które będą świadczyły o mojej wiarygodności. 
Ale… Co, jeśli z powodu ciąży nikt mnie nie zatrudni? Co, jeśli skończą mi się pieniądze, nikt nie da mi pracy i nie będę mogła zapłacić za mieszkanie?
Boże.
Nienawidzę siebie za te rozważania . Robię głęboki wdech i wstrzymuję oddech.
Przecież jest ci to winny, Annie.
Wiem. Ale nie chciałam, żeby tak było. Chciałam sama móc zadbać o siebie i o dziecko. Zarobić własne pieniądze.
I właśnie tak się stanie, ale w tej chwili potrzebujesz pieniędzy, nieważne skąd by one nie pochodziły.
Wypuszczam z ust powietrze, które wstrzymywałam, i wyjmuję dziesięć tysięcy z sejfu.
Jeśli zostanie mi coś z tych pieniędzy, oddam je do domu samotnej matki.
Zamykam sejf i przekręcam klucz. Odkładam foldery z powrotem na miejsce i zamykam drzwiczki biurka.
Wynoszę torbę na korytarz, po czym kładę ją na podłodze. Wyjmuję kurtkę z szafy i zakładam ją na siebie. Znowu podnoszę torbę i zawieszam jej długi pasek na ramieniu.
Moja komórka nadal znajduje się na stoliku nocnym. Może tu zostać. Już nie będę jej potrzebowała. Jeśli zabrałabym ją ze sobą, to Neil łatwo by ją namierzył, żeby mnie odnaleźć.
Wychodzę przez drzwi frontowe, i zostawiam za sobą Annie Coombs. Teraz nazywam się Carrie Ford.
River - Samantha Towle - Zapowiedź patronacka

River - Samantha Towle - Zapowiedź patronacka

Nowe miasto. Nowa tożsamość. Ciąża i samotność. I daleko od przeszłości, przed którą Carrie Ford tak usilnie próbuje uciec.

River Wild jest humorzastym, nadętym dupkiem i w dodatku jej nowym sąsiadem. Carrie nie ma ochoty się z nim zaprzyjaźniać, on również nie chce zostać jej przyjacielem. Jednak kiedy wszystko wydaje się jasne, mężczyzna niespodziewanie pomaga jej uratować porzuconego psa. Tego dnia Carrie dostrzega w jego oczach coś, co można zobaczyć też w jej spojrzeniu. Smutek. Ból. Samotność. Carrie bardzo dobrze zna te wszystkie uczucia.

Między dwojgiem zranionych ludzi nawiązuje się niechciana i niespodziewana przyjaźń, która bez ostrzeżenia zmienia się w coś więcej. Oboje mają swoje sekrety, ale to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ ona bardzo dobrze go rozumie, a on ją. W końcu Carrie pierwszy raz w życiu doznaje czegoś, czego się nie spodziewała – szczęścia. Niestety szczęście nie trwa długo. Nie, dla takich ludzi jak ona. Szczególnie kiedy przeszłość czai się za rogiem, czekając na odpowiedni moment, żeby wszystko odebrać.
Wszystko za życie - Weissmann-Klein Gerda - Fragment powieści

Wszystko za życie - Weissmann-Klein Gerda - Fragment powieści

Część pierwsza


Rozdział 1

Na zielonym dywanie salonu z mojego dzieciństwa leży zegarek. Wskazówki zamarły w bezruchu na 9.10, zamarły, gdy to się wydarzyło. Będzie tylko przeszłość, nadejście przyszłości jest niepewne, czas utknął w teraźniejszości. Poranek – 9.10. Tylko tyle potrafię pojąć. Wskazówki są okrutne. Powoli rozmazują się na tarczy zegarka.
Podnoszę wzrok na okno. Wszystko wygląda obco, jak we śnie. Na ulicy ryczy kilka motocykli. Kierowcy mają na sobie zielonoszare mundury, słyszę głosy. Najpierw kilka, potem wiele, wykrzykują coś niemożliwego i nierealnego. „Heil Hitler! Heil Hitler!”. A zegarek mówi 9.10. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rozsunęła się niewidzialna kurtyna, a ja wkroczyłam na niewidzialną scenę, żeby odegrać rolę w trwającej sześć lat tragedii.
Był 3 września 1939 roku, niedzielny poranek. Spędziliśmy bezsenną noc w wilgotnej, zimnej piwnicy naszego domu, na zewnątrz spadały pociski i bomby. W pewnym momencie, jeszcze wieczorem, gdy tata, mama i mój brat Artur, wtedy dziewiętnastoletni, kulili się w osłupiającej ciszy, z zewnątrz, z ogrodu, dobiegło miauczenie mojej kotki Schmutzi i Artur wyszedł, aby ją wpuścić. Wrócił z dziurą po kuli w spodniach.
– Kula?
– Ktoś strzela z dachów, Niemcy idą!
Potem, w szarzyźnie wczesnego ranka, usłyszeliśmy głośne pomruki wrogich czołgów. Nasi żołnierze wycofywali się znad granicy na Kraków, gdzie chcieli stawić opór. Mieli wymizerowane, wymęczone i nieogolone twarze, w ich oczach widniały panika i klęska. Starli się z wrogiem, spróbowali i przegrali. Wszystko działo się tak szybko. Dwa dni wcześniej, w piątek rano, 1 września, brzęczenie mas niemieckich samolotów wypędziło wszystkich mieszkańców naszego miasteczka na ulice. Radio huczało wieściami, że Niemcy przekroczyli naszą granicę pod Cieszynem i że toczymy wojnę! W pośpiechu wznieśliśmy blokady drogowe. Ludzi ogarnęła histeria i wielu opuściło miasto jeszcze tego samego dnia.
Nigdy nie uważałam Bielska, mojego rodzinnego miasta, za straszne. Zawsze było takie bezpieczne i stateczne. Przycupnięte u stóp Beskidów – wydawało się, że wysokie szczyty chronią spokojne, lśniące światłami miasteczko przed intruzami. Bielsko było urocze i nie bez powodu nazywano je „Małym Wiedniem”. Przed 1919 rokiem leżało w granicach Austro-Węgier i nadal utrzymywał się w nim posmak tamtej epoki. Niemal wszyscy mieszkańcy posługiwali się dwoma językami, w sklepach rozmawiano po polsku i niemiecku. W samym środku miasta, pośród pieczołowicie wypielęgnowanych kwietników, stał niewielki, ale znakomity teatr, a zaraz obok Schloss, czyli zamek Sułkowskich, szlachty blisko związanej z Habsburgami.
Odkąd pamiętałam, nic nie zakłócało spokoju Bielska. Dopiero teraz, gdy ujrzałam ludzi uciekających z miasta, zrozumiałam, jak blisko, jak niebezpiecznie blisko byliśmy czechosłowackiej granicy. Od Cieszyna dzieliło nas nieco ponad trzydzieści kilometrów.
Oczywiście, o wojnie mówiło się od wielu tygodni, lecz moją rodzinę od połowy sierpnia zajmowała choroba taty. Od początku czerwca do połowy sierpnia byłyśmy z mamą w Krynicy, kurorcie górskim. Tata i Artur nie mogli nam towarzyszyć, a my wróciłyśmy po telegramie od taty, że ze względu na powagę sytuacji międzynarodowej lepiej wracać do domu. Tata czekał na nas dworcu, wstrząsnęło mną to, jak źle wyglądał. Doskwierało mu prawe ramię i zaniepokojona mama wezwała lekarza. Ten uznał, że tata przeszedł łagodny atak serca i kazał mu się natychmiast położyć do łóżka.
Nazajutrz wezwaliśmy do taty dwóch specjalistów. Tego samego dnia otrzymaliśmy depeszę od Leo, mieszkającego w Turcji brata mamy. Brzmiała tak: „Wybiła ostatnia godzina Polski. Niebezpiecznie dla Żydów. Wasze wizy czekają w ambasadzie w Warszawie. Namawiam, żebyście przyjechali bezzwłocznie”.
Mama włożyła depeszę do kieszeni fartucha i orzekła:
– Tata jest chory, to nasza główna troska.
Mieliśmy za wszelką cenę oszczędzać tacie nerwów i niepokojów, ostrzegaliśmy wszystkich gości, żeby nawet nie wspominali przy nim o możliwości wybuchu wojny. Mama nie zdawała sobie sprawy, jakiego losu moglibyśmy uniknąć, gdyby nie taiła przed tatą prawdy. A jednak 1 września, w piątek rano, gdy na niebie zaryczały niemieckie samoloty, chorujący od dwóch tygodni tata stanął twarzą w twarz z rzeczywistością. To był dzień pełen napięcia. W większości spędziłam go w sypialni rodziców, instynktownie trzymając się jak najbliżej taty.
Pod koniec tego pierwszego dnia nikt nawet nie tknął kolacji, nikt nie miał ochoty iść spać. Mama usiadła na krześle obok łóżka taty, a my z Arturem wyglądaliśmy przez okno. Konie i wozy wyładowane uciekinierami nadal przetaczały się na wschód. Gdzieniegdzie w wieczorne niebo wystrzeliwała flara, jak krew strzykająca z rany, i nagle cała dolina była skąpana w groteskowej czerwieni. Patrzyłam na rodziców. Tata wyglądał dziwnie, niemal bez życia. Żółte kwiaty na czarnej podomce mamy zdawały się płonąć. Na zewnątrz szczyty górskie rozbłysły na chwilę, a potem rozbrzmiały ogłuszającym hukiem, przez który szyby w oknach zagrzechotały jak zęby kościotrupa. Wszystko płonęło. Ponownie spojrzałam na mamę. Miękkie, pofalowane, ciemnogranatowe włosy przykleiły się jej do twarzy. Jej wielkie, ciemne oczy wyglądały na tle bladej skóry jak sadzawki bez dna. Ruchliwe usta były zastygłe i obce. Na naszych twarzach odbijał się czerwony blask. Jej wyglądała przez to nieznajomo. Oto mama, płonąca dziwnym ogniem zniszczenia, a na ulicy konie i wozy, furmanki i rowery sunęły w nieznane. Pewien mężczyzna niósł na plecach kozę, zapewne swoje jedyne mienie. Na rogu kilka kobiet tuliło do piersi niemowlęta, a obok jakaś stara chłopka robiła znak krzyża. Wydawało się, że w tym osobliwym, czerwonym świetle świat dobiegł końca. A potem niespodziewanie tata odezwał się do mnie:
– Idź, obdzwoń rodzinę, zobacz, co robią.
Zeszłam po schodach. Usiadłam przy aparacie z długą listą numerów w ręce. Zaczęłam od góry i systematycznie wykręcałam jeden po drugim, ale nikt nie odbierał. Telefony dzwoniły i dzwoniły. Wyobraziłam sobie, że w domach, które tak dobrze znałam, z każdym dzwonkiem jakiś znajomy przedmiot albo mebel przewraca się na podłogę.
Spanikowałam. Miałam wrażenie, że zostaliśmy sami w świecie umarłych. Wróciłam na górę. Rodzice i Artur najwyraźniej o czymś rozmawiali. Nagle przerwali.
– Nikt nie odbiera, prawda? – zapytał tata. Nie mogłam mówić. Skinęłam głową. Nie było sensu dłużej udawać. Tata pokazał, żebym usiadła na jego łóżku. Objął mnie lewym ramieniem.
– Dzieci – powiedział – liczyłem, że nigdy nie będę musiał o tym mówić, ale nadszedł czas, w którym muszę. Pamiętam, jakby to było wczoraj, krzyki rannych i blade oblicza ofiar zeszłej wojny. Nie sądziłem, że świat ponownie do tego dopuści. Wierzyłyście, że zawsze znajdę właściwe rozwiązanie na wszystko. A jednak was zawiodłem. Uważam, że powinnyście jechać. Mama właśnie mi powiedziała, że państwo Ebersohnowie pytali, czy nie zabrać was ze sobą, szukać schronienia w głębi Polski. Teraz, gdy najbardziej potrzebujecie mojej siły, jestem chory. Chcę, żebyście pojechały. Rozkazuję wam jechać! – Jego głos przybrał władczy ton, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Zauważyłam, jak Artur, na dźwięk nazwiska jego sympatii, podnosi oszołomiony wzrok. Był podobny do mamy, jeszcze bardziej niż zwykle, a jednak gdy wstał – wysoki, prosty, zdeterminowany – z jakiegoś powodu przypominał mi tatę.
– Nie! Zostaniemy razem – odparł niemal bez wahania.
Rodzice spojrzeli po sobie. Wydawało mi się, że ujrzałam w ich oczach ulgę i dumę.
– Miałem nadzieję, że tak powiesz – rzekł tata łamiącym się głosem – nie ze względu na mnie, ale dlatego, że nie chcę wypędzać dzieci ku nieznanemu. Wierzę, że Bóg pozwoli nam zostać razem, pod własnym dachem.
Wycieńczony opadł na poduszki. Był to dla niego zbyt wielki wysiłek, pokój zawisł w bezruchu i ciszy. To dziwne, lecz wszystkie hałasy na zewnątrz również ucichły, a my zauważyliśmy, że niebo nie jest już czerwone.

Gdy obudziłam się nazajutrz, wszystko było spokojne, jak zwykle. Mój pokój oświetlało jasne słońce. Jesienne kwiaty w naszym ogrodzie znajdowały się w pełnym rozkwicie. Drzewa uginały się pod ciężarem owoców. W moim pokoju wszystko było po staremu i co więcej, nawet tata wstał z łóżka. Trzymał rękę na temblaku, ale wstał, i było to tak cudowne, że nabrałam pewności, że cały poprzedni wieczór to tylko koszmar. Nie, nie do końca, bo w twarzach rodziców odczytałam coś, czego wczoraj w nich nie było.
Gdy spotkaliśmy się na dole przy śniadaniu, wszyscy zdawali się weseli. Tata żartował. Mama włączyła się w pozornie beztroskie przekomarzania. Nasza służąca odeszła, aby być z krewnymi. Tata zapytał żartobliwie, czy nie chciałabym jej pracy. Nikt nie wspominał o wojnie. Poszłam włączyć radio. Rozległo się głośne trzaśnięcie, ale poza tym milczało. Sprawdziłam telefon, sprawdziłam światła, ale prądu nigdzie nie było. W pewnym sensie to dobrze. Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym. To była cudowna, spokojna sobota. Lecz wieczór przyniósł furię, która zakończyła nasz ostatni spokojny dzień. Z dachów zaczęły padać sporadyczne strzały, próbowano opóźniać nieprzyjaciela, gdy nasza armia cofała się na Kraków. Szukaliśmy schronienia w piwnicy i przesiedzieliśmy w niej całą noc. Nad ranem strzały całkiem ucichły, z ulic zniknęły pojazdy polskich wojsk. Wyszliśmy do salonu na filiżankę herbaty. Usiadłam na kanapie niedaleko okna i widziałam na zewnątrz ludzi w ewidentnie wesołych, radosnych nastrojach. Rozmawiali i śmiali się, trzymali kwiat, wszędzie pstrykały aparaty fotograficzne.
– Mamo, popatrz – zawołał Artur. – Myślisz, że…? – Przerwał w pół zdania, nie ośmielił się wyrzec na głos nieprawdopodobnego.
– Nie – odparła mama i wtedy Artur wyjął z kieszeni zegarek. W spokój naszego domu wdarł się ryk motocyklu, zegarek upadł na podłogę. Była 9.10. 
Wyjrzałam ponownie. Na domu naprzeciwko powiewała swastyka. Mój Boże! Chyba byli przygotowani. Wszyscy oprócz nas wiedzieli.
Po drugiej stronie ulicy zaparkowała ciężarówka wypełniona niemieckimi żołnierzami. Nasi sąsiedzi częstowali ich winem i ciastami, i wołali upojeni radością: „Heil Hitler! Niech nam żyje Führer! Dziękujemy wam za wyzwolenie!”.
Nie rozumiałam. Nie potrafiłam pojąć, co się działo. Co ci ludzie wyrabiali? Przecież znałam ich całe życie. Zdradzili nas.
Poranna herbata wystygła na stole. Mama i tata wbili spojrzenia w ziemię. Ich twarze straciły wyraz. Tata wyglądał staro, jakby poszarzał. Ogromnie się zmienił.
Poczułam, że coś się pali. Rozgrzana bryłka węgla wypadła z wielkiego, zielonego pieca kaflowego na dywan. Pamiętałam, że rok czy dwa wcześniej stało się coś podobnego i mama była bardzo niezadowolona. Obróciła wtedy dywan, żeby przypalone miejsce znalazło się pod kanapą. Chciałam krzyknąć i ostrzec rodziców, ale gdy zauważyłam, jak wpatrują się w ten węgielek, głos uwiązł mi w gardle. Widzieli, że dywan się tli, ale jakby ich to nie obchodziło. Tata w końcu wstał i niedbale butem przesunął bryłkę z powrotem do paleniska. Nikt się nie odezwał.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam Trude, dziewczynkę, którą znałam od małego. Mieszkała z babcią w dwupokojowym mieszkaniu w naszej piwnicy; nie płaciły czynszu, a w zamian prały. Teraz patrzyłam, jak wynosi kwiaty z naszego ogrodu, białe róże, z których byliśmy bardzo dumni, bo zakwitły poza sezonem. Wręczyła je żołnierzowi, łamiąc sobie język obcym jej niemieckim: „Heil Hitler!”. Żołnierz wyciągnął po nie ręce, ale ktoś zaproponował mu sznapsa. Wybrał kieliszek i kwiaty spadły na zakurzoną drogę, gdzie stratowały je żołnierskie buciory. Zaczęłam szlochać, płakać, w jednym wybuchu dałam upust wszystkim emocjom i lękom. Artur przyskoczył do mnie i zasłonił mi usta dłonią.
– Oszalałaś? Chcesz nas wydać?
Ale ja go nie słyszałam. Łzy przynosiły ulgę. W końcu mnie spoliczkował.
– Pomyśl o życiu taty. Jak usłyszą twój płacz… 
Nie potrafiłam przestać. Ściągnął mnie z kanapy, pociągnął przez dywan i dalej na górę, mama zasłaniała mi usta. Położyli mnie do łózka, gdzie płakałam w poduszkę, aż w końcu opadłam z sił i zasnęłam.
Wczesnym popołudniem pijany, rozradowany motłoch nadal świętował „wyzwolenie” i skandował ochryple „Heil Hitler!” Rodzice się uśmiechali. Ich uśmiechy sprawiały mi większy ból niż mój płacz i łzy. Wtedy nauczyłam się, że nie mogę płakać zawsze, gdy mam na to ochotę. Zrozumiałam, że staliśmy się wyrzutkami, obcymi we własnym domu, że znaleźliśmy się na łasce ludzi, którzy dotąd byli naszymi przyjaciółmi. Choć miałam tylko piętnaście lat, nabrałam silnego przeświadczenia, bardziej przeczucia niż faktycznej świadomości, że nasze życia już do nas nie należą, że znalazły się w rękach śmiertelnego wroga.
Mama, nawet tej pamiętnej niedzieli, próbowała utrzymać normalny rytm naszego życia. Przygotowała kolację i jak zawsze zasiedliśmy do stołu, ale nikt nie był w stanie jeść, a gdy odnieśliśmy talerze, siedzieliśmy w milczeniu. Artur przyniósł książki o wojnie 1914 roku i szukał informacji o jej przebiegu, ale tata powiedział:
– To inna wojna. Ta na pewno nie będzie trwać cztery lata. Cztery tygodnie, najwyżej cztery miesiące.
Wczesnym wieczorem, gdy wrzaski pijanej tłuszczy ucichły, rozległo się pukanie do drzwi i szept: „Pani Weissmann”. Przyszła nasza sąsiadka, pani Bergmann, matka mojej przyjaciółki Escii. Cała blada i roztrzęsiona przekazała nam wieści, że po południu wyłapano na ulicach kilku Żydów, zamknięto ich w świątyni, a świątynię podpalono. 
– Mężczyźni niech lepiej się nie pokazują – wyszeptała.
Tata i Artur spojrzeli po sobie. Mama otworzyła szeroko oczy i zacisnęła usta. Lecz pani Bergmann powiedziała nam też, że rano Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Posiedziała u nas tylko kilka minut. Gdy wstała, aby wyjść, mama odprowadziła ją do drzwi, a ja poszłam za nimi. Zanim otworzyły, obie chwilę nasłuchiwały, w końcu pani Bergmann przekręciła gałkę, rozejrzała po ulicy i wyślizgnęła się przez wąską szparę.
Siedzieliśmy w ciszy jeszcze jakiś czas, nikt nie chciał iść do łóżka. Pierwszy raz w życiu widziałam mamę wieczorem bez robótek ręcznych w dłoniach. Po prostu siedziała i patrzyła w ogień. Po chwili wstała, na zewnątrz spokojna i majestatyczna, i rzekła:
– Idźcie do łóżek, dzieci. Wszyscy potrzebujemy wypoczynku i siły.
Jej słowa zwieńczyły pierwszy dzień pod niemiecką władzą.

Następnego ranka siedziałam z mamą w kuchni, gdy przyszła jedna z sąsiadek, pani Rösche, z drugą kobietą, i zapytała o naszą flagę Polski.
– Flagę? – zaciekawiła się mama. – A po co?
– Żeby zrobić z niej niemiecką. To bardzo proste. Czerwony pas zostawia się jak jest, w białym wycina koło i naszywa na nie czarną swastykę.
Mama pobladła. Z początku szukała flagi w miejscach, w których na pewno jej nie było. Jednak wiedziała, że będzie musiała oddać ją prędzej czy później, więc w końcu ją przyniosła. Pani Rösche zapytała, czy mama ma czarną wstążkę. Odparła, że nie. Ta druga sąsiadka wyjęła kawałek. Powiedziała, że to bardzo porządna wstążka – że wytrzyma długie lata!
Obie sąsiadki spędziły cały ranek na szyciu nazistowskiej flagi na nasz budynek. Do dziś nie wiem, po co to robiły. Może myślały, że jeśli jej nie wywiesimy, to ściągniemy na siebie kłopoty.
Kiedy skończyły, zapytały:
– A gdzie Artur? Jest wysoki i silny. Mógłby ją powiesić.
Mama kazała mi go zawołać. Znalazłam go w jego pokoju, leżał osowiały, w apatii. Gdy powiedziałam, czego od niego chcą, krzyknął:
– Wszyscy postradaliście rozumy? Nigdy! Nigdy! Nie zrobię tego. Powiedz im, że mnie nie ma, powiedz, że umarłem, powiedz cokolwiek!
Więc pani Rösche i ta druga kobieta z wysiłkiem zamocowały flagę w niewielkim otworze w dachu. Całymi dniami nie potrafiłam się zmusić, aby wyjrzeć przez okno, a gdy w końcu to zrobiłam, ujrzałam krwistoczerwony symbol ogarniającej nas tragedii.


Rozdział 2

Podbicie Polski zajęło Niemcom osiemnaście dni, osiemnaście krótkich dni. Nadzieje, że nasze wojska odrzucą wroga, zniknęły. Upadł Kraków, później Warszawa, a Niemcy nacierali dalej, nie napotykając oporu. Czekaliśmy już tylko na wyzwolenie przez Francję, Rosję lub, na co liczyli tylko najwięksi optymiści, Anglię albo Amerykę. Krążyło wiele opowieści o nazistowskiej brutalności na wschodzie. Niektórzy Żydzi wracali z zajętych przez nich terenów. Po tym, co tam widzieli, uznawali, że bezpieczniej jednak wrócić do domów. Część zastawała je opustoszałe, większość cennych rzeczy zniknęła. Inni okrywali, że ich domy zajęły dawne pokojówki, które teraz łaskawie pozwalały właścicielom spędzić noc lub dwie na poddaszu albo w piwnicy, może nawet zabrać jakieś ubrania, a później ich przepędzały.
My mogliśmy zostać w naszym wygodnym domu, więc przynajmniej na razie nie musieliśmy martwić się o schronienie. Dla taty kolejny powód do trosk stanowiły jego interesy. Był współwłaścicielem zakładu produkującego futra. Często wspominał, że chciałby udać się do fabryki i zobaczyć, co się z nią dzieje, ale podobnie jak my wiedział, że byłoby to zbyt niebezpieczne. Słyszeliśmy historie o ludziach, którzy wychodzili sprawdzić, co z ich zakładami lub sklepami, a na miejscu zastawali Gestapo albo SS. I już nie wracali. Bielsko było przede wszystkim ośrodkiem włókienniczym, a znakomite tkaniny zapewniły mu międzynarodową reputację. Dzięki licznym, wykwalifikowanym robotnikom standard życia był tam wyższy niż w niemal wszystkich innych zakątkach Polski. Wypełnione tkaninami magazyny były rozsiane po całym mieście. Za Wehrmachtem przyszli niemieccy urzędnicy i wszystko zarekwirowali.
Mieszkaliśmy na obrzeżach Bielska w dużym, wygodnym, ponad stuletnim domu. Choć dziadkowie po ślubie unowocześnili piętro, w suficie kuchni nadal widniały odkryte belki, stało w niej wielkie palenisko, betonowe frontowe schody były spękane, okna zamykały się na staromodne rygle, a zamiast centralnego ogrzewania we wszystkich pokojach stały wysokie kaflowe piece. Kochałam ten dom, bo miał wiele tajemniczych zakamarków, zimne klepisko w piwnicy (udawałam, że piwnica to lochy), zabałaganiony strych, po którym hulał wiatr, i najlepsze, czyli rozległy ogród z sadem. Częściowo ciągnął się wzdłuż ściany domu i krawędzi dziedzińca, gdzie stało kilka szop, w których trzymaliśmy drewno i kurczaki. Jednak prawdziwy ogród mieścił się za domem – na skarpie, bo całe Bielsko było rozrzucone na przedgórzu Beskidów. W naszym ogrodzie rosło dobrze ponad sto drzew owocowych, niektóre bardzo wiekowe, i niezliczone jagodziny, stała w nim obrośnięta liliami altana. Granicą ogrodu płynął wąziutki strumyk. Znałam i kochałam ten dom przez całe życie.
Wszystkim mieszkańcom kazali zarejestrować się na policji, a niedługo później Żydzi otrzymali zawiadomienia, że mają oddać całe złoto, samochody, rowery, odbiorniki radiowe, a nawet wieczne pióra. Z początku nie przywiązywaliśmy do tego wielkiej wagi, bo nadal mogliśmy mieszkać we własnym domu, ale wkrótce życie zaczęło robić się coraz trudniejsze. Jedno z nas zawsze czuwało przy oknie, a gdy przed domem zatrzymywał się samochód lub do drzwi zbliżał się budzący grozę zielony mundur, tata i Artur chowali się w szafie.
Początkowo nie chcieli dać się zastraszać. Tata bez przerwy protestował: „Nikomu nic nie zrobiłem. Nie boję się”.
Ale mama rzucała mu tylko wymowne spojrzenie, i to wystarczało. Czekał w kryjówce, dopóki nie dawaliśmy znaku, że zagrożenie minęło. Słyszeliśmy o wielu przypadkach, że niemieccy żołnierze wchodzili do domu o coś wypytać, a gdy tylko drzwi otwierał mężczyzna, zabierali go ze sobą. Zwykle słuch o nim ginął. Rzadko udawało nam się zjeść posiłek bez jakichś zakłóceń. Zrobiliśmy się nerwowi. Nauczyliśmy się z daleka odróżniać odgłosy znienawidzonych buciorów.
Jakoś na początku listopada rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Nie złowrogie dudnienie Gestapo, lecz niepewny, jakby zmęczony sygnał. To dziwne, jak wiele może wyrazić pukanie, jeśli dobrze się wsłuchać. Przyszła siostra mojego ojca Anna z córką Miriam, która była w moim wieku.
Ciotka objęła ojca i zawołała:
– Bracie, bracie, dziękuję Bogu, że cię dla mnie uchował. Zostałam sama.
Szlochając, opowiedziała nam swoją tragiczną historię. Dwa dni przed wejściem Niemców do Bielska wraz z mężem i dwójką dzieci wsiadła do pociągu, próbując dostać się do Warszawy. Pociąg był atakowany dzień i noc. Mówiła, że gdy w lokomotywie zabrakło wody, pasażerowie stworzyli ludzki łańcuch i podawali kubki, butelki i wiadra, a naokoło leżeli martwi i konający. Nocami kulili się pod siedzeniami, nad ich głowami świstały bomby i kule. Podczas jednego z takich ataków ciotka Anna omdlała, więc jej mąż poszedł zdobyć trochę wody, żeby ją ocucić. Gdy się oddalił, spadła bomba. Kiedy ciotka oprzytomniała, ktoś powiedział jej, że został rozerwany na strzępy. Nie wrócił. Niemcy w końcu trafili lokomotywę i pociąg stanął na dobre. Ciotka Anna z dziećmi wysiadła i ruszyli pieszo na wschód. Wspominała, że była to upalna, wyczerpująca noc. Księżyc jasno świecił, widzieli całe tysiące spadających gwiazd, a przynajmniej tak sądzili. Wraz z innymi, którzy im towarzyszyli, wzięli to za dobry omen i szli dalej, przez niewielką piaszczystą pustynię pod Kielcami. Nocą maszerowali wytrwale ku lasom, licząc, że wybawią ich od upału, lecz wpadli na zwartą linię niemieckich karabinów i żołnierzy. Okazało się, że wzięli niemieckich spadochroniarzy za spadające gwiazdy. Wtedy po raz pierwszy poznali na własnej skórze nazistowskie metody. Niemcy najpierw oddzielili mężczyzn od kobiet. Ciotka Anna tuż po stracie męża musiała patrzeć, jak zabierają jej dziewiętnastoletniego syna. Ustawili mężczyzn w szeregu i rozstrzelali co dziesiątego. Pozostałych poprowadzili w stronę lasu. Ciotka pobiegła na miejsce masakry poszukać syna. Kilka serii z karabinów maszynowych uciszyło jęki i zawodzenia agonii, gorący wiatr poniósł echo kroków odchodzącej niemieckiej kolumny.
Wkrótce została już tylko cisza, przerywał ją cichy płacz piętnastoletniej Miriam.
– Mamo, ale ja chcę żyć.
Pieszo, konno, wozem i samochodem udało im się wrócić do Bielska. Ciotka Anna poszła najpierw do własnego domu, ale już zamieszkała w nim niemiecka rodzina. Obeszła domy przyjaciół i krewnych, ale wszystkie stały puste. Nie ośmielała się wierzyć, że my będziemy u siebie. Odnalezienie ojca wlało w nią nową nadzieję. Nie licząc ubrań, które miały na sobie w ucieczce, nie miały żadnej odzieży. Nie miały jedzenia ani pieniędzy. Straciły wszystko. Oczywiście u nas zostały.
Następnego dnia usłyszeliśmy kolejne niepewne pukanie do drzwi. Gdy ciotka Anna ujrzała w progu syna, wprost nie mogła uwierzyć! To było wręcz niemożliwe. Człowiek rzadko zaznaje w swym zwykłym życiu takiego szczęścia. Tak, to naprawdę był Dawid, wybiedzony i głody, ale żywy. Opowiedział nam swoją część historii. Gdy zabrali go do lasu, jego grupa natknęła się na ukrywający się tam oddziałek polskich żołnierzy. Podczas chaotycznej strzelaniny wdrapał się na drzewo i siedział tam, dopóki Niemcy nie poprowadzili reszty więźniów głębiej w las. Niedługo później niezliczone strzały zabrały życie wielu ludziom. Dawid zaczekał na swej zamaskowanej grzędzie do zmroku, a potem ruszył w drogę powrotną. Szedł głównie nocami, za dnia odpoczywał lub spał pośród drzew albo w stodołach, aż w końcu dotarł do domu.
Dni mijały jak sen, jak choroba bez nadziei na ozdrowienie. Żyliśmy z dnia na dzień, szczęśliwi po każdej nocy, w której u drzwi nie stanęło Gestapo.
Artur bardzo się zmienił. Stał się niespokojny i drażliwy. Książki, które normalnie zajmowały mu całe dnie i noce, leżały nietknięte. Nie wychodził z pokoju. Nie golił się. Nie przebierał. Prawie nie jadł i wątpię, czy spał.
Pewnego ranka, jakieś sześć tygodni po wybuchu wojny, Artur ogłosił przy śniadaniu, że chce iść do centrum miasta. Wszyscy wiedzieliśmy, że to groźna wycieczka. Rodzice rozumieli, że chciał sprawdzić czy Gisa, jego sympatia, wróciła ze środkowej Polski, dokąd w dniu inwazji uciekła z rodzicami. Nie sprzeciwili się, powiedzieli, żeby sam decydował. Ogolił się i poszedł. Powiedział tylko:
– Idę.
Rodzice patrzyli zza zasłon, jak odchodził ulicą. Kiedy mijał niemieckiego żołnierza, zadrżeli i złapali się za ręce. A gdy żołnierz nie zwrócił na niego uwagi, odetchnęli z ulgą. Czekaliśmy niecierpliwie, zastanawialiśmy się, kiedy Arthur wróci, braliśmy pod uwagę, że Gisa może rzeczywiście wróciła, więc nie będzie go dłużej. Podczas tego niekończącego się czekania dwa razy widziałam, jak tata połyka pigułki. Mama bez zapału zajmowała się obowiązkami domowymi. Nie rozmawialiśmy o Arturze ani o jego misji, lecz byliśmy boleśnie świadomi, że każda minuta może przynieść mu tragedię.
Gdy już wydawało się, że minęła cała wieczność, w końcu go ujrzeliśmy, zmierzał nieśpiesznie w stronę domu. Bez słowa poszedł do swojego pokoju.
Zajrzałam do niego po kilku minutach. Na nocnym stoliczku stało zdjęcie Gisy. Była śliczną dziewczyną, miała wielkie ciemne oczy i blond włosy. Uśmiechała się z tego zdjęcia, ale gdy przyjrzałam się dokładniej, jej uśmiech nagle wydał mi się smutny.
Nauczyłam się już, aby nie zadawać pytań, stałam więc cicho i czekałam, aż Artur sam się odezwie.
– Przed jej domem leży martwy pies.
– Rolf? – zapytałam.
Skinął głową.
– Zastanawiam się – rzekł po chwili – czy zdechł z głodu, zabili go, czy ruszył za Gisą i jej rodziną, zgubił ich w drodze i wrócił tu zdechnąć.
Gordian. Kara - Melissa Darwood - Fragment powieści

Gordian. Kara - Melissa Darwood - Fragment powieści

Melissa Darwood


GORDIAN
Tom II
KARA








Dla tych, którzy czekali na Gordiego i Kirę. 
Życzę Wam porywającej lektury! 



α
Porażająca światłość. Ból nie do zniesienia. Brak powietrza. 
– Oddychaj, proszę, oddychaj! – dobiega do mnie kobiecy głos, niski, gardłowy. 
Coś miażdży mi klatkę piersiową. Mam ochotę zawyć z bólu, lecz nie mogę nawet oddychać, a co dopiero mówić o krzyku. 
Zamazane oblicze, które pochyla się tuż nade mną, okalają ciemne włosy. Mokre kosmyki suną po mojej twarzy. Pachną morzem i wiatrem. 
Kolejny ucisk w żebrach. Czuję żar w oskrzelach, palą żywym ogniem. Zatyka mnie, próbuję nabrać powietrza. Usta wypełnia słony, rybi smak. Odchylam się na bok i wykasłuję morską wodę. Powieki opadają ciężko, nie mogą znieść jasnego światła. W uszach mi dzwoni, we łbie napierdala orkiestra dęta. Ból głowy jest tak potężny, jakby zwaliło się na nią sto cegieł. Czuję tępe pulsowanie w skroniach i potylicy. 
Leżę na boku. Słońce pali mnie w twarz, piasek wdziera się do ust, słyszę odgłos fal uderzających o skały. 
– Odezwij się do mnie. – Znajomy głos sprawia, że moje powieki unoszą się powolnie. Świat wiruje, wszystko jest zamazane. Przekręcam się z trudem na plecy, czekam, aż wzrok przyzwyczai się do jasności.
Wreszcie obraz się wyostrza. Widzę przed sobą Kirę. 
Wpatruje się we mnie przestraszona. Włosy przykleiły jej się do twarzy, pierś unosi się i opada pod wpływem szybkiego oddechu. Patrzę na nią, starając się odtworzyć w pamięci ostatnie wspomnienia: nagły zwrot łodzią, uderzenie, zanurzenie, krzyż na rzemieniu, unoszący się przed moimi oczami…
I nagle czuję, jak piekielny ból miażdży mi czaszkę. Mimowolnie wydaję z siebie stłumiony jęk. Przed oczami pojawiają się ciemne plamy, chce mi się rzygać. Kira mówi coś do mnie, lecz jej głos, tak jak twarz, rozmywają się w czarnej otchłani. Tracę świadomość, popadam w niebyt. 

Siedzę na skraju urwiska. Słońce stoi w zenicie. Kolory wokół mnie są tak jaskrawe, nasycone, wyraziste, że aż nienaturalnie idealne. Niebo jest niebieskie i czyste jak akwamaryn. W oddali majaczą białe jak śnieg wapienne skały. W dole turkusowe morze obija się o ich brzeg, spieniając wodę. U podnóża, w szczelinie, dostrzegam ukrytą zatokę, z wąską plażą o piaszczystym brzegu. Zauważam na niej dwoje ludzi. Młoda kobieta w kostiumie kąpielowym wdrapuje się na skałę. Mężczyzna leży nieruchomo na piasku. Tętno mi przyśpiesza, gdy dociera do mnie, że to przecież ja i Kira. Moje ciało napina się momentalnie, zrywam się na nogi, odwracam i zamieram. Przede mną stoi mój sobowtór. Patrzy na mnie uśmiechnięty z rękoma założonymi na piersi. 
– Ale się narobiło… – Zaczyna drwiącym głosem, a ja momentalnie się gotuję. Rzucam się na niego i powalam na ziemię. Unieruchamiam jego korpus nogami, a potem okładam go pięściami po gębie, która wygląda dokładnie tak, jak moja. Uderzam z całej siły, cios za ciosem, masakrując mu facjatę. Dociera do mnie zapach krwi, co więcej, mam wrażenie, że czuję w ustach jej rdzawy smak. Spływający po czole pot przysłania mi pole widzenia, czuję szczypanie pod powiekami. Ocieram szybko oczy przedramieniem i dostrzegam na nim krew. Wykonuję ten sam ruch drugą ręką i widzę, że ta też pokryta jest szkarłatem. 
Sobowtór zaczyna się śmiać, głośno, szaleńczo. Czuję, jak piecze mnie twarz, pieczenie przechodzi w pulsujący ból, który rozchodzi się po powiekach, wardze, żuchwie.
– Brawo, wnusiu. Dałeś popis. – Sobowtór patrzy na mnie spod zapuchniętych, pokrwawionych powiek. Z jego rozciętych warg nie schodzi szyderczy uśmiech. – Mnie się nie da pokonać. Żadna siła mnie nie powstrzyma. A ty jesteś już prawie całkowicie mój. Zawsze byłeś mój, genów się nie oszuka. Gdybyś tylko zaczął mnie jeszcze słuchać… 
Silny ból rozchodzący się po całej czaszce jest nie do zniesienia. Obraz się rozmazuje, jest mi niedobrze, wszystko wokół wiruje, słyszę jęk. 
Przebudzam się i orientuję, że to ja jęczę. Leżę na boku, twarzą na piasku i czuję czyjś dotyk: ktoś głaska mnie po głowie. To mi pomaga. 
– Śpij… – Słyszę za sobą szept. Jest kojący, dzięki niemu czuję się spokojny, rozluźniony, zyskuję świadomość ciała. Kira leży wtulona w moje plecy i przesuwa palcami po moich włosach. Czuję ciepło bijące od jej ciała, słyszę jej każdy oddech przemykający po moim karku. Uchylam nieznacznie powieki. Wokół jest ciemno, blask księżyca odbija się od morza. Jego szum i dotyk Kiry wprowadzają mnie w błogi stan. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio czułem się taki wyciszony. Jakbym nie był sobą. Powieki opadają ciężko. Zasypiam. 
Widzę mamę w korytarzu naszego mieszkania. Płacze, ubiera się pośpiesznie. Ma lekko zaokrąglony brzuch okryty luźną tuniką. Wiem, że to sen, bo na ścianach wiszą stare tapety, których nie ma tam od co najmniej dziecięciu lat. Z pokoju dynamicznym krokiem wychodzi ojciec – kolejny dowód na to, że to, co widzę, nie dzieje się naprawdę. To jakaś pieprzona mara. Mimo to puls mi przyśpiesza, gdy widzę jego zaciętą gębę. Odzywa się, a jego słowa są jak cios w żołądek.
– Powtarzam ci ostatni raz, masz usunąć ciążę. – Wskazuje na matkę paluchem i zaciska szczęki. 
Łzy płyną jej po policzkach. 
– Nie rozumiem, dlaczego go nie chcesz. Przecież mówiłeś, że mnie kochasz. – Drżącymi dłońmi oplata szal wokół szyi. 
– Kocham cię. – Ojciec łapie ją za ramiona. – Dlatego nie mogę pozwolić, żebyś urodziła to dziecko. 
– To dziecko? Mówisz tak, jakby nie było nasze, jakby było obce. To jest owoc naszej miłości. 
– Nie! – Potrząsa nią, jakby chciał ją ocucić. – Ja nie powinienem mieć dzieci. Ja nie mogę mieć dzieci. 
– Możesz i będziesz miał, Nikosie. Dlaczego nie chcesz go pokochać tak jak mnie?
– Bo genów się nie oszuka. Nie powinienem był pojawić się na tym świecie i on też nie może się urodzić. Jest przeklęty, tak jak ja. – Puszcza ją, ramiona mu opadają, jakby przygniótł je ogromny ciężar. 
– Co ty mówisz? – Mama wpatruje się w niego, próbując go zrozumieć. 
– Jestem opętany. Zabiłem człowieka. Zabiłem, kurwa, człowieka i on też w końcu kogoś zabije! 
– Oszalałeś… – Mama zapina pośpiesznie kurtkę. W jej oczach widać strach, rozpacz. – Nie będę tego słuchać. Urodzę to dziecko, Nikosie, pogódź się z tym. – Łapie za klamkę i wybiega z domu. 
Taboret z przedpokoju uderza z łoskotem o drzwi. Wściekły wrzask ojca roznosi się echem po klatce schodowej.    
Słyszę wołanie. Kobiecy głos. Nie wiem, czy to nadal sen czy rzeczywistość. 
– Tutaj! Pomocy! 
Chcę się ruszyć, lecz ciało mam ociężałe jak głaz. Jest mi diabelnie gorąco, mam sucho w ustach, jestem cholernie spragniony. Język jest zdrętwiały niczym kołek. 
– Gordian, obudź się… – Słyszę zachrypnięty głos Kiry zagłuszany przez odgłos przypominający wycie silnika. 
Uchylam powieki, razi mnie słońce, nic nie widzę. 
– Przypłynęła łódź… – Ekscytacja w jej głosie sprawia, że moje ciało nieco się ożywia. Nachyla się nade mną, rzucając cień na moją twarz. – Dasz radę wstać? – Przesuwa dłonią po moim ramieniu. 
Łeb mnie napierdala, nie mam ochoty ruszać się z miejsca. Lecz jakaś część mnie każe mi się wziąć w garść. 
– Gordian, słyszysz mnie? – Kira ujmuje moją twarz w dłonie i zagląda mi w oczy. W jej spojrzeniu jest coś, co sprawia, że serce szybciej pompuje mi krew. 
– Daj mi kilka sekund – mówię zachrypniętym głosem, po czym wstaję powoli, kuląc się jak jakiś jebany inwalida. 
Kurwa, już drugi raz wychodzę na mięczaka przy Kirze. Usiłuję utrzymać równowagę, choć kręci mi się w głowie. Kira łapie mnie w pasie, żebym nie upadł. Staram się nie wspierać na jej ramieniu. Koniec z tym, choćby świat się walił, już więcej nie zrobię z siebie przed nią fujary. 
– Zostaw. Sam dam radę – cedzę przez zęby, zataczając się po piachu jak pijak. Muszę jakoś stłumić mdłości i ten piekielny ból głowy. Widzę przed sobą jacht motorowy z brytyjską flagą, który dryfuje przy brzegu. Dziewczyna mniej więcej w moim wieku, w przeciwsłonecznych okularach i bikini, patrzy w naszą stronę. W tym samym czasie idzie do nas jakiś fagas w średnim wieku z obwisłymi cycami, oponą tłuszczową w pasie, w czapce z daszkiem, polówce i szortach w palemki. 
 Jakim pieprzonym cudem udało im się w ogóle dobić do brzegu? – pytam sam siebie i dopiero teraz się orientuję, że w ogóle nie ma wiatru. Morze jest spokojne, gładkie jak tafla lodu. 
– Co się stało z waszą łodzią? – pyta koleś po angielsku z brytyjskim akcentem i podchodzi do mnie, rozglądając się wokół. 
– Wpierdolona przez mureny – odpowiadam. 
– Co? 
– Takie ryby, Einsteinie. – Zataczam się mimowolnie. 
– Gordian – upomina mnie Kira i łapie w pasie. 
– Mówiłem, że dam sobie radę. – Odpycham ją, po czym zmierzam wężykiem w stronę łodzi. 
– Przepraszam, mój brat źle się czuje. Mieliśmy wypadek… – tłumaczy facetowi, lecz ja nie słucham jej dalszego wywodu, bo w głowie dudni mi tylko jedno słowo. 
– Brat? – przerywam jej w połowie zdania. – Brat? 
Kira mruga do mnie. 
– Dlaczego do mnie mrugasz? – Czuję, że zaczynam się gotować. Nie dosyć, że rozpierdoliłem łódź, za którą będę musiał wybulić milion monet, i czuję się, jakbym kręcił się bez ustanku na diabelskim młynie, to Kira jeszcze wyjeżdża z braterskim tekstem. 
– Jezu, Gordian. Daj mi mówić… – Chwyta mnie za ramię, ściska biceps, jakby chciała mnie uciszyć, po czym uśmiecha się do fagasa. – Jesteśmy przybranym rodzeństwem. Wybraliśmy się na wycieczkę i nasza łódź motorowa się wywróciła. Zabrał ją odpływ. Spędziliśmy na plaży wczorajszy dzień i całą noc. Moglibyśmy zabrać się z wami do najbliższej przystani? 
Koleś otwiera szeroko oczy, jakby odnalazł Toma Hanksa z Wilsonem z Cast Away. 
– I nic nie piliście i nie jedliście od wczoraj?
– Tobie też dobrze zrobiłaby taka głodówka – zauważam, a Kira niemal miażdży mi ramię w żelaznym uścisku. 
– Przepraszam na moment… – Rzuca Brytyjczykowi zdawkowy uśmiech i ciągnie mnie pod skałę wyrastającą z płycizny. 
Idę za nią, a świat wiruje. Chce mi się śmiać z całej tej sytuacji. Miałem zrobić wrażenie na Kirze, a zrobiła się wielka kupa.
– Co ty odwalasz? – Puszcza moje ramię. W jej oczach dostrzegam gniew. Dopiero teraz zauważam, że ma podkrążone powieki, a na jej twarzy widać zmęczenie. – Jeśli chcesz tu zostać sam, to śmiało, ubliżaj dalej facetowi, który może ocalić nam tyłki – mówi do mnie głośno i ze złością. 
Zerkam na fagasa, który najwyraźniej przedstawia cały obraz swojej pannie, bo ta z niedowierzaniem kręci głową, jakbyśmy przetrwali miesięczny pobyt na bezludnej wyspie. 
– Przez swoją próżność i pewność siebie omal nas nie zabiłeś – ciągnie Kira. – Najpewniej masz wstrząśnienie mózgu, bo chodzisz jak pijany i zachowujesz się jak totalny cham. Oboje jesteśmy odwodnieni, więc jeśli on nas stąd nie zabierze, nie wiem, ile jeszcze tu wytrzymamy. 
Patrzę na nią i dociera do mnie sens jej słów. Przesuwam dłonią po włosach. Kurwa, ona ma rację. Przypominam sobie klatka po klatce wczorajsze zdarzenie i coś mi nie pasuje. To, w jaki sposób łódź stanęła dęba, było totalnym przeciwieństwem jakichkolwiek praw fizyki. Nie mam jednak siły na dochodzenie teraz, czy to była wina podmuchu wiatru czy zbyt dużej fali. 
– Mieliśmy pecha – stwierdzam. 
– Pecha? – Kira marszczy czoło. – Widziałeś, jaki był wiatr, więc dlaczego z takim uporem brnąłeś łodzią do brzegu? Dlaczego nie odpuściłeś? 
Zaciskam szczęki. 
– Bo ja nigdy nie odpuszczam, zwłaszcza gdy czegoś pragnę – mówię i przybliżam się do niej. Mam zawroty głowy, lecz staram się je ignorować. – Dlaczego nazwałaś mnie bratem? 
Unosi brew. 
– Bo chciałam wzbudzić w facecie litość. Rodzeństwo rozbitków brzmi zdecydowanie lepiej niż rozbici kochankowie. 
– Nie jesteśmy kochankami. 
Jeszcze nie. 
Kira wywraca oczami. 
– Ale on tego nie wie, więc wolałam powiedzieć mu, że jesteś moim bratem. – Patrzy na mnie, po czym przesuwa dłonią po moich włosach. – Jesteś zmęczony, nie zachowujesz się normalnie i jeszcze ta twoja głowa. Skończmy już z tym i wracajmy do twojej babci. 
– Co z moją głową? 
– Z tyłu masz ranę, musiałeś się mocno uderzyć, kiedy łódź się wywracała.
Unoszę dłoń, dotykam potylicy i czuję rozcięcie. Skóra szczypie mnie jak cholera. Przypominam sobie, że faktycznie srogo zajebałem, lecz nie pamiętam, co było potem. Mogę się tylko domyślać, że wpadłem do wody. 
– Jak znalazłem się na brzegu? 
– Wyciągnęłam cię i reanimowałam. 
– Co? 
– Po tym, jak łódź się wywróciła, szukałam cię na powierzchni. Nurkowałam, jednak nigdzie nie mogłam cię dostrzec. Aż w końcu ujrzałam światło. Zanurzyłam się głębiej i wtedy zobaczyłam, jak bezwładnie idziesz na dno, podczas gdy ten krzyż… – bierze do ręki drewniany wisiorek, który wciąż mam na szyi – jarzył się bladoniebieskim światłem, jakby wskazywał mi drogę do ciebie. – Spogląda na mnie pytającym wzrokiem. – Nie wiedziałam, że jest fluorescencyjny. 
– Obstawiam bioluminescencję, pewnie obsiadły go jakieś glony – odpowiadam machinalnie, zrywam rzemień i wkładam wisiorek do kieszeni. Moje myśli zaprząta teraz coś innego niż jakiś pieprzony krzyż. Dociera do mnie, że Kira uratowała mi życie. Gdyby nie ona, byłbym trupem. I to przez własną głupotę.



b
Płyniemy w zawrotnym tempie, morze jest na tyle spokojne, że łódź nie kołysze się na boki. Mimo to mam jakąś pieprzoną chorobę morską. Kręci mi się w głowie, brakuje apetytu, zwymiotowałem całą wodę, którą dostałem od turystów. Kira patrzy na mnie z niepokojem, kiedy zataczam się na rufie od lewej burty do prawej. 
– Może usiądź, bo zaraz wypadniesz! – przekrzykuje odgłos silnika. 
– Nie wypadnę. – Muszę stać, bo znowu się porzygam. Nie mogę znieść litości, którą dostrzegam w jej spojrzeniu. Ostatnie, czego mi potrzeba, to użalanie się nade mną. Staram się skupić wzrok na wybrzeżu wyspy, na szczegółach: jaskiniach, domach u stóp wzgórz, mijanych motorówkach. Wszystko płynie, faluje.  
Kira wychyla się w stronę zabudowanej konsoli, gdzie siedzą Brytyjczycy. Już wyłapałem z ich rozmów, że facet ma na imię Logan, a babka Ruth. 
– Daleko jeszcze do tej przystani? – pyta ich, czym tylko mnie wkurwia. Przecież znam tę wyspę lepiej niż ci nadziani turyści. 
– Jakieś dwadzieścia minut – słyszę odpowiedź.
– Najbliższa przystań jest jakieś dwa kilometry stąd – koryguję. 
Brytyjczycy patrzą na siebie, po czym przenoszą pytający wzrok na Kirę. 
– Ale przecież z zatoki będziecie mieli najbliżej do szpitala – mówi fagas.
– Szpitala? – pytam i czuję, że chuj mnie strzela. Nie pójdę do żadnego pierdolonego szpitala, a na pewno nie w Grecji, gdzie na przyjęcie będę czekał cały dzień. Na prywatny szpital szkoda mi kasy, więc sprawa rozwiązana. – Kto was w ogóle, kurwa, o to prosił?
– Ja ich o to prosiłam – odpowiada Kira. – Skontaktowałam się przez komórkę Logana z moim tatą, kiedy wymiotowałeś. Mają podjechać do nas do szpitala… 
Na moment serce mi się zatrzymuje. 
– Coś ci dolega, że chcesz jechać do szpitala? – dopytuję, przyglądając jej się uważnie. Mój mózg w przyśpieszonym tempie analizuje, czy przypadkiem Kirze nic się nie stało podczas wypadku. 
– Mnie nie, ale tobie tak. 
Serce zaczyna ponownie bić, narasta we mnie frustracja. Kira powiadomiła rodziców bez konsultacji ze mną. Pewnie są już w drodze. Znając matkę, umiera ze strachu o swojego Gordiego, a Serafin obmyśla jakąś moralizatorską gadkę. W sumie należy mi się od niego zjebka; naraziłem zdrowie i życie jego córki. Na jego miejscu sklepałbym michę takiemu kolesiowi jak ja. 
– Nic mi nie jest i nie pojadę do żadnego szpitala. Niepotrzebnie martwiłaś rodziców. 
– Jak to, nic ci nie jest? – Po jej tonie głosu poznaję, że zaczyna się powoli wkurzać. Świetnie, jest nas dwoje. – Masz ranę na głowie, chodzisz jak pijany i w ogóle jesteś jakiś nieswój. Ubliżasz tym Bogu ducha winnym ludziom, którzy ocalili nam tyłki. W stosunku do mnie też jesteś niemiły… – W jej głosie słychać urazę. 
– Nie potrzebuję żadnej cholernej pomocy, Kiro. Nie jesteś moją matką, żeby mnie niańczyć. Ani żoną, której i tak nigdy nie zamierzam mieć. Nikt nie będzie mówił mi, co mam robić. Jestem dorosłym facetem i od dawna radzę sobie sam. Póki trzymam się na nogach, nie trafię do żadnego szpitala. Ranę na głowie może opatrzyć lokalny lekarz – mówię twardo. – Zadzwoń do rodziców, uspokój ich i odwołaj ich przyjazd. Nie wiem, co sobie myślałaś. Jeszcze mi tylko brakuje, żeby matka przeze mnie dostała rzutu. – Omijam ją i idę wkurwiony na dziób. Byle dalej od niej, żeby tylko nie powiedzieć czegoś więcej, czego będę później żałował. 
 Czuję, że nerwy mnie ponoszą. Przed oczami stoi mi twarz roztrzęsionej matki i mam ochotę w coś przypierdolić. Po jaką cholerę ta dziewczyna w ogóle dzwoniła do starych? Czuję pulsowanie w skroniach, ale chyba lepiej mi na żołądku, bo mam niepohamowaną ochotę na czekoladę. Mleczną, bez żadnych dodatków. 
– Macie może czekoladę? – Pukam w szybę konsoli, przez którą widać Brytyjczyków.
– Niestety – odpowiada dziewczyna. 
Oczywiście, kurwa, że nie mają. Pewnie pierwszym, co zrobili po wejściu na łódkę, było wpierdolenie wszystkich słodyczy, które zabrali na czas swojego rajskiego rejsu. Pieprzone tłuściochy. 
– A jakiegoś batona? – pytam niczym żebrak. 
– Przykro mi. 
– Papierosa? 
Kręcą oboje głowami i w tym samym momencie widzę, jak do konsoli wchodzi Kira.  Ma poważny wyraz twarzy, ramiona napięte. Prosi Logana o komórkę, po czym wychodzi na rufę i telefonuje. 
Nie zamierzam podsłuchiwać. Kira rozmawia jednak tak głośno, przekrzykując wycie silnika, że jej głos mimowolnie dociera do moich uszu. 
– Nie przyjeżdżajcie… – mówi do telefonu, chodząc po rufie. – Tak, już mu lepiej… Pójdzie do lekarza na miejscu… Nie, tato, naprawdę. Wezwiemy taksówkę z przystani, zapłaci się na miejscu… Mnie nic nie jest… Na pewno… Z nogą w porządku, trochę tylko rwie… Dobrze. – Śmieje się. – Umieram z głodu, więc zjem wszystko… Tak… Powiedz jej, że będę się nim opiekować, tak jak obiecałam. Chociaż on nie chce żadnej pomocy… Tak, wiem. Dlatego uspokój ją, że wszystko z nim dobrze… Może lepiej niech z nim teraz nie rozmawia. Jest strasznie rozdrażniony, jeszcze powie jej coś przykrego… Ja ciebie też kocham… Pa. 
Rozłącza się, siada na drewnianej ławce i patrzy w dal. Jej ostatnie słowa z rozmowy telefonicznej docierają do mnie ze zdwojoną mocą. Zastanawiam się, czy nie zachowałem się wobec niej jak totalny kretyn. I jeszcze ta jej nieszczęsna noga. Przez chwilę waham się, czy nie podejść do Kiry, lecz wciąż jestem wkurwiony. Nie myślę trzeźwo, wszystko mnie drażni. Nie wiem, czy to z powodu odwodnienia czy tych pierdolonych snów, czy przez uderzenie w łeb. Postanawiam na razie zostawić Kirę w spokoju. Nie jestem pewien samego siebie. Co do jednego nie mam wątpliwości: nie nadaję się na żadne, kurwa, związki. A na pewno nie na takie, w których ktoś mówi mi, co mam robić. 
Zalegam na dziobie i przykrywam twarz ręcznikiem Brytyjczyków, który pachnie lawendą. Łódź się kołysze, przez co mam zawroty głowy. Ból jest już jednak znacznie mniejszy. Staram się wyluzować, wsłuchać w szum fal. Zapadam w sen.
Budzi mnie szturchnięcie w ramię. 
– Wstawaj, zacumowaliśmy. – Słyszę głos Kiry. 
Powracam szybko do rzeczywistości. Nie kojarzę, żeby mi się coś śniło. Zsuwam ręcznik z twarzy, a potem czekam, aż wzrok przyzwyczai się do jasności. Kira zeskakuje z dziobu na pomost znajomej przystani. Siadam, spodziewając się ponownych zawrotów głowy, lecz te nie nadchodzą. Tylko tępy ból rozchodzi się z tyłu czaszki. Wstaję i czuję, że mam się dużo lepiej niż ostatnio. Brytyjczycy szykują się do opuszczenia łajby. Facet zakłada bluzę, dziewczyna zarzuca na siebie tunikę. 
– Dzięki za podrzucenie – mówię i zbieram się do zejścia z dziobu. 
– Nie ma sprawy – odpowiada Logan. – Mam nadzieję, że szybko wydobrzejesz. 
– Nic mi nie jest – rzucam i schodzę na pomost. 
Kira nie czeka na mnie, tylko podąża w stronę ulicy, kulejąc. Idę za nią i łapię się na tym, że gapię się na jej kołyszący tyłek. Co więcej, ręce mnie świerzbią, żeby chwycić ją za te jędrne pośladki. Najchętniej dałbym jej teraz klapsa za to, że tak na mnie działa. Ale to dobrze. To znaczy, że wracam do formy. Uśmiecham się do siebie. Nic i nikt mnie nie pokona. 
Kira nawet nie patrzy w moją stronę, kiedy wsiada do taksówki. Przez moment jestem pewien, że odjedzie beze mnie, ale ona zostawia uchylone drzwi. Dobre i to. Poboczy się trochę i jej przejdzie. A ja jej w tym pomogę. 
– Dzięki, że na mnie poczekałaś – odzywam się, zajmując miejsce  obok niej. 
Nie odpowiada. Chyba naprawdę zalazłem jej za skórę. Po zatrzaśnięciu drzwi podaję kierowcy adres Kalisty. Kira siedzi z dłońmi wciśniętymi między uda i wygląda przez okno. Mijamy sklepy przy głównej ulicy oraz pub, w którym graliśmy w bilard, a potem tańczyliśmy. Na samo wspomnienie tego, jak się wtedy o mnie ocierała, jaka była napalona i gotowa na więcej, czuję pulsowanie w kroczu. Obrazy przemykają przez mój umysł – to, jak dotykałem jej w basenie, jak później rozmawialiśmy. Coś we mnie pragnie, żeby znowu było tak między nami. Chyba pora się zrehabilitować.
– Nie powinienem był tego mówić – zaczynam. 
– Czego konkretnie? – pyta chłodno, nie odrywając wzroku od widoku za szybą. 
– Tego o matce i żonie. 
– Powiedziałeś prawdę. Nie jestem dla ciebie ani jedną, ani drugą, i nigdy nie będę. 
– To o co jesteś zła? 
Przenosi na mnie wzrok. Patrzy mi w oczy. 
– Nie jestem zła. 
– Przecież widzę. 
– Nic nie widzisz, nic nie wiesz, nic nie rozumiesz, Gordianie. A ja nie zamierzam tego zmieniać. Dałeś mi jasno do zrozumienia, że mam się nie wtrącać, więc nie będę. 
– Czyli między nami wszystko okej? 
– Ta – rzuca od niechcenia, odwraca ponownie głowę i patrzy przez szybę. A ja wiem, że wcale nie jest między nami okej i za cholerę nie rozumiem dlaczego. 
– Przecież miałem być z tobą szczery – przypominam. 
– I byłeś – stwierdza, jakby chciała mnie zbyć. 
– Mam udawać, że pasuje mi, kiedy kobieta traktuje mnie jak niepełnosprawnego?
 Nigdy, kurwa, w życiu – dopowiadam sam sobie w myślach. 
Kira ponownie zerka w moją stronę. Ściąga brwi. 
– Nigdy nie traktowałam cię jak niepełnosprawnego. 
– A jednak już dwukrotnie się tak przy tobie czułem – przyznaję zgodnie z prawdą. – Facet powinien być silny, nie użalać się nad sobą, nie skarżyć się, nie marudzić. Być może jestem konserwatywny, ale uważam, że kiedyś mężczyźni z godnością znosili ból i niepowodzenia. Walczyli z dzikością natury o przetrwanie, własne i swoich kobiet. Byli dla nich swego rodzaju falochronami. Własnymi rękoma zdobywali pożywienie, przelewali krew za wolność na wojnach, by kobiety mogły przetrwać, przedłużyć gatunek ludzki. Do tego stworzyła nas natura, nie bez powodu jesteśmy wyżsi, silniejsi, mamy większą skłonność do dominacji i agresji. A współczesne kobiety za wszelką cenę próbują to w nas stłamsić. Ale to nie dla mnie, nie jestem cipą. 
Kira przechyla głowę, jakby analizowała dogłębnie moje słowa. 
– Uważasz, że chcę cię stłamsić? 
– Nie wiem, czy chcesz, ale to robisz. 
– Bo namawiałam cię na wizytę w szpitalu? – pyta z niedowierzaniem. 
– Bo zachowywałaś się, jakbyś lepiej wiedziała, czego mi trzeba. Co więcej, zaangażowałaś w to moją matkę, która jest chora i powinna mieć święty spokój. 
Patrzy mi w oczy. Między jej brwiami pojawiają się trzy pionowe zmarszczki. 
– Źle mnie zrozumiałeś. Myślałam, że masz wstrząśnienie mózgu. To była troska.
– Tylko że ja nie potrzebuję troski, Kiro. Ani od ciebie, ani od nikogo innego. Chcę z tobą robić milion innych rzeczy, o których nawet nie masz pojęcia. Ale bawienie się w ułomnego ćwoka, którym powinnaś się zajmować, nie wchodzi w grę. Ani teraz, ani nigdy. Potrafisz to zaakceptować? 
Nie spuszcza ze mnie wzroku, patrzy na mnie przenikliwie, myśli. Po kilkusekundowej ciszy wreszcie się odzywa. 
– W porządku. Rozumiem. 
– Rozumiesz? 
– Tak. Doskonale wiem, o czym mówisz. – Przez ton jej głosu przebija autentyczna szczerość, pozbawiona wcześniejszej obrazy. 
– Mówisz poważnie czy to sarkazm?
Patrzy mi w oczy. 
– Poważnie. Masz rację. Przepraszam, że cię tłamsiłam.  
Unoszę brwi. Mam wrażenie, że wygrałem w totka. Kurwa, ta dziewczyna to złoto. Mało tego, że piękna, z boskim ciałem, silnym charakterem, to potrafi zrozumieć takiego pojeba jak ja i do tego jeszcze go przeprosić. 
– Ja też przepraszam – mówię, opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Muszę jakoś poradzić sobie z tym jebanym bólem i zawrotami.  

Copyright © 2014 Kobiece Recenzje , Blogger