poniedziałek, 31 lipca 2017

Uwikłani. Chandler - Laurelin Paige

Czy młodszy Pierce jest godnym następcą seksownego Hudsona?

Chandler Pierce to młodszy brat Hudsona, którego na pewno zna większość z Was. To mężczyzna, który rzuca na kobiety nieodparty urok i żadna nie potrafi mu się oprzeć. Po kilku zawodach miłosnych nie poszukuje miłości, interesują go tylko przygody na jedną noc, a rankiem zapomina o kobiecie, której dał przyjemność. Wszystko się zmienia, gdy poznaje piękną i czarującą Genevieve Fasbeander. To pierwsza kobieta, z którą Chandler chciałby spędzić więcej czasu, lepiej ją poznać i być częstym gościem w jej łóżku. Tylko że Genevieve nie chce tego, traktuje mężczyznę chłodno i oświadcza mu, że seks z nim jest przereklamowany. Czy Chandlerowi uda się zaspokoić zadziorną Genevieve? Czy kobieta obudzi w nim uśpione instynkty? Przekonajcie się sami.

Za sobą mam wszystkie książki Laurelin Paige, które wyszły w Polsce. Autorka ma we mnie wierną fankę i przeczytam wszystko, co napisze. Widać, że jej głowa jest pełna pomysłów, a każda jej kolejna powieść mnie zaskakuje.
Historia Chandlera jest niesamowicie wciągająca i pochłaniająca. Młodszego z braci Pierce'ów mieliśmy już okazję poznać przy okazji serii o Hudsonie, a także o Gwen, przyjaciółce Alayny. Muszę przyznać, że wtedy nie polubiłam Chandlera, jednak ten mój brak sympatii mogę zrzucić na karb jego młodego wieku. Teraz jest on zupełnie innym mężczyzną, pewnym siebie biznesmenem, uroczym playboyem, który nie wikła się w żadne poważne związki. Zasada, którą przestrzega, brzmi... żadnego zakochiwania się , żadnej miłości. Jednak jak to mówią... serce nie sługa. Nie będę zdradzała Wam zbyt dużo z fabuły książki, ale uwierzcie mi na słowo, że warto poznać „NOWSZY MODEL PIERCE'A”, który bez wątpienia jest godnym następcą Hudsona”.

Oczywiście w książce nie zabraknie scen seksu, który są opisane bardzo subtelnie, ale są trochę mocniejsze, momentami mroczniejsze niż w poprzednich książkach Laurelin. Autorka w niesamowity sposób uwodzi i rozpala słowem, a emocje buzują w książce prawie na każdej stronie. Czy potrzeba czegoś więcej? Oczywiście, że nie.

W książce pojawia się także wiele humoru, przez duże „H”. Ja momentami wybuchałam niekontrolowanym śmiechem, ale przemyślenia Chandlera są czasami tak zabawne, że po prostu inaczej nie można.

„Po seksie Genny znika w łazience, by się umyć.
Biorę pasek, owijam go wokół szyi i próbuję się udusić, ale nie wychodzi, więc padam twarzą na łóżko.
Co ja do kurwy nędzy wyprawiam?
Właśnie wychłostałem dziewczynę...”

Jeżeli poprzednie książki Laurelin Paige przypadły Wam do gustu, to koniecznie musicie poznać młodego Pierce'a, który zagwarantuje Wam kilka godzin przyjemności. Ja przy tej książce spędziłam świetnie czas. Jest to powieść, która rozpala zmysły, momentami bawi, a czasami i wzrusza. Naprawdę warto poznać historię miłosną Chandlera. Dla wiernych fanek Hudsona mam niespodziankę, która na pewno je ucieszy, bo jego osoba pojawia się bardzo często w tej historii.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


niedziela, 30 lipca 2017

Żeglarz - Agnieszka Pruska

„Żeglarz” Agnieszki Pruskiej to już trzeci tom cyklu komisarz Barnaba Uszkier. Niestety poprzednich tomów nie czytałam i nie mam porównania, czy każdy z nich jest tak samo fajnie napisany, jak ten. Na pewno nadrobię zaległości, a teraz zapraszam Was na recenzję.

W Gdańsku podczas regat o Puchar Obrońców Westerplatte zostają odnalezione zwłoki byłego żeglarza. Śledztwo przejmuje się komisarz Barnaba Uszkier i jego zespół. Bardzo szybko odkrywają czyje to zwłoki i śledztwo nabiera tempa. Jednak okazuje się, że za życia Jan Kuśmierski był chodzącym ideałem, nie miał z nikim zatargów, więc śledczy nie mają żadnego punku zaczepienia. Fakt, że zwłoki przebywały w wodzie, także utrudnia sprawę, bo ślady praktycznie przepadły. Czy komisarz Barnaba odkryje, kto stoi za śmiercią Kuśmierskiego? Kto wygra ten pojedynek, doświadczeni śledczy, czy może sprytni przestępcy? Przekonajcie się sami.

„Agnieszka Pruska to autorka serii z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej. Podobnie jak jej bohater ćwiczy aikido. Członkini Oliwskiego Klubu Kryminału, felietonistka i recenzentka serwisu Zbrodnia w Bibliotece. Czytelników zaprasza również na swoją stronę www.agnieszkapruska.pl

Kryminał to gatunek literacki, po który sięgam bardzo często, w szczególności wtedy, gdy „przeje” mi się inna literatura. To gatunek, który niesamowicie mnie pochłania i gdy zawsze sięgam po taką książkę, mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Tym razem moje nadzieje się sprawdziły, gdyż „Żeglarz” to naprawdę ciekawa i wciągająca powieść. Autorka umiejętnie wciąga czytelnika do świata śledczych i ukazuje cienie i blaski ich pracy. Zostało to przedstawione tak perfekcyjnie i skrupulatnie, że ich środowisko staje się nam bliskie, a ja sama podczas czytania nie raz miałam wrażenie, że przeniosłam się do tej historii i gdzieś z boku przyglądałam się ich pracy, ich rozmowom i przesłuchaniom. Po prostu widać, że pani Agnieszka bardzo dobrze przygotowała się w tym temacie. Jednak praca policji to nie tylko jedyny temat, który został przez autorkę idealnie przedstawiony. Jak sam tytuł mówi, książka ma wiele wspólnego ze żeglarstwem i podejrzewam, że i tutaj autorka musiała poświęcić wiele czasu, by wszystkiego się dowiedzieć. Dzięki temu powstał naprawdę bardzo dobry kryminał, który trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Tak jak pisałam wyżej, na pewno przeczytam poprzednie tomy, gdyż komisarz Barnaba i jego załoga niesamowicie przypadli mi do gustu. Zostali oni bardzo ciekawie wykreowani i każdy z nich wzbudzał we mnie inne emocje. Poza tym książka pełna jest napięcia, co chwila coś się dzieje i pojawiają się kolejne intrygi, które nie pozwalają rozstać się z lekturą. Dla mnie osobiście to wyznacznik dobrej książki. Przy okazji poznajemy także prywatną twarz komisarza, który boryka się ze swoimi problemami. Jakimi? Przekonajcie się sami.

To, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, oczywiście zaskoczeniem na plus, to to, jak został czytelnikowi przedstawiony Gdańsk. Agnieszka Pruska w piękny sposób pokazuje to miasto, poznajemy jego historię, architekturę, a nawet związane z tym miastem legendy. To naprawdę ogromna zachęta, by odwiedzić nasz piękny polski Gdańsk.

Książkę polecam Wam wszystkim, nie tylko fanom kryminałów i myślę, że się nie zawiedziecie.

Z możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Oficynka.


środa, 26 lipca 2017

Peadar O'Guilínc - The Call. Wezwanie

Mam dzisiaj dla Was bardzo ciekawą pozycję, jaką jest "The Call. Wezwanie." Zanim jednak przejdziemy do recenzji, muszę powiedzieć, że na książkę czekałam od kwietnia, ale ostatecznie gdzieś zniknęła i tutaj wkraczają Warszawskie Targi Książki, gdzie na stoisku Czwartej Strony dostałam swój egzemplarz do recenzji :)

Byłam bardzo ciekawa, otóż nie czytałam sławnych "Igrzysk Śmierci" oraz "Więźnia Labiryntu", a z tyłu książki możemy wydedukować, że to będzie coś podobnego do powyższych tytułów. Do tego wreszcie jakaś młodzieżówka, przy której "będę mogła odpocząć od kryminałów". W takim oto pozytywnym nastawieniu zabrałam się do książki. Jesteście ciekawi, jakie wrażenie wywarła na mnie ta książka? Zapraszam serdecznie!

"Pewnego dnia wszyscy staniemy się nimi, a dla Sidhe będzie to większe zwycięstwo, niż gdyby nas wszystkich wybili"


"

Co byś zrobił mając tylko chwilę, żeby uratować swoje życie, a zegar już zaczął odliczanie?

Trzy minuty

Wszyscy nastolatkowie wiedzą, że pewnego dnia znajdą się w przerażającej krainie, do której zostaną Wezwani.

Dwie minuty

Na nieznanym terenie ruszą za nimi bezwzględni łowcy, którzy zrobią wszystko, by ich dopaść i zabić.

Minuta

A Nessa nie może biegać. Czy mimo poraż​enia nóg ma szansę na przeżycie, kiedy przyjdzie pora jej Wezwania?

Czas ucieka… "


Muszę nadmienić od razu, że "The Call. Wezwanie" jest jedną z najładniej wydanych książek, naprawdę można pochwalić tutaj grafika, który w bardzo minimalistycznym stylu, wyłuskał prawdziwe piękno tej okładki. Ja jestem zachwycona, tym jak jest wydana i uwierzcie mi, ta książka dumnie prezentuje się na półce :)

Peadar O'Guilin, wprowadza nas w bardzo mroczny świat, w którym każdy musi walczyć o swoje przetrwanie. Umie bardzo brutalnie opisać niektóre sceny, jak na książkę młodzieżową, oraz nadać takiego napięcia fabule, że możecie zbierać szczękę z podłogi. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że autor ma niezłą wyobraźnię, bo takiego zakończenia nie spodziewałam się, a moją reakcją, było wielkie zaskoczenie, które utrzymywało się dobre kilka dni. Istoty z którymi walczą bohaterowie - Sidhe, są wykreowane niesamowicie mrocznie i koszmarnie. W niektórych momentach, gdy był opisywany moment "wezwania" miałam ciarki i przecierałam oczy ze zdumienia, bo niekiedy rosło to do rangi dobrego horroru. Musicie wiedzieć, że to nie jest "grzeczna" książka, tutaj są tortury, krew i bardzo groźni Sidhe, którzy są ich sprawcami.

Jedną z lepszych rzeczy jest pojawienie się polskiego akcentu w książce. Jest nią jedna z bohaterek pobocznych - Aoife, której babcia pochodzi z Polski!.
Bardzo mi zaimponowała i bardzo jej kibicowałam w tym, aby przeżyła swoje Wezwanie. Mimo tego, że była tylko postacią drugoplanową, wyróżniała się z tłumu i umiała złapać mnie za serce.

Trzeba też tutaj wspomnieć o Nessie-głównej bohaterce, która od samego początku jest postawiona na najgorszej pozycji (nie, nie martwcie się, to nie jest spoiler) przez to, że zachorowała na polio i nie może biegać, ma mniejsze szanse, a raczej tak mogłoby się wydawać. Nessa nie jest bohaterką, która unosi się emocjami, albo użala się nad sobą. Ciężko pracuje nad tym, aby mieć przewagę nad osobami, które mają pełną sprawność fizyczną. Jednocześnie nie unosi się pychą i jest bardzo pozytywną postacią.

Kolejną bohaterką jest jej przyjaciółka, Megan. Ujmuje ona swoją buntowniczą naturą oraz niekiedy dość ciekawym spojrzeniem na otaczający ją świat. Nie szczędzi zgryźliwych komentarzy, przez co książka, czasem rozśmiesza i niweluje powstałe napięcie.

Jeśli mam być szczera, jeśli chcecie przeczytać dobrą młodzieżówkę, ale może troszkę dla starszej młodzieży (szczególnie chodzi mi o niektóre opisy) to polecam. Bardzo dobrze się bawiłam przy książce i spędziłam przy niej kilka godzin, wyśmienitej rozrywki.

Dziękuję za przeczytanie, Wydawnictwu Czwarta Strona i Panu ze stoiska na Targach Książki, który, gdy usłyszał, że egzemplarz nie dotarł w terminie, podarował mi drugi :) Dziękuję!!!

wtorek, 25 lipca 2017

Apetyt na więcej - Agnieszka Olejnik

Uwielbiam cykl książek Agnieszki Olejnik pt. Wszystkie smaki życia i niecierpliwie czekałam na ostatnią część, by znów wkroczyć do świata Ewy i jej rodziny. Jej historia to prawdziwe życie, w którym pełno wzlotów, ale także upadków. Czy i tym razem zostałam usatysfakcjonowana? Zapraszam na recenzję.

Ewa czuje, że oszukuje i siebie i swojego partnera, trwając w związku, który nie daje jej szczęścia. Kobieta uświadamia sobie, że kocha tylko Andrzeja i tylko z nim może być szczęśliwa. Jednak nie jest to możliwe, bo na ich drodze do szczęścia ciągle pojawiają się nieporozumienia i niedomówienia. W życiu Klaudii pojawia się także wiele zawirowań. Czy razem z matką odnajdą szczęście? Przekonajcie się sami.

„Agnieszka Olejnik to polonistka i anglistka, mama trzech synów oraz właścicielka czterech psów. Odkąd zamieszkała w domu na skraju lasu, pod wielkimi dębami, codziennie budzi się z uczuciem spokoju w duszy i zwyczajnego szczęścia. Święcie wierzy, że to od bliskości drzew. W młodości szybowniczka i wielbicielka jaskiń. Podróżniczka – odwiedziła m.in. Czarnogórę, Bośnię, Rumunię, Estonię, Sycylię, zjechała całą Skandynawię, by dotrzeć do Nordkapp. Tatry kocha miłością niemal romantyczną. Prowadzi bloga „barwy i smaki mojego życia, gdzie opowiada nie tylko o książkach, ale także o fotografowaniu przyrody, zdrowej kuchni i pysznych nalewkach.”

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak niecierpliwie czekałam na tę część. Przeczytałam ją już jakiś czas temu, ale z recenzją wstrzymałam się do tej pory, gdyż widziałam, że pisząc ją, będzie to moje pożegnanie z Ewą i jej najbliższymi, a nie byłam na to gotowa. Ewa to taka bohaterka, którą obdarzyłam ogromną sympatią, zaprzyjaźniłam się z nią, a czasami nawet utożsamiałam się z jej osobą, więc tym trudniej było mi się z nią pożegnać. Jednak przyszedł czas i z ręką na sercu mogę Wam napisać, że cykl Wszystkie smaki życia, jest świetny i wciągający. Autorka nie owijając w bawełnę, pokazuje prawdziwe życie, które pełne jest wzlotów oraz upadków. Nic nie jest przekoloryzowane, czy wyidealizowane. Ostatnia część tego cyku jest taka sama, Agnieszka Olejnik pokazuje życie takie, jakie jest naprawdę, pełne rozczarowań, niespełnionych marzeń, ale i także wielkich chwil uniesień i radości. Ot zwykła szara rzeczywistość, którą zna każdy z nas.

Cykl ten nie należy do najlżejszych, gdyż autorka w każdym tomie porusza trudne życiowe tematy, z którymi boryka się wiele osób. Pojawia się temat zdrady, temat homoseksualizmu, jednak te tematy i problemy bohaterów nie przytłaczają, gdyż autorka przelała na papier wiele ciepła i dobrych emocji.

Poprzednie części pełne były problemów i komplikacji w życiu bohaterów, mogłabym nawet rzec, że były pełne bólu, który był bardzo namacalny, więc byłam pewna, że trzecia część niczym szczególnym mnie nie zaskoczy. Myślałam, że sytuacja zacznie się szybko klarować, wszystko od razu się wyjaśni i doprowadzi do happy endu. Jednak autorka zagrała mi na nosie, w książce dużo się dzieje, pojawia się wiele nowych komplikacji, a niektóre sytuacje wprawiają w osłupienie i ciężko w nie uwierzyć. Ogromnym atutem tej książki, jest jej nieprzewidywalność i naprawdę nie wiadomo, co wydarzy się na kolejnej stronie, a tym bardziej ciężko odgadnąć, czy autorka dała swoim bohaterom szczęśliwe zakończenie.

Jest to powieść niewątpliwie emocjonująca. To cudowna i wartościowa historia o prawdziwym życiu, o marzeniach, o pragnieniach, pełna trudnych wyborów, które ma wielu z nas. Książka skłania do wielu refleksji nad życiem oraz nad samym sobą. Bohaterowie po raz ostatni będą musieli zadać sobie pytanie, czego pragną i zawalczyć o własne szczęście, które może im się wymknąć na własne życzenie. Czy odnajdą spokój i spełnienie? Koniecznie przeczytajcie ten cykl, jestem pewna, że się nie zawiedziecie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Misja wywiad z Agata Bizuk

Zapraszamy na misję wywiad z Agatą Bizuk autorką "Piątka Trzynastego" oraz "Narzeczona z Second Handu" :) 

Zanim zaczniemy malutka wiadomość od autorki dla Was :) 

Dziękuję serdecznie za ogrom pytań. Niektóre dotknęły naprawdę wrażliwych strun. Na kila odpowiedziałam hurtem, bo wydały mi się bardzo podobne. Nie było łatwo wybrać jednej osoby, ale myślę, że książka poleci do pani Edyty Chmury. 

Dziękuję za zaproszenie i proszę o trzymanie kciuków – kolejna książka właśnie czeka na decyzję wydawnictwa.


A więc zapraszamy! :)



Małgorzata Pacuszka

Kto jest Pani „pierwszym” recenzentem?

Moim pierwszym recenzentem jest moja przyjaciółka. Niestety mąż się zawziął i stwierdził, że nie będzie czytał moich książek, bo podobno jestem mało odporna na krytykę. Jasne, że jestem! Zwłaszcza, że on czyta zupełnie inną literaturę, niż ja piszę i najczęściej oczekuje ode mnie zwrotów akcji podobnych do tych w jego ukochanych książkach przygodowych. Oczywiście nie ma ze mną tak łatwo, więc czasami czytuję mu fragmenty z oczekiwaniem, że z uznaniem pokiwa głową i stwierdzi, że jest super. I rzeczywiście kiwa i stwierdza, a ja staram się nie zauważać, że w tym samym czasie na przykład oglądał film na komputerze ze słuchawkami na uszach. Jak widać, jest wyćwiczony na tyle, żeby nawet kiwać głową w odpowiednich momentach (żeby się nie narazić) 

Czy słucha Pani rad i podpowiedzi, czy raczej jest Pani taką „Zosią – samosią”?

Staram się słuchać dobrych rad i konstruktywnej krytyki, pod warunkiem, że mają jakiś merytoryczny przekaz, a nie są tylko próbą dowalenia mi „bo tak”. Wiadomo, że wszystkim na raz nie da się zrobić dobrze i zawsze będzie ktoś, kto będzie miał inną wizję mojej własnej książki albo stwierdzi po prostu, że mu się nie podoba. Takie prawo czytelnika. 
Oczywiście podpowiedzi bardzo cenię i korzystam z nich chętnie, zwłaszcza, kiedy na przykład znikąd pojawi mi się nowa postać i nie bardzo wiem, co mam z nią zrobić, albo kiedy potrzebuję nagłego zwrotu akcji. Kiedyś, kiedy pisałam „Narzeczoną z second-handu”, jak zwykle w łóżku i z laptopem na kolanach, zauważyłam, że mąż zagląda mi przez ramię. W pewnym momencie zmarszczył się nieco i stwierdził: „mało tu się dzieje, zabiłabyś kogoś”. No to siekiera w plecy i jednego czarnego charakteru mniej. Chciał chłop, to ma. A potem recenzenci mówią, że wątek kryminalny za mało rozwinięty. Bo cóż więcej pisać o nieboszczyku, którego miało wcale nie być?

Czy pamięta Pani swoje pierwsze napisane opowiadanie? 

Pierwsze opowiadania napisałam gdzieś w okolicach podstawówki, ale było to takie pisanie na potrzeby szkoły. Potem, w liceum, zaczęłam pisać „prawdziwą książkę” – w zeszycie w linie i oczywiście o miłości. Kiedyś nawet pokazałam ją koleżankom z klasy, ale, kiedy znalazły błąd ortograficzny już na pierwszej stronie, zrobiło mi się tak wstyd, że schowałam ją głęboko i już nikomu więcej jej nie pokazałam. Pewnie żadna z dziewczyn nawet nie zapamiętała tej sytuacji jako wielkiego wydarzenia, ale mnie potem ten błąd bardzo dręczył – na tyle, że na jakiś czas zarzuciłam pisanie, skupiając się tylko na tym na potrzeby szkoły. 
Po kilku latach znów zabrałam się za „poważne” pisanie. Najpierw prowadziłam bloga, ale był tak smutny i depresyjny, że po jakimś czasie wszystko skasowałam i znów zaczęłam pisać książkę. Miałam jakieś 20 lat i oczywiście uważałam się za bardzo dorosłą i dojrzałą. Żeby utrzymać moje nowe dzieło w tajemnicy, zabezpieczyłam je hasłem, o którym oczywiście natychmiast zapomniałam. Mam więc napisane jakieś 5 stron, z hasłem, którego nie znam i na dyskietce 3,5”, której pewnie nigdy nie uruchomię. 



Mariola Zofia Laura Marszałek

Kto jest dla Pani autorytetem w życiu prywatnym a kto w życiu artystycznym/literackim. Czyją twórczość ceni sobie Pani wyżej niż innych autorów książek/poezji/obrazów/rzeźb? A może nie ma takich ludzi w Pani życiu? 

Nie mam jakiegoś jednego autorytetu. Staram się czerpać z mądrych ludzi, ich doświadczenia i wiedzy. Oczywiście popełniam własne, niezliczone błędy, ale, jeśli mogę się uczyć na cudzych, to jak najbardziej z tego korzystam. Nałogowo zakochuję się w umysłach.
Tak samo jest z literaturą i sztuką w ogóle. Lubię ludzi, którzy mają coś mądrego do przekazania i po takie pozycje sięgam. Choćby to była fikcja. Nie lubię, kiedy ktoś próbuje na siłę robić z siebie fachowca w dziedzinie, o której nie ma pojęcia. 

Co Pani czuje czytając recenzje swoich książek – zarówno te pozytywne jak i negatywne? Oraz co Pani z nich wynosi dla samej siebie, jak i swojej przyszłej działalności literackiej? 

Oczywiście pozytywne recenzje cieszą i to bardzo. Fajnie, kiedy ktoś docenia moją pracę włożoną w napisanie książki, zwłaszcza, że tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało. Niestety, praca na etacie i rodzina nie zostawiają za wiele czasu na pisanie, więc piszę wieczorami albo w nocy, co znów wymaga ode mnie sporego samozaparcia. Dlatego tym bardziej cieszę się, kiedy komuś się podoba. 
Negatywne? Wiadomo, nikt nie lubi być krytykowanym. Jeśli krytyka jest konstruktywna i pojawiają się logiczne argumenty, biorę ją sobie bardzo do serca i wykorzystuję dobre rady następnym razem.  Nie czuję się pisarką, która zjadła wszystkie rozumy i wyczerpała już swój warsztat, więc wszelkie sugestie są mi bardzo potrzebne, bo dzięki nim się rozwijam. 
Jeśli natomiast krytyka jest tylko próbą dowalenia, staram się ignorować i nie reagować, choć czasami wrze we mnie jak w garze z zupą. 
Tak naprawdę nie spotkałam się z wieloma negatywnymi opiniami na temat moich książek (na szczęście), ale też zdaję sobie sprawę, że czasami zwyczajnie nie jestem w stanie czegoś zmienić, czego oczekiwaliby recenzenci, bo to już nie będę ja i mój styl pisania, który po prostu nie każdemu musi pasować. 
Tak, czy inaczej, jakiekolwiek recenzje – pozytywne i negatywne, jeśli są napisane rzetelnie i bez prób podlizywania się, albo dowalenia mi w jakiś sposób, są bardzo mile widziane. 


Marietta Mariecia

Kiedy, odwiedzi Pani swoje rodzinne strony z najnowszą książką? 

Jak tylko ktoś zechce ją wydać. 
Tak naprawdę wszystko zależy od zaproszenia, które dostanę od biblioteki, chcącej zorganizować mi spotkanie z czytelnikami. Jeśli nie dostanę żadnego, bardzo chętnie spotkam się na bardziej nieformalnej kawie i ciastku (albo samej kawie, jako, że jestem na permanentnej diecie)


Joanna Wiewióra

Jakie ma Pani największe marzenie, które chciałaby żeby się spełniło?

Nie mam jakichś górnolotnych marzeń. Może to zabrzmi trochę bezczelnie, ale zawsze dostaję to, czego chcę. Nie mówię, że wszystko mam podawane na tacy – o nie – wręcz przeciwnie. O każdą najmniejszą pierdołę muszę ostro walczyć, ale nauczyłam się, że jak czegoś bardzo chcę, to ostatecznie to mam. Tylko problem polega na tym, że jak już dostanę, co chciałam, czasami okazuje się, że… jednak nie do końca o to mi chodziło. 
Kiedyś wymarzyłam sobie leżenie do góry brzuchem i nicnierobienie przez co najmniej 3 dni. I żeby mnie ktoś obsługiwał i dbał o mnie. Jakiś czas później wylądowałam w szpitalu. Spełniło się? Spełniło. Leżałam i nie robiłam nic, a pielęgniarki doglądały mnie jak mogły. Ale przecież, nie do końca tego właśnie chciałam…
Dlatego teraz wszystkie marzenia konkretyzuję najbardziej jak potrafię, żeby potem nie było rozczarowania. Obecnie na tapecie jest własny dom – mam już nawet wybraną lokalizację, nie mając nawet pojęcia, czy są tam w ogóle jakieś domy do sprzedania.  Tak, czy inaczej, któryś z nich będzie mój, kiedy tylko odpowiednio się postaram. Bo marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia!

Dlaczego akurat data „Piątek 13-stego” czy ma ona dla Pani jakieś konkretne znaczenie. Czy wydarzyło się coś szczególnego w tym dniu? 

Piątek trzynastego to symboliczna data chyba dla każdego. Od dziecka słyszymy, że to pechowy dzień, więc ja się starałam trochę tego pecha odczarować. Nie jestem zabobonna, a piątek trzynastego to dzień fajny jak każdy, dlaczego więc ma być traktowany inaczej?


Agnieszka E. Rowka

Niespodziewanie musi Pani wyjechać na miesiąc na bezludną wyspę z tylko 1 walizką. Co Pani ze sobą zabierze?

Zapakowałabym mojego syna, bo przez miesiąc na bank bym za nim okropnie tęskniła. A jeśli miałabym jechać sama, to wzięłabym książki – tak ze 20. Albo 30. I jakieś majtki na zmianę, żeby głupio nie było, ale tylko jedne, bo wiadomo – nadbagaż ;) Musiałabym sobie jakoś poradzić, ale za to miałabym co czytać.

Kto jest dla Pani wzorem do naśladowania? 

Nie mam jednego wzoru. Zawsze szukam wokół siebie mądrych ludzi i ich się kurczowo trzymam, podglądam i korzystam z ich doświadczenia, ile się da. Lubię ludzi, którzy mają głowę na karku, ale są jednocześnie pozytywnie zakręceni i spontaniczni, nie boją się wyzwań, ale potrafią wyciągać wnioski z własnych błędów. Mnóstwo jest takich wokół nas, dlatego nigdy nie wybieram jednej osoby. Taka mieszanka wybuchowa jest najlepsza.


Edyta Chmura

Przeczytałam kilka opinii o Pani książce i dominują tam określenia: „zabawna”, „dawka pozytywnej energii”, „lekka i wciągająca”. Co przede wszystkim chciałaby Pani przekazać czytelnikom poprzez swoje powieści?

Wydaje mi się, że bardzo trafne są te opinie. Moim zamiarem jest bawić – przede wszystkim. Uważam, że ludzie mają za dużo własnych problemów i spraw na głowie, żeby jeszcze martwić się bohaterem z książki. Nie jestem jakąś wieszczką, czy coś. Świat jest pełen wariactwa – również tego pozytywnego, a życie jest za krótkie, żeby się smucić. 
Kiedyś pisałam zupełnie inaczej – fakt, że był to dość trudny okres w moim życiu i moje dłuższe czy krótsze formy wypowiedzi były przesiąknięte dramatyzmem i po prostu smutne. Kiedy przeczytałam to po latach, złapałam się za głowę. Chyba nie chciałabym, żeby ktoś to czytał. Wiadomo, zdarzają się różne sytuacje i czasami trudno o uśmiech, ale dobijać kogoś historią z książki zdecydowanie nie zamierzam. 
Moja najnowsza powieść będzie takim trochę słodko – gorzkim obrazkiem, ale mimo wszystko starałam się, żeby nie byla tak całkowicie dołująca i dobijająca.  

Nie wiem czy dobrze zrozumiałam, że mieszka Pani na stałe poza Polską. Jeśli tak, to za czym tęskni Pani najbardziej? // Czy doświadczyła Pani życia na obczyźnie? 

Rzeczywiście od 11 lat mieszkam w Irlandii i rzeczywiście czasami tęsknię okrutnie. Najbardziej za naszym polskim powietrzem, za lasami pełnymi grzybów, smakiem prawdziwych truskawek, za latem, nawet za upałami i mrozami. Tęsknię za ludźmi, którzy zostali w Polsce, bo jednak internet, to nie wszystko. Kiedyś, kiedy rozmawiało się z przyjacielem, poświęcało mu się 100% swojej uwagi, dziś można klikać w czasie gotowania obiadu, albo będąc w ubikacji. Wiadomo, że lepsza taka forma kontaktu mimo tysięcy kilometrów, niż żadna, ale na pewno traci się wiele na jakości takich relacji. 
Kiedy mi tęskno, zawsze przed oczami mam kuchnię w mieszkaniu moich rodziców. Jest długa, zakończona drzwiami wychodzącymi na balkon. Zawsze w lecie, kiedy wstawałam rano z łóżka i szłam zrobić sobie śniadanie, drzwi balkonowe były otwarte na oścież, a cała podłoga była skąpana w słońcu. I powietrze pachniało tak specyficznie – latem, słońcem, świeżością. Aż chciało się żyć! Nigdzie więcej nie wyczułam tego zapachu. Albo wiosna – też pachnie pięknie. Teraz bywam u rodziców zwykle w środku zimy, więc też nie mam możliwości tego poczuć. Za każdym razem, kiedy jesteśmy, staram się pokazać mojemu synowi kawałek swojego świata, którego tu nie pozna.
Ostatnim razem, kiedy byliśmy w Polsce, akurat sypnęło śniegiem, więc poszliśmy rzucać się śnieżkami. I o ile można zrozumieć ośmiolatka, tak za nami obracał się każdy, kto akurat przejeżdżał. Nawet siostra mojego męża (ma 27 lat) stwierdziła, że dawno nie bawiła się tak dobrze.
Tęsknię też za tym, by poczuć się u siebie. Nie narzekam, ale często mamy poczucie, że nie jesteśmy u siebie – ani tu, ani w Polsce. Bo zwyczajnie minęło zbyt wiele czasu, byśmy mieli do czego wracać, a tu zawsze w jakiś sposób będziemy obcy. 


Hanna Artychowska

Jaki jest Pani ulubiony kolor, i z czym się Pani kojarzy? 

Lubię jasne kolory. Mam pomarańczowe włosy i to takie, że widać mnie z daleka. Nie mam koloru, który z czymś by mi się kojarzył, ale na pewno nie lubię zielonego. Brr, koszmar!

Czy wierzy Pani w pecha jaki przynosi czarny kot, zbite lustro czy rozsypana sól? 

Wierzę, że nic się nie dzieje bez powodu. Choć czasami możemy tego nie widzieć, to jednak po czasie okazuje się, że był w tym jakiś cel. Czarne koty uwielbiam – żaden nie zrobił mi krzywdy, więc nie mam powodu się ich bać. Zresztą tu w Irlandii to biały kot przynosi pecha, więc musiałabym uciekać przed połową kociej populacji. Matko, jak ja bym się wtedy przemieszczała? ;) 
Rozsypana sól znaczy dla mnie tyle, że jak jej nie posprzątam, to będzie mi chrzęścić pod nogami, a zbite lustro… cóż, rzeczywiście pech, bo znów trzeba będzie wydać czapkę pieniędzy na nowe, zamiast kupić kolejną parę cudnych butów. 


Jagoda Gindera

Skąd czerpie Pani inspiracje do swoich książek? Czy są to pomysły „z życia wzięte” czy też może wszystko jest tylko wytworem Pani wyobraźni? 

Korzystam z „dostępnych źródeł”, czyli chodzę, podglądam, obserwuję i wyciągam wnioski. Życie pisze czasami tak zaskakujące scenariusze, że nawet wyobraźnia nie daje rady. Oczywiście korzystam też z zasobów wyobraźni i z niej składa się 90% treści, bo inaczej musiałabym skończyć książkę po jakichś 10 stronach, ale często wplatam w nieistniejące wydarzenia zasłyszane rozmowy i własne komentarze. 
W „Piątku” jest jedna rozmowa, której wydawca nie chciał mi przyjąć, mówiąc, że jest zbyt nieprawdopodobna i nie miałaby prawa w ogóle mieć miejsca. A akurat ta wymiana zdań była w pełni prawdziwa – od początku do końca, podsłuchana przeze mnie gdzieś w samolocie.  
Na pewno nie lubię korzystać z cytatów – tekstów z internetu, czy jakichś modnych sloganów. Wszystko, co piszę, piszę własnymi słowami.

Mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem? A może posiada Pani jakieś zwierzęta? Jeśli tak to jakie i dlaczego właśnie to? 

Uwielbiam psy. Od małego w domu miałam zwierza i zawsze to był pies. I zawsze duży. Kiedy wyjeżdżałam do Irlandii, zostawiłam moim rodzicom mojego goldena – Freda, który natychmiast został przechrzczony przez moją mamę na Franka. Już jest dość stary i trochę niedomaga, ale nadal zachowuje się jak szczeniak. 
Niestety tutaj nie mam szans mieć psa, ale za to mamy dwa koty, a właściwie kotki rasy Maine Coon – Pędzla i Zadymę. Obie są wielkie i ciągle się tłuką. Wiecznie leje się krew i fruwają kępki sierści, kiedyś nawet poleciały zęby, ale choć moje baby bez przerwy sobie dokuczają, to i tak nie mogą bez siebie żyć.
Bardzo chciałam mieć psa, a mój mąż wolał kota, więc poszliśmy na kompromis i kupiliśmy nasze Maine Coonki. To koty, które mają bardzo psią naturę. Zwłaszcza Zadyma zachowuje się zupełnie jak pies. Pierwsza czeka pod drzwiami na listonosza, pierwsza wita gości, wszędzie musi zajrzeć i chodzi przy nodze. Nie umie tylko szczekać, ale znając ją, podejrzewam, że to tylko kwestia czasu (bo miauczeć też nie umie, a za to grucha jak gołąb). Pędzel jest bardziej kocia – niezależna i zdystansowana. Żadnej z nich nie zamieniłabym na innego zwierza.


Nela Radon

Czy piątek trzynastego może przynieść szczęście? // Czy jest Pani osobą przesądną? Czy wierzy Pani, że piątek trzynastego przynosi pecha? 
Nie wierzę w pecha, choć jestem osobą, której ciągle coś się przytrafia. A to wpadnę pod samochód, a to znowu złamię ząb zaraz po wyjściu od dentysty. Nawet znajomi się śmieją, że są ze mną bezpieczni, bo nawet, kiedy będzie leciała cegła z dachu, to i tak to ja nią dostanę. Kiedy czasami dzwonię z informacją, że znów coś mi się przytrafiło, zamiast słów współczucia słyszę tylko: „zdziwiłabym się, gdyby ci się nie przytrafiło”. Tak to już ze mną jest, ale czy to znaczy, że mam pecha? Już chyba nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Może się po prostu przyzwyczaiłam 
Piątek trzynastego to dzień jak co dzień, często przypominam sobie o nim dopiero wieczorem i za każdym razem stwierdzam, że, skoro jeszcze żyję i jestem w jednym kawałku, to znaczy, że nie było wcale tak źle. 
Kiedyś słyszałam taką historię o młodej dziewczynie, której ktoś powiedział, że właśnie trzynastego umrze. Każdego trzynastego uważała bardziej niż zwykle – wyłączała prąd w mieszkaniu, żeby  jej nie poraził, nie wychodziła z domu, żeby nie stała jej się krzywda i robiła wszystko, żeby przeżyć. Tak bardzo ją to stresowało, że któregoś trzynastego nie wytrzymała i odebrała sobie życie. Przepowiednia się spełniła. Tak samo jest z pechem – jeśli będziemy bardzo w niego wierzyć, przyciągniemy go jak magnes.


Bożek Anna

Kiedy odkryła Pani talent do pisania? 

W podstawówce. A właściwie talent odkrył mnie, bo dla mnie to było absolutnie naturalne, że piszę i myślałam, że każdy tak potrafi. Zawsze, kiedy mieliśmy do napisania wypracowanie, od samego rana w szkole koledzy zabierali mi zeszyty i przez cały dzień robili notatki, a ja na lekcjach pisałam im prace. Było tego trochę i musiałam się nieźle nagłowić, żeby na ten sam temat napisać kilka  wypracowań i to jeszcze w trakcie lekcji, ale zawsze jakoś mi się udawało. 
Od małego miałam bujną wyobraźnię. Byłam w trzeciej klasie podstawówki i któregoś razu pani wywołała mnie, żebym przeczytała na głos swoje wypracowanie. Wstałam i zaczęłam czytać. Kiedy skończyłam, pani poprosiła o mój zeszyt, żeby wpisać mi ocenę. Niestety, w zeszycie było pusto. Po prostu zapomniałam zrobić zadania i „czytałam” z głowy. Oczywiście nauczycielka natychmiast wezwała mamę do szkoły i oczywiście miałam pogadankę w domu o uczciwości, ale i tak czułam, że rodzice jednak byli ze mnie dumni.


Ola Stemplewska

Co zainspirowało Panią do napisania książki „Piątek trzynastego”?

Byłam na urlopie macierzyńskim, daleko od kraju. Jeszcze wtedy nie mieliśmy aż takiej dostępności polskich książek tutaj, biznesy kurierów dopiero się rozkręcały, więc też nie bardzo miałam jak zamówić książki z Polski, telewizja jakoś mnie nie kręciła, stwierdziłam więc, że skoro nie mam co czytać, to przynajmniej sobie napiszę. I tak się to zaczęło. Siadałam wieczorami z laptopem w łóżku i klepałam w klawiaturę. Miałam to szczęście, że moje dziecko przesypiało całą noc, więc nie mogłam nawet ponarzekać, że się nie wysypiam, wyżywałam się więc na książce.

Czym jest dla Pani tęsknota? 

Tęsknota to coś, co bardzo kocham, a czego nie mogę w żaden sposób dotknąć. To moje miejsca, moje wspomnienia, zapachy, smaki i przede wszystkim ludzie, którzy są daleko. To brak poczucia bezpieczeństwa. Bo tęskni się nie wtedy, kiedy wszystko układa się super ekstra, ale wtedy, kiedy czegoś w naszym życiu wyraźnie brakuje. 


Paulina Wisnicka 

Pani ulubiony dzień tygodnia, oraz dlaczego akurat ten?

Nie będę oryginalna – uwielbiam piątek, bo to znaczy, że już blisko weekend i w końcu będę miała trochę więcej czasu dla siebie (i rodziny oczywiście)

Jak w życiu pokonać pech?

To proste. Wystarczy przestać w niego wierzyć!




niedziela, 23 lipca 2017

Uwikłana - Bruce Porter

„Dwa światy
Dwie twarze
Jedna kobieta”

Pilar to piękna pochodząca z wyższych sfer Kolumbijka, która już w młodości postanawia, że pójdzie inną drogą, niż chce jej rodzina. Często wpada w kłopoty i tak samo jest, gdy poznaje mężczyznę, który zajmuje się handlem narkotykami. To przez niego zostaje uwikłana w handel kokainą w międzynarodowym kartelu i bardzo szybko staje się jego liderką. Jednak to wszystko nie trwa długo i kobieta postanawia zmienić swoje życie, wraz z dziećmi próbuje zacząć nowe życie na Florydzie, jednak i ją w pewnym momencie dopada sprawiedliwość. Kobieta zostaje zmuszona do infiltracji groźnego kartelu w celu przechwycenia dużej sumy pieniędzy i kokainy. Doświadczona Pilar wciela się w rolę idealnie, jednak przez to znajduje się na celowniku kolumbijskich partyzantów, którzy ją porywają i w tym momencie zaczyna się jej gra o największą stawkę, czyli życie.

Lubię czytać książki oparte na faktach, bo to przecież prawdziwe życie pisze najciekawsze historie. Taką książką jest właśnie „Uwikłana” Bruce Portera. Bardzo cieszyłam się z możliwości przeczytania tej powieści, bo już okładka i opis niezmiernie mnie zainteresował. Narkobiznes to temat, który interesuje wiele osób, powstaje wiele książek i filmów dokumentalnych, które sama lubię oglądać, więc ta książka po prostu wydawała się dla mnie idealna. Narkotyki to zmora ludzkości już od dziesiątek lat i na pewno nigdy nie znikną z naszej planety, ale można walczyć i rozbijać narkotykowe kartele, które winne są śmierci milionów osób na całym świecie.

Powieść ta przede wszystkim opisuje narkotykowy światek lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych i trzeba przyznać, że był to złoty okres narkobiznesu. Poznajemy ten świat od podszewki, widzimy, jaki to dochodowy biznes i jak silne i wpływowe są kartele narkotykowe. Handel, przemyt, dystrybucja i grube miliony. Oczywiście poznajemy także drugą stronę, czyli policję, która z tym walczy i próbuje rozbijać te dochodowe interesy. Widzimy także, jak duże postępy poczyniły wydziały narkotykowe od lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

„Uwikłana” to powieść niesamowicie wciągająca i pochłaniająca. Nie potrafiłam się oderwać od czytania, tak mocno zafascynowała mnie ta historia. Autor perfekcyjnie opisał historię Pilar i bardzo umiejętnie wplótł w nią zeznania kobiety i wszystkich osób, które były w tę operację zaangażowane. Na pewno jest to powieść, która uświadamia zwykłemu człowiekowi rozmiar i powagę narkotykowego problemu.


Polecam tę powieść wszystkim, dla mnie to jedna z lepszych książek o biznesie narkotykowym i walce z nim. To także kawał ciężkiej dziennikarskiej roboty i dlatego chylę czoła przed autorem. Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 20 lipca 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

Są takie książki, o których się nie zapomina, ona zostają z człowiekiem już na zawsze. Często wraca się do nich myślami, bo nie sposób zapomnieć treści. Taką właśnie powieścią jest „Światło, które utraciliśmy” Jill Santopolo. Zapraszam na recenzję.

Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku, w dniu, który połączył wiele osób. Spędzają ze sobą tylko jeden dzień, ale oboje czują, że coś ich do siebie przyciąga. Po latach przypadkowo wpadają na siebie i postanawiają być razem. Ich związek kwitnie, są ze sobą szczęśliwi i rozwijają swoje pasje. Gabe jest początkującym fotografem, a Lucky pomaga przy produkcji serialu dla dzieci. Jednak jak to często bywa, wszystko dobre kiedyś się kończy. Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie, a Lucy dowiaduje się o tym w dniu, kiedy jej program telewizyjny zdobywa nagrodę Grammy. Dzień, który powinien być dla niej szczęśliwy, okazuje się pełen smutku i żalu. Czy tysiące kilometrów pozwolą im o sobie zapomnieć? Czy pierwsza miłość okaże się tą ostatnią. Przekonajcie się sami?

„Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo.”

Jill Santopolo jest dyrektorem wydawniczym, wykładowcą akademickim i autorką książek, które zdobywają tytuł bestsellera. Mieszka w Nowym Jorku i całe swoje życie poświęciła książkom i pisaniu.

„Światło, które utraciliśmy” to jedna z tych powieści, po której zakończeniu ciężko zebrać myśli i ubrać je w słowa. Skończyłam ją czytać już jakiś czas temu i dopiero dziś zebrałam się w sobie i usiadłam do pisania recenzji. Nie pisałam jej wcześniej, bo nie chciałam, żeby była byle jaka, musiałam wszystko poukładać sobie w głowie, by przekazać Wam to, co było w niej najważniejsze.

Powieść ta jest piękna, a zarazem niesamowicie smutna i wzruszająca. To przejmująca historia prawdziwej miłości, która nigdy nie da o sobie zapomnieć, tego możecie być pewni. Historia niezwykle prawdziwa, która mogłaby się przydarzyć każdemu z nas. Bezsprzecznie jest to, powieść bardzo dojrzała, która nie opowiada tylko o miłości, ale także o bólu, rozpaczy, niepowetowanej stracie, życiowych rozterkach, straconych szansach i pogoni za marzeniami.

Narratorką w książce jest Lucy, która opowiada o swoim związku, swojej miłości do Gabe'a, o swoich marzeniach i wyborach. Jednak ani jedno z jej słów nie jest przeznaczone dla nas czytelników, bo ona to wszystko opowiada swojej miłości. Przypomina to trochę list, trochę pamiętnik i muszę Wam powiedzieć, że bardzo przypadł mi do gustu taki sposób narracji. Poza tym książkę czyta się bardzo szybko, ja spędziłam przy niej tylko kilka godzin, podczas których niejednokrotnie płakałam, bo wzruszenie ściskało moje gardło. Jeszcze raz podkreślę, że jest to historia niesamowicie piękna, chwytająca za serce, a zakończenie... no cóż, jego Wam nie zdradzę.

To, co bardzo mnie urzekło w tej historii, to to, jak autorka w piękny sposób porównała dwa rodzaje miłości. Pierwsza to taka, która wybucha nagle i intensywnie, ale potrafi bardzo szybko przeminąć oraz druga, która rodzi się powoli, jest spokojna, przemyślana, ma solidne fundamenty, ale niestety i ją można utracić.




„Światło, które utraciliśmy” to historia o miłości, tej jedynej, tej prawdziwej, takiej na całe życie, która nigdy nie przemija. To także historia o marzeniach, o poświęceniu, pełna emocja, która w sercu czytelnika zostawia ślad już na wielki.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.



wtorek, 18 lipca 2017

Małżeńska fuzja - Jennifer Probst

Jennifer Probst, to autorka, której książki biorę w ciemno, choć muszę przyznać, że pisze dość schematycznie. Jej powieści zawsze mnie rozczulają, wzruszają i niesamowicie rozbawiają, jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłam. Jak było tym razem? Czy „Małżeńska fuzja” mnie usatysfakcjonowała? Zapraszam na recenzję czwartego tomu serii Mariage to a Billionaire.

„Biznes wart miliony jest na wyciągnięcie ręki. Ale czy w interesach jest miejsce na miłość?”

Julietta Conte to piękna i chłodna kobieta sukcesu, prezes doskonale prosperującej rodzinny firmy La Dolce Famiglia. Najważniejsza jest dla niej praca, nie marzy o randkach i upojnych nocach z mężczyznami. Z kolei Sawyer Wells to bogaty biznesmen, który nie wierzy w miłość, interesują go tylko przelotne romanse. Jego priorytetem jest firma i pragnie zrealizować projekt, który nazywa „IDEAŁEM”. W związku z tym proponuje Juliette kontrakt, który ciężko jej odrzucić, gdyż jest ogromną szansą dla jej firmy. Już podczas pierwszego spotkania czują do siebie ogromne przyciąganie, jednak Juliette wie, że nie może sobie na nic pozwolić. I może tak zakończyłaby się ich przygoda, gdyby nie pewna osoba, która podstępem doprowadza do małżeństwa tej dwójki. Tylko, czy małżeństwo z rozsądku jest tym, czego pragnie Juliette? Czy w takim związku jest miejsce na miłość? Przekonajcie się sami.

„Jennifer Probst napisała swoją pierwszą książkę mając dwanaście lat. Później zrobiła krótką przerwę, aby wziąć ślub, zajść w ciążę, kupić dom, ponownie zajść w ciążę, zrobić magistra z literatury angielskiej. Teraz pisze ponownie. Probst jest dzsiaj autorką bestsellerów, publikuje romanse zarówno erotyczne i seksowne jak i współczesny romans. Pisze także książki dla dzieci.”

Jennifer Probst kolejny raz mnie nie zawiodła. Znów dostałam świetny romans pełen emocji, miłości i ogromnej dawki wzruszeń. Autorka ma talent do pisania dialogów, które momentami wyglądają jak słowna szermierka między bohaterami. Z uśmiechem na ustach obserwowałam poczynania bohaterów, którzy swoje zaaranżowane małżeństwo, na wszelkie możliwe sposoby próbowali zamienić na kontrakt handlowy. Naprawdę śmiechu w tej książce jest co niemiara. Prócz humoru pojawia się także wiele wzruszeń, a wszystko za sprawą przeszłości Wellsa, która jest naprawdę okropna. Ciężko mi się czytało o jego dzieciństwie, które jest jego tajemnicą, i którą skrzętnie ukrywa przed światem. Przez koszmar, który przeżył ma problem, by komukolwiek zaufać.

Kreacja bohaterów wyszła autorce bardzo dobrze. Nie sposób ich nie polubić i obdarzyć sympatią. Moim ulubieńcem oczywiście został Wells ze swoją poranioną duszą i demonami przeszłości. Juliette też ma swoje tajemnice, przez które boi się otworzyć i zbliżyć do Wellsa. Na początku nie mogłam zrozumieć jej postępowania, ale później wszystko stało się jasne. Na uwagę zasługuje także pewna starsza pani, czyli mama Conte. Kobieta wspaniała, cudowna o wielkim sercu. Polubiłam ją już w jednej ze wcześniejszych części, ale teraz moja sympatia do niej jeszcze się pogłębiła.

Książka napisana jest niezwykle lekko i co najważniejsze nie zawiera zbędnych opisów. Wszystko napisane jest zwięźle i na temat, pojawia się wiele dialogów, które ja osobiście uwielbiam. Dzięki temu wszystkiemu przez książkę wręcz się płynie i momentalnie dobija się do zakończenia.

„Małżeńska fuzja” to bardzo fajny romans, w którym pojawia się sporo scen seksu. Są one napisane ze smakiem, bez zbędnej wulgarności. Humor, namiętność, pożądanie i chwile wzruszeń, to wszystko znajdziecie w tej powieści. Więc jeżeli lubicie takie książki, to jest ona dla Was idealna. Osobiście uwielbiam twórczość Jannifer Probst i przeczytam wszystko, co napisze.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akapit Press.


Przemysław Borkowski - Zakładnik

Dzisiaj mam dla Was kryminał, ale to nie byle jaki kryminał, bo powieść autora znanego (mam taką nadzieję) wszystkim osobom, które posiadają telewizor bądź internet. Mówię tutaj o Przemysławie Borkowskim, który najbardziej znany jest z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Oczywiście parał się nie tylko tym, bo pisał również dla portali i miesięczników. Zaskoczeniem dla mnie było to, że Pan Przemysław napisał powieść kryminalną "Zakładnik", która znalazła się w moim zestawieniu "zapowiedzi majowych". Zastanawiacie się co, o niej myślę? Zapraszam zatem do recenzji :)

"Podczas porannego programu na żywo do studia telewizyjnego wkracza uzbrojony mężczyzna. Bierze zakładników, zabija jednego z nich, a następnie odczytuje bezsensowne oświadczenie i popełnia samobójstwo.

Był zwyczajnym człowiekiem – mężem, ojcem i dobrze prosperującym przedsiębiorcą. Co popchnęło go do tego czynu? Czy był zwykłym szaleńcem, czy też człowiekiem realizującym precyzyjny plan?

Psycholog Zygmunt Rozłucki i dziennikarka Karolina Janczewska – świadkowie tego wydarzenia postanawiają odpowiedzieć na te pytania kręcąc reportaż. Ich podróż śladami zamachowca niespodziewanie zamieni się w śledztwo dotyczące tajemniczej śmierci sprzed lat. Czy zdołają rozwiązać zagadkę z przeszłości? Czas goni, a od wyniku ich poszukiwań zależeć może życie kilku całkiem niewinnych młodych ludzi."

"... Był jak dziecko, które dostało zabawkę, ale nie umie się nią bawić, bo nikt wcześniej mu nic podobnego nie dał. Więc ją niszczy, bo tylko to potrafi..."


Zacznijmy od tego, że jestem pod wielkim wrażeniem warsztatu Pana Borkowskiego. Tak naprawdę nie znałam jego twórczości, dopóki nie przeczytałam na skrzydełku, że pisze opowiadania oraz wiersze, co bardzo mnie zaskoczyło. I to bardzo pozytywnie, ale i takim zaskoczeniem był też kryminał, który ukazał się w maju.

"Zakładnik" jest bardzo dobrze napisaną książką, pozostawiającą czytelnika w niewiedzy do ostatniej kartki, powoli potęgując całą gamę sprzecznych emocji, które nawarstwiają się z każdą stroną, aby w końcu przejść w lawinę, która uderza w czytelnika z pełną siłą. Cała fabuła została nakreślona moim zdaniem po mistrzowsku. Pełno zagadek, masa ślepych uliczek, które muszą przejść bohaterowie, aby dostać się do tego celu, który widnieje gdzieś już na horyzoncie, a jednocześnie jest nieuchwytny. Do tego masa szczegółowych opisów, które bardzo dobrze wpasowały się w tę powieść kryminalną. Do tego bardzo przejrzysty wątek psychologiczny, który mnie bardzo ujął. Tam, gdzie wątki psychologiczne-tam i ja! I ja to kupuję za każdym razem :)

Bohaterem tego kryminału jest psycholog Zygmunt Rozłucki, który od pierwszych stron podkreśla, że nie jest ideałem, popełnia błędy i może się mylić, dzięki takiemu opisowi ta postać stała się bardziej prawdziwa i wiarygodna. Jest bardzo inteligentny i bystry, jednak w wyniku problemów osobistych, posiada bardzo zaniżoną samoocenę. Gdy on się wahał-ja wahałam się z nim. Po prostu przejęłam w pełni jego uczucia i myśli. Mamy też niezwykle rezolutną panią dziennikarz, która próbuje się wybić i zrobić materiał "życia" - Karolinę Janczewską. Osobę bardzo spostrzegawczą, a jednocześnie posiadającą w sobie taką ciekawość, można by rzec dziecka. Nie poddaje się szybko i to właśnie dzięki niej Rozłucki podbudowuje swoją samoocenę. Razem jako postacie stworzyli duet idealny-takie yin i yang, dzięki któremu nie mogłam odejść od książki i przewracałam strony mimo tego, że gdzieś tam czaiły się obowiązki.

Jeśli chcecie przeżyć krwawą i pełną zagadek "przygodę życia”,o której nie zapomnicie szybko, to "Zakładnik" Przemysława Borkowskiego, będzie książką, po którą musicie sięgnąć koniecznie!

Dziękuję za przeczytanie Wydawnictwu Czwarta Strona!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Chłopak, który o mnie walczył - Kirsty Moseley

Chyba wiecie, jak to jest, gdy musicie czekać na kontynuację swojej ulubionej książki. Ja tak właśnie czekałam na „Chłopaka, który o mnie walczył” Kirsty Moseley. Nie mogłam się doczekać tej powieści, gdyż zakończenie poprzedniego tomu zdruzgotało mnie doszczętnie, ale tak to już jest z seriami, że trzeba czekać na kolejne części, a autorzy lubią się znęcać nad czytelnikami i piszą zakończenia, które rozrywają serca. Jednak się doczekałam i mogę Wam napisać, że było warto, bo to kolejna książki Kirsty, która ogromnie mi się spodobała. Zapraszam na recenzję kontynuacji losów Jamiego i Ellie, bohaterów „Chłopaka, który chciał zacząć od nowa”.

Trzy lata od rozstania z Jamiem, Ellie musi wrócić do Nowego Jorku. Powrót jest ciężki i bolesny, gdyż w rodzinie dziewczyny wydarzyła się ogromna tragedia, z którą musi się zmierzyć. Z bolącym sercem musi zostawić za sobą swoje nowe życie, narzeczonego i wspólne plany, by pomóc rodzinie. Jest przekonana, że już dawno wyleczyła się z miłości do Jamiego, jednak jedno krótkie spotkanie z miłością życia, uświadamia jej, że tak naprawdę nigdy nie przestała go kochać i że żaden mężczyzna nigdy nie obudzi w niej takiej namiętności jak Jamie. Tylko, gdzie w tym wszystkim miejsce dla Toby'ego, narzeczonego Ellie? Po porzuceniu Ellie i po odbyciu kary w więzieniu Jamie postanowił się nie zmieniać, bez Ellie jego życie okazało się tylko pustą i bolesną egzystencją. Gdy dziewczyna wraca do domu, Młody Cole postanawia walczyć, by ją odzyskać. Tylko, czy ma jeszcze szansę? Czy jego nowe życie nie przerazi dziewczyny? Czy wrogowie skorzystają z okazji, by odebrać mu to, co kocha? Tego wszystkiego musicie dowiedzieć się sami.

Naprawdę bardzo, ale to bardzo czekałam na tę książkę. Byłam niezmiernie ciekawa, jaki los zgotowała autorka bohaterom, ale chyba nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewałam się tego, co dostanę, z jakimi przeciwnościami losu i z jakimi tragediami będą musieli się zmierzyć. Już pierwsze strony nie napawają optymizmem, a im dalej, tym gorzej. Kirsty porusza bardzo trudne tematy, które w rzeczywistości dotykają każdego z nas. Nie będę o nich pisać, bo zbyt dużo bym zdradziła, a nie taki jest mój zamiar. Książka jest mało przewidywalna i naprawdę ciężko się domyślić, co będzie dalej i czy można liczyć na szczęśliwy happy end. W moim odczuciu wszystko zostało bardzo dobrze dopracowane i stworzyło świetną, wciągającą całość. Mam tylko jedno małe „ale” odnośnie momentu, w którym bohaterowie pierwszy raz spotykają się po latach. Nie wiem, czy w takim momencie swojego życia, Ellie znalazłaby się tam, gdzie się znalazła. Może się czepiam, może dla Was nie będzie to problem, ale mi coś tam zazgrzytało i stawiając się na jej miejscu, na pewno bym tak nie postąpiła. Kolejny raz nie napiszę, o co chodzi, ale jeżeli przeczytacie książkę, to będziecie wiedzieć o czym piszę. To tylko mały szczegół, poza którym wszystko mi się podobało i żałuję, że to już koniec mojej przygody z tymi bohaterami, bo historia zawarta w książce, jest naprawdę świetna.

Bohaterowie zostali wykreowani przez autorkę bardzo dobrze, zmienili się, stali bardziej wyraziści i charakterystyczni. Może znów ciut zostali przez autorkę wyidealizowani, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Jamie to nadal mój ulubieniec, który po odtrąceniu Ellie przestał tak naprawdę żyć i choć przebywał wśród wielu ludzi, cały czas czuł się samotny. Najbardziej ujęła mnie w nim ta jego niepewność i brak akceptacji swojej osoby. Ellie to jego przeznaczenie, z którego kolejny raz postanowił nie rezygnować. Ogromna zmiana zaszła w Ellie, bolesna przeszłość zmieniła ją. Stała się osobą silną, ale także bardzo kruchą i wrażliwą. Kocha Jamiego, ale przeraża ją to, czym się zajmuje. Czy da mu szansę?

Książka napisana jest lekko i momentalnie przepada się w głąb fabuły. Ostatnio miałam straszny okres, nie mogłam czytać książek, nic na maksa mnie nie wciągało, a ta książka to zmieniła i znów poczułam ogromną radość z czytania. Uwielbiam twórczość Kirsty, zdarzają się jej książki lepsze, trochę gorsze, ale ta jest po prostu idealna.

Narracja prowadzona jest naprzemiennie, czyli tak jak lubię. Mogę nawet stwierdzić, że bohaterowie podzielili się książką po połowie, więc perspektywy Jamiego, jest naprawdę sporo. Osobiście lubię zagłębić się w męskim umyśle, więc jestem z tego bardzo zadowolona.

„Chłopak, który o mnie walczył” to przepiękna historia o miłość, która wiele razy będzie musiała pokonywać przeciwności losu. Autorka nic nie ułatwia swoim bohaterom i rzuca im pod nogi kolejne kłody, które nieraz ciężko będzie ominąć. Czy miłość zwycięży? Czy rozgoni mroki? Przekonajcie się sami. Ja Wam tę powieść gorąco polecam.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.

Misja Wywiad z Anną Judge


Kolejna ciekawa Misja Wywiad za nami. Tym razem na Wasze pytania odpowiadała Anna Judge, autorka powieści "Puzzle", i to właśnie tą książkę p. Anna ofiaruje Marioli  Zofii Laurze Marszałek, gdyż to jej pytanie uznała za najciekawsze! Gratulujemy i prosimy o kontakt na naszym fb w ciągu 3 dni.

Iza Wyszomirska
1. Jaka bariera zniechęciłaby Panią do wyjazdu za granicę?

Nie ma takiej bariery. Rodzina, miłość, śmierć…nic nie jest w stanie zatrzymać koła czasu. Technologia nam w tym pomaga. Dziś mamy tak pięknie i sprawnie działająca komunikację, że nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w podejmowaniu decyzji o zmianach. O zmianie miejsca zamieszkania również.

2. Ludzie decydują się na emigrację najczęściej w nadziei na lepsze, szczęśliwsze życie. Tak było w przypadku Marii - bohaterki "Puzzli". Ale czy zawsze warto zaryzykować i zostawić całe swoje dotychczasowe życie, niejednokrotnie kosztem tęsknoty za rodziną, przyjaciółmi i samotnością?

To pytanie jest ściśle związane z pierwszym. Decyzja o emigracji powinna być przemyślana . Fakt. Jednak czy nazwałabym ten krok ryzykiem? Pewnie tak. Bo czymże sa zmiany w naszym zyciu jak nie ryzykiem? Ryzykujemy każdego dnia. Wychodząc rano do pracy – ryzykujemy. Godząc się na związek- ryzykujemy. Zmieniając prace – ryzykujemy. Nikt z nas nie wie, co czeka  za rogiem? Ryzyko jest wpisane w nasze życie. W każda jego sferę. Siedząc w ciepełku wygodnego życia bez oczekiwań na zmiany, przestajemy się rozwijać.

Paulina Wisnicka
1. Układa Pani rozsypane puzzle...obrazek, który z nich powstanie zobrazuje Pani życie...Co przedstawia?

W zależności od okresu w życiu obrazek ten jest różny. Obecnie przedstawia hiszpańskie klimaty i krajobrazy. Już tak wiele puzzli ułożyłam, różnych puzzli ale wciąż stara, się dążyć do tego aby moja twarz na tym obrazku uśmiechała się naprawdę radośnie.

2. Gdyby mogła Pani zacząć swoje życie na nowo- z czystą kartą-to zmieniłaby coś Pani w swoim życiu? może miejsce zamieszkania?

Hmmm…z nową kartą? Nie, dziękuję :)) Gdybym nie mogła korzystać z doświadczeń, jakie zdobyłam dotychczas , nie chciałabym zaczynać od nowa. Pewne elementy może i chciałabym zmienić ale wówczas zmieniłabym kierunek mojego i innych osób życia, a tego nie chcę. Czuję się spełnioną kobietą. Mieszkam w ciekawym miejscu. Daleko od rodziny ale przecież samoloty teraz latają/ jeżdżą jak tramwaje :)))

Nela Radon
1. Czy doświadczyła Pani podobnie jak Maria emigracji, czy Wasze losy są do siebie podobne?

Tak doświadczyłam emigracji. Jednak Maria – bohaterka Puzzli nie przeżywa wszystkiego co osobiście przeżyłam. Jest to postać jedynie w kilkunastu procentach podobna do mnie. Ja ją wszak stworzyłam :)) Jednak to co przeżywa Maria na kartach powieści nie jest moja biografią. Wiele zdarzeń opiera się na przeżyciach innych osób ale postać jest autentyczna.

2. Co sprawiło, że zaczęła Pani pisać i skąd tak dobre pomysły na tytuły swoich książek? ;)

Pisać zaczęłam wiele lat temu. Jako nastolatka. Pisałam wiersze, krótkie opowiadania i nawet zdarzała się proza poetycka! Zaproszono mnie do wstąpienia do klubu literackiego „Na Wyspie” , którego przewodnicząca była Anna Beata Chodorowska, członkini Związku Literatów Polskich. Pisałam i dorastałam literacko w cudnej atmosferze spotkań z uznanymi krytykami i literatami, licznych  dyskusji .Jak większość, walczyłam z tytułami  dla każdego powstałego wiersza i chyba nauczyłam się wysupływać kwintesencję, nie podając całkowicie puenty. A w tytułach przecież o to chodzi))

Mariola Zofia Laura Marszałek
1. Kto jest dla Pani autorytetem w życiu prywatnym, a kto w życiu artystycznym / literackim - czyją twórczość ceni sobie Pani wyżej niż innych autorów książek / poezji / obrazów / rzeźb? A może nie ma takich ludzi, w Pani życiu?

Ciekawe i mądre pytanie. Osobiście uważam ,że bez autorytetów nie jesteśmy w stanie się rozwijać, uczyć. Tak się składa ,że nie mogę rozdzielić życia osobistego od zawodowego, ponieważ moją życiową pasją  i miłością jest to co robię. Otaczałam się sztuką , zawsze pragnęłam żyć w otoczeniu sztuki i tak się złożyło, tak się stało. Autorytetów wobec tego miała i mam wiele. Dziewczynkę zachwycały przygody Aleksandra Dumas, nastolatkę Maria Pawlikowska – Jasnorzewska, Tuwim, później nadszedł czas na Różewicza, Hłaskę, Jorge Luisa Borges, Halinę Poświatowską, Zbigniewa Herberta, Wisławę Szymborską, Alice Munro, Jonathana Carrolla, Paulo Coelho, E.Maria Remarque….Ethel Lilian Voynic, angielska pisarka. Odnalazłam ją na półce z książkami przypadkowo. Nieznana, zapomniana…Jej książka „Szerszeń” wywarła na mnie ogromny wpływ…Nie mogę tu zapomnieć o Jeremim Przyborze! „Kabaret Starszych Panów” mnie „wychował” :)))
 To samo dzieje się z obrazami. Ulubionych mam  wiele. Takich ,że mogłabym na nie patrzeć godzinami i wciąż coś nowego zachwyca i przyciąga wzrok. Jednak największy  wpływ  maja na mnie impresjoniści :))) Jeśli chodzi o rzeźbę, to generalnie sztuka renesansu przyciąga. Ludzie…? Leonardo da Vinci nie przestaje zachwycać umysłem.
Powiem tak, zadała Pani bardzo intrygujące pytanie, nad którym posiedziałoby się znacznie dłużej i podyskutowało. Wszak sztuka otacza nas każdego dnia :)))

2. Co Pani czuje czytając recenzje swojej książki - zarówno te pozytywne jak i negatywne - oraz co Pani z nich wynosi dla samej siebie i swojej przyszłej działalności literackiej?

Kolejne doskonałe pytanie :) Jak wielu jest ludzi tak wiele mamy opinii. Jeszcze się taki nie urodził …itd. :))) Szanuję opinie ludzi , które nie są zgodne z moimi. Wysłucha, przemyślę, najpierw wewnętrznie się ustosunkuję… Później postaram się odpowiedzieć. Nauczyłam się szacunku do konstruktywnej krytyki podczas spotkań w klubie literackim i wspaniałych dyskusji podczas lekcji języka polskiego jeszcze w liceum. Pozytywne opinie łechcą naszą próżność, łaskoczą „podniebienie” :)) Negatywne , jeśli nie zawierają  jadu, a taki można wyczuć od razu, pomagają spojrzeć na siebie z innej strony. Jest to potrzebne do zachowania balansu. Kiedyś moja babcia mawiała : w lustro spoglądaj zawsze dwa razy!
Krytyka jest nam potrzebna do rozwoju. Jest mi osobiście potrzebna do rozwoju i podejmowania kolejnych kroków artystycznych z podwójnym przejrzeniem się w lustrze :)))

Agnieszka E. Rowka
1. Mając ile lat zapragnęła Pani zostać pisarką?

Pragnienia pisania odkryłam w sobie jako nastoletnia dziewczynka, może miała 12 lat?  Nie pamiętam dokładnie. Podążając na tym pragnieniem znalazłam się na tej  a nie innej drodze :)))

2. Czy zostając pisarką spełniła Pani swoje marzenie czy może ma Pani jeszcze jakieś i dąży do jego realizacji?

Marzeń mam cały worek :))) Systematycznie i powoli z rozmysłem i spontanicznie , spełniam je z radością. Przychodzą do mnie jak dobrzy przyjaciele. Rozsiadają się wygodnie i czekają na mój ruch :)) Ja im się przyglądam i działam :)))

3. Gdyby mogła Pani wynaleźć tylko 1 lekarstwo, którego jeszcze nie ma, to na jaką chorobę byłoby? A może byłby to zastrzyk nieśmiertelności?

Z pewnością nie byłby to zastrzyk nieśmiertelności. Choroby cywilizacyjne dziesiątkują nas, ludzi na tej planecie. Chciałabym wynaleźć lek na raka, który zabiera wszystkich,  niewinne dzieci  i dorosłych. Lek na Alzheimera, aby ludzie mieli świadomość do końca swoich dni , kto jest przy nich. Lek na chorobę jaką jest władza. Ludzie którzy dostają się do władzy , chcą jej więcej i więcej… bez opamiętania wywołują wojny.

Joanna Wiewióra
1. Wymarzone miejsce do którego by chciała Pani pojechać i napisać kolejną wspaniałą książkę i co by ze sobą Pani zabrała?

Wymarzone miejsce to wciąż ciepełko, woda…czyli Malediwy, Dominikana…zabrałabym z sobą tylko najbliższych, ludzi których kocham…rzeczy nie mają znaczenia. Choć musiałby się znaleźć w walizce dobry laptop, aby pisać :))))

2. Jak wygląda dzień Pani pracy nad pisaniem książki. Czy zamyka się Pani w samotności i nie jest dostępna dla nikogo czy spędza Pani czas z przyjaciółmi bądź rodziną i tworzy wtedy pomysły na książkę?

Dzień rozpoczynam dobrą herbata i lekkim śniadaniem, rozmową z mężem. Choćby krótkim : Dzień dobry kochanie! Piszę w ciszy, jedynie muzyka może mi towarzyszyć. Piszę rano godzinę, dwie.. Dalej, toczy się normalne życie. Do pisania siadam ponownie wieczorami. I znów w ciszy ludzkiej ale z muzyką. Ludzie są mi potrzebni do życia.  Ludzie których kocham, przyjaciele, znajomi…spędzamy sporo czasu razem. Podczas rozmów, wspólnych wypadów pojawiają się pomysły na wiersz czy opowiadanie. Inspiracją do opowiadania, książki może być iskierka w kominku czy lawina w Alpach :))) Wszystko co nas otacza jeśli patrzymy i słuchamy.

Edyta Synyszyn
1. Jaka jesteś Aniu w życiu prywatnym? (bo znamy się tylko jeszcze z fb) ale ciekawi mnie jaka jest Anna Judge na co dzień?

Jaka jest dzis Anna Judge? Inna niż Ania Partyka, nastolatka , która nieśmiało jako nastolatka, zaczynała pisać wiersze. Wzięłam udział w konkursie epistolograficznym organizowanym przez Klub Literacki „Na Wyspie” w Świnoujściu i zostałam zaproszona do wstąpienia do klubu! To był niesamowity zaszczyt! Czułam się niezwykle wyróżniona.
W życiu prywatnym przeszłam , jak każda kobieta, wiele zdarzeń. Budujących i rujnujących. Podnosiłam się za każdym razem kiedy upadlam. Niezwykła siła pozwalał mi na to aby się podnieść. Nie mam pojęcia skąd ta siła się brała. Ale czułam ja w sobie i obok siebie :) Przez wszystkie lata uśmiechałam się do ludzi. Kocham ludzi, dzieci, zwierzęta, naturę. Jestem raczej osoba poszukująca , ciekawska, z nuta odwagi i determinacji w dążeniu do wyznaczonych celów. Kiedyś nie miałabym odwagi na powiedzenie, iż jestem odważna - hahahahaha. Dziś nie stoję w kacie. Nie czekam aż mnie ktoś w nim odnajdzie. Bajki się zdarzają ale jeśli sami do nich napiszemy scenariusz! :) Dzisiejsza Anna, dojrzała doświadczeniami kobieta jest  bardziej otwarta na zdarzenia i doświadczenia. Uśmiecham się do ludzi szczerze i daje im kredyt zaufania na dzień dobry. Niemniej jeśli zdradza ten kredyt, nie poświęcam im więcej uwagi. Szkoda energii i czasu. Co jeszcze mogę powiedzieć o sobie? Zawsze starałam się pomagać potrzebującym. Stad moje działania charytatywne. Niemniej staram się zachować zdrowy rozsadek i nutę egoizmu własnego.

Edyta Chmura
1. Czyta Pani najchętniej polskich współcześnie tworzących autorów, klasyków czy może pisarzy zagranicznych?
2.Kto w ostatnim czasie Panią zachwycił? Była może jakaś książka, do której podchodziła Pani dość sceptycznie, a okazała się istną perełką?

Sądzę , że na to pytanie pokrótce już odpowiedziałam wcześniej :))  Czytam dużo i różnych autorów. Zachwycam się ostatnio polską współczesną literaturą. Jest jej tak dużooo :))) Czasu brakuje na czytanie wszystkiego! Niemniej jednak Katarzyna Grochola wciąż mnie bawi poczuciem humoru, Manuela Gretkowska przemawia niedomówieniem, Olga Tokarczuk zachwyciła mnie Domem dziennym i domem nocnym… Tak zwana literatura kobieca ma obecnie tak wiele ciekawych pozycji! Nie sposób wymienić wszystkich. I dlatego czytam też z polecenia. Jest również wielu zagranicznych pisarzy, których czytuję.
Do książki Ethel Voynic pt. „Szerszeń” podchodziłam baaardzo sceptycznie. Jednak miałam wówczas może 17 lat? I to ta książka wywarła na mnie ogromny wpływ. Okazała się perełką. Czy obecnie mogę tak powiedzieć o jakiejś pozycji jaką przeczytałam? Na razie nie. Książki jakie czytam przynoszą oczekiwane zachwyty i przemyślenia.

Zuzanna Malinowska
1. Kim pani chciałaby być za 10 lat? Jak widzi pani przyszłość swojej kariery?

Pani Zuzanno, za dziesięć lat będę stateczną staruszką :))) Ale wciąż otwartą na ludzi i zdarzenia! Z odrobiną szaleństwa w oczach))) Za dziesięć lat chciałabym mieć na koncie duuuużo wydanych książek i całą rzeszę czytelników z którymi zdrowie pozwoliłoby mi spotykać się i dyskutować. Jeśli Alzheimer nie popsuje szyków :))) Powiem cichutko , że życzyłabym sobie aby choć dwie książki znalazły swą ekranizację.

Krzysia Bezubik
1.  Aniu, jakiej muzyki słuchasz w trakcie pisania?
Dziękuję Krzysiu za to pytanie :))) Ponieważ jestem z wykształcenia muzykiem, dźwięki towarzyszą  mi zawsze i wszędzie.  Podczas pisania również. Lubię mieć wolną przestrzeń podczas pisania. Nikogo wokół , kto chciałby rozmowy. Muszę się skupić . Otwieram jednak umysł i serce dla muzyki. Przeważnie słucham klasyki. Uwertury, koncerty, opera … ale również jazz, soul. Instrumentalne wersje klasyki Davida Garretta są jednym z ostatnich  moich odkryć. Ciężko powiedzieć czego dokładnie słucham , ponieważ jest to uzależnione od nastroju. Niemniej, jak powiedziałam wyżej jest to przeważnie muzyka klasyczna.

Ewa Badeńska
1.  Anno ...Czy kochasz ? Czy jesteś kochana?

Wow!  Czy kocham? Oczywiście! Kocham pasjami. Zauważyłam u siebie pewną zależność. Jestem przepełniona chęcią, potrzebą kochania! Nigdy dość. I tak, jestem kochana. Ta świadomość dodaje mi skrzydeł.

Kasia Godefroy
1. Jak Ty to robisz? Jak masz czas na wszytko, pisanie, zżycie, promocje, spotkania


Podpowiem co się u mnie dzieje….spontaniczne planowanie :))))