niedziela, 22 kwietnia 2018

Uwolnij mnie - Daria Skiba (PATRONAT MEDIALNY)

„Jak bardzo miłość może zaślepić? 
Diana przekonała się o tym, wpadając w sidła bezwzględnego Patryka. Jak wiele musiała przejść dziewczyna, by w końcu podjąć decyzję o wyrwaniu się z objęć szaleńca i czy wymarzone wakacje będą pierwszym krokiem do uwolnienia? Diana będzie zmuszona do podjęcia egoistycznych decyzji, by po raz pierwszy od wielu lat postawić siebie na pierwszym miejscu. Czy rodzące się w jej sercu nowe uczucie przetrwa próbę czasu? Przeszłość nigdy nie odchodzi w niepamięć, czuwa, by uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Pewnego dnia demony upomną się o dziewczynę…
Daj się porwać w wir wydarzeń i emocji, by poczuć na własnej skórze to, co musiała przejść Diana. Myślisz, że jesteś w stanie tego dokonać?”

Daria Skiba urodziła się w 1991 roku, więc to jeszcze całkiem młoda dziewczyna, która pochodzi ze Stronia Śląskiego, a obecnie mieszka w Irlandii, Z wykształcenia jest technologiem żywności i żywienia człowieka, ukończyła Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu. Wielką pasją Darii jest blog Kraina książką zwana, który osobiście Wam polecam, bo znajdziecie tam wiele opinii o książkach naszych polskich autorów. Prywatnie uwielbia Within Temptation , taniec z ogniem i czekoladę. Kieruje się zasadą „wszystko jest możliwe, trzeba w to tylko mocno wierzyć”.

Jeżeli śledzicie naszego bloga, to wiecie, że uwielbiam debiuty literackie, przede wszystkim debiuty naszych rodzimych autorów. Darię poznałam już jakiś czas temu, ale nie zdawałam sobie sprawy, że oprócz prowadzenia książkowego bloga, pisze także książki. Zdziwiłam się, kiedy poprosiła mnie o patronowanie nad jej debiutem, ale czy mogłam odmówić? Oczywiście, że nie, tym bardziej kiedy zapoznałam się z fabułą, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że wielu z Was będzie pod dużym wrażeniem tej powieści, tym bardziej że jest to pierwsza książka Darii, jej debiut, a napisana została tak, jakby Daria siedziała w literackim świecie od bardzo dawna. Mogę tylko chylić czoła nad jej talentem, nad jej dokładnością, nad dbałością o szczegóły, a przede wszystkim nad tym, w jaki sposób przelała na papier wszelkie emocje, które muskały mnie i oplatały podczas czytania. To nie jest lektura łatwa, lekka i przyjemna, ale takie właśnie bardzo często jest prawdziwe życie, które momentami ma gorzki smak i to tylko od nas zależy, od naszej odwagi, czy coś w nim zmienimy, by pozbyć się bólu, goryczy i czy pozwolimy sobie na nowy start.

Daria w swojej książce poruszyła temat, który w Polsce i pewnie w wielu innych krajach jest tematem tabu. Kobiety boją się, a przede wszystkim wstydzą się o tym mówić, przez co czasami przez wiele lat milczą, bojąc się o własne życie, ale także wstydzą się tego, co ludzie powiedzą. Niestety milczenie jest dla oprawcy i kata przyzwoleniem na wyrządzanie kobiecie coraz to większej krzywdy i nie piszę teraz tylko o przemocy fizycznej, bo przemoc psychiczna boli tak samo, a czasami nawet i bardziej. Najgorsze jest to, że każda kobieta myśli, że uda jej się zmienić swojego partnera, ale niestety tylko mały odsetek mężczyzn potrafi zrobić pierwszy krok ku zmianom i przy tych zmianach wytrwać. Taki los spotkał główną bohaterkę, ale czy jej udało się wyrwać z rąk szaleńca, tego już musicie dowiedzieć się sami.

Według mnie Daria stworzyła świetnych bohaterów. Każdy z nich jest inny, charakterystyczny, niezwykle wyrazisty, a ja takich bohaterów lubię najbardziej. Dzięki nim książka zyskała głębi i wiarygodności, a o to właśnie chodzi, by historia bohaterów w jakimś stopniu stała się i moją historią, bym mogła przeżywać ją razem z nimi i bym mogła czuć to, co czują w danej chwili. Emocji mnie nie zabrakło i jestem przekonana, że z Wami będzie podobnie.

Styl autorki jest lekki i dzięki temu przez książkę wręcz się płynie, nie odczuwając ubywających stron, sama była zdziwiona, jak szybko dotarłam do końca. A samo zakończenie zaskakuje i od razu ma się ochotę na więcej. 

Polecam Wam tę powieść z całego serca, bo to historia, którą mogłoby napisać prawdziwe życie (a może już gdzieś ją napisało), świat jest okrutny i myślę, że po tym świecie stąpa niejedna Diana, niejeden Patryk i na całe szczęście niejeden Alan. To powieść o życiu, która naprawdę zmusza do wielu refleksji, a także zmusza do wyciągnięcia wielu wniosków. Zawsze, gdy czytam książki, które dotykają tak trudnych tematów, uświadamiam sobie, ile zależy od nas ludzi, więc reagujmy, gdy widzimy, czy słyszymy, jak komuś dzieje się krzywda.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Darii oraz wydawnictwu Vectra.

sobota, 21 kwietnia 2018

Samobójstwo na raty - Anka Mrówczyńska

"Samobójstwo na raty" to nowa powieść Anki Mrówczyńskiej. Poprzednie części tej serii były dla mnie bardzo mocne i emocjonalne, a po przeczytaniu ich stwierdzilam, że muszę przeczytać i tę część. Zapraszam Was na recenzję!

"Po dzienniku ze szpitala psychiatrycznego i wspomnieniach z pierwszej psychoterapii indywidualnej, nadszedł czas na pogłębienie wiedzy o przeszłości autorki. Anka Mrówczyńska powraca z trzecią częścią cyklu „Młody bóg z pętlą na szyi”, polecanego przez czołowe magazyny psychologiczne i psychiatryczne. Książka będzie szczególnie przydatna studentom studiów medycznych, klinicystom, początkującym terapeutom oraz innym specjalistom zajmującym się szeroko pojętą ochroną zdrowia psychicznego.

Ramy czasowe książki to początek związku Mrówczyńskiej z narzeczonym oraz pierwsze konsultacje u psychoterapeuty indywidualnego. Powieść stanowi cenne źródło wiedzy o sposobie myślenia, zachowaniu, impulsywnym podejmowaniu decyzji, zaburzeniach depresyjnych, przyczynach autoagresji i autodestrukcji u osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości. Mrówczyńska wprost, bez ogródek i jakichkolwiek hamulców opisuje świat wewnętrzny oraz życie osoby cierpiącej na borderline."

Ta część jest dla mnie dużym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się na samym początku, że Autorka w"Samobójstwie na raty" opisze ten konkretny okres czasu. Całość narracji jest prowadzona w stylu wpisów na blogu. Wraz z datami - mogliśmy zobaczyć walkę między autodestrukcją, a chęcią zdrowego trybu życia. Książka była istną karuzelą emocji, bardzo wczułam się w to, co Anka Mrówczyńska opisywała w swojej powieści szczególnie, że to nie jest lektura, która idzie w czytaniu gładko i lekko. Analizowałam każde zachowanie opisywane w tej książce, często po przeczytaniu paru stron, wgapiałam się po prostu w sufit i myślałam o  tym jakby to było postawić siebie w takiej sytuacji. I wiecie co? Po tej powieści jestem jeszcze bardziej pełna podziwu dla osób, które mają takie zaburzenia i chcą się leczyć. Zazwyczaj my jako społeczeństwo albo ignorujemy takie osoby, albo odcinamy się od problemu zamiast nieść pomoc i zrozumienie. Cała twórczość Anki Mrówczyńskiej to taka podróż wgłąb umysłu chorego. Jest ona pełna bólu, niezrozumienia, ale i niekiedy chwil radości, których właśnie zaznajemy w "Samobójstwie na raty".

Polecam Wam serdecznie tę książkę. Jest mocna - to fakt, ale zdecydowanie warta, aby poznać tę chorobę, aby wiedzieć, co czuje chory, aby można było postawić się w takiej sytuacji. Polecam wszystkim, których interesuje psychologia i psychiatria. Tę książkę zapamiętacie na długo.

Za możliwość przeczytania dziękuję Autorce. 

piątek, 20 kwietnia 2018

B.D.B - Numero Uno



Uwaga! Jeśli nie jesteście tolerancyjni jeśli chodzi o osoby o odmiennej orientacji seksualnej,  to nie powinniście czytać tej recenzji.

Dzisiaj mam dla Was książkę autorki bloga Byle Do Brzegu, tytułowaną jako B.D.B "Numero Uno". Nie powiem, bo zaciekawiła mnie mocno ta pozycja i ten temat, a to dlatego gdyż uważam, że jest zdecydowanie za mało książek poruszających temat odmiennej orientacji seksualnej. Sama trafiłam tylko na jedną taką książkę w całym swoim "czytelniczym życiu", i jak dla mnie takiej literatury powinno być dużo więcej, szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie coraz więcej mówi sie o tym i nagłaśnia powszechną tolerancję. Ale już nie będę przynudzać! Zapraszam Was na recenzję "Numero Uno" od B.D.B!

W książce mamy dwóch młodych, wkraczających w dorosłość chłopaków - Tymka oraz Unirada, którego nazywają po prostu Radkiem, albo "Uno". Spotykają się w ośrodku rehabilitacyjnym i po pewnym czasie zaczynają coś do siebie czuć. Obserwujemy ich związek, to jak się rozwija oraz to jakie przeszkody Autorka stawia im na drodze.

Bardzo podobała mi się historia opisana w tej książce, ale wykonanie moim zdaniem pozostawia troszkę dużo do życzenia. Pierwsze, co mnie bardzo mocno "zirytowało", było to to jak Tymek i Radek się poznali. Nie czułam tutaj jakiejś  chemii między bohaterami (dopiero potem w trakcie ta chemia się rozwija i można ją  wyczuć). Brakuje mi w tej powieści takiego prawdziwego zapoznania i tego jak chłopaki ukradkowo zaczynają coś tam do siebie czuć. Tutaj to jest dokładnie tak przedstawione -> "Ale z niego dupek!" -> kilka kartek dalej już się zaczynają całować i zachowują się jak stare małżeństwo. Trochę szkoda, że autorka nie rozwinęła tego wątku, bo moim zdaniem to byłoby po prostu ciekawe.

"Byliśmy chosem, który nitka po nitce zaczynał łączyć się i splatać w coś pięknego, czemu sami dopiero nadamy kształt. Nie od dziś wiadomo, że z wszechogarniającego chaosu powstaje coś idealnego. Byliśmy swoją własną miarą ideału"

Potem było już coraz lepiej. Książkę bardzo przyjemnie się czytało, Autorka ma bardzo dobry styl, umiała mnie zaciekawić swoją powieścią i fabułą, która potem bardzo się rozkręciła oraz nabrała tempa. Co muszę jeszcze dopowiedzieć, to bardzo podoba mi się to jak Autorka rozrysowała nam bohaterów i ich problemy. To było takie prawdziwe i nie przerysowane, nie to co niestety w romansach, które opisują związki heteroseksualne. Tutaj nie ma, jak to się mówi "wybuchów, pościgów i masy hollywoodzkich akcji" (no dobra, jedna scena jest bardzo dla mnie hollywoodzka), ale nadal ta książka ukazuje tak naprawdę najprawdziwszą miłość, bez otoczki takich mega "krzykliwych" akcji. To moim zdaniem najbardziej wyróżnia tę książkę na tle innych. Ta prawdziwość i brak tych przerysowanych dramatów.

Bardzo polecam! Tak jak mówiłam książka ma lekkie niedociągnięcia, ale nadal uważam ją za fajną lekturę, która pięknie opisuje miłość homoseksualnej pary. Z chęcią też będę doglądać bloga Autorki i patrzeć jak się rozwija 😊

Za możliwość przeczytania dziękuję Autorce.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Richard Paul Evans - Hotel pod jemiołą

Richard Paul Evans to bestsellerowy amerykański pisarz, laureat wielu nagród literackich, jego powieści wydawane są w milionowych nakładach.
Hmmm, chyba zaczęłam poznawanie jego twórczości od niewłaściwej książki. "Hotel pod jemiołą" bowiem ma się nijak do tak zachęcającej notatki biograficznej autora. Albo miałam to nieszczęście trafić na książkę, którą pan Evans "popełnił” w jakimś słabszym momencie swojego życia. Jest jeszcze jedna ewentualność: może to ja zabrałam się zaczytanie w nieodpowiednim momencie ;)

„Nawet w najbardziej szarym życiu może zdarzyć się historia jak z najpiękniejszej powieści.

Kimberly prawie się poddała. Śmierć matki, dwukrotnie zerwane zaręczyny i nieudane małżeństwo sprawiają, że nie wierzy już w szczęście. Pozwala sobie tylko na jedno marzenie – pragnie napisać, powieść o miłości.

W urokliwym hotelu "Pod Jemiołą" organizowany jest kurs dla początkujących pisarzy. Kim poznaje tam tajemniczego Zeke’a, z którym nawiązuje wyjątkową więź. Taką, jaka zdarza się tylko ludziom, którzy podobnie patrzą na świat.

Czy przypadkowe spotkanie będzie dla Kimberly początkiem wielkich zmian?
Czy do najważniejszej powieści – jej własnego życia – los dopisze szczęśliwe zakończenie?

„Hotel pod Jemiołą” to wyjątkowy prezent od Richarda Paula Evansa. Tym razem bestsellerowy autor przypomina, że jeśli nie tracimy wiary, najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami.”

Akcja powieści w większej części rozgrywa się na kursie dla początkujących pisarzy, mamy więc możliwość przyjrzeć się z bliska światkowi pisarskiemu. Sam pomysł moim zdaniem niegłupi, jest w nim spory potencjał, ale mam wątpliwości czy autor wykorzystał go do końca.
Historia początkującej pisarki Kim to typowy romans, z Bożym Narodzeniem w tle, co zapewne miało nas wprowadzić w klimat tego wyjątkowego święta. W moim wypadku nie zadziałało.:)
Główna bohaterka Kim to jak dla mnie dosyć irytująca postać, nie usprawiedliwia jej nawet fakt, że życie nie poskąpiło jej niepowodzeń. Z kolei Zack jest idealny pod każdym względem. Hmm, czy są w ogóle idealni faceci? Raczej nie. Jednak muszę przyznać, że bardzo poruszyła mnie jego historia z przeszłości, co było jedynym chyba plusem całej książki.
Szczerze mówiąc, nie wiem, co jeszcze mogłabym Wam napisać o tej powieści i nie wiem, czy nawet mam ochotę. Może tylko tyle, że jest po prostu  nudna i nijaka. Nie zachęcam Was wcale do jej przeczytania, bo uważam, że szkoda czasu, a jak wiecie, jest tyle świetnych książek, którym naprawdę warto poświęcić uwagę. Mam tylko nadzieję, że nie zraniłam uczuć fanów twórczości  Richarda Paula Evansa, bo jemu samemu na pewno nie zaszkodziłam ;)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

środa, 18 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood (PATRONAT MEDIALNY, RECENZJA PREMIEROWA)

Kiedy od wydawnictwa SQN dostałam propozycję objęcia patronatem medialnym najnowszą powieść Melissy Darwood, od razu wiedziałam, że się zgodzę, bo każda książka, która wychodzi spod pióra Melissy jest po prostu genialna, więc nie miałam żadnych wątpliwości i wiedziałam, że i tym razem będzie tak samo. Czy miałam rację? Oczywiście, że tak! Zapraszam na recenzję „Tryjonu”, książki, która swą premierę ma właśnie dzisiaj.

Mila to nastolatka, która bardzo często ma zaniki pamięci. Czasami nie pamięta kilku godzin, innym razem tygodni, a nawet lat. Czemu tego nie pamięta? Bo jej życiem czasami kieruje ktoś inny, całkiem inna osobowość, wszystko zależy od tego, jakich uczuć w danej chwili doświadcza Mila. Oczywiście dziewczyna nie zdaje sobie z tego sprawy, ale całej prawdy dowiaduje się w momencie, gdy trafia do Tryjonu, czyli zaświatów. Jest oskarżona o morderstwo, którego w ogóle nie pamięta i musi dowieść swojej niewinności, by nie trafić do piekła. Na miejscu towarzyszy jej szok i niepokój, a na domiar tego wszystkiego każda z osobowości dziewczyny daje o sobie znać. Czy Mili uda się dowieść niewinności, skoro nie pamięta ostatnich pięciu lat? O tym musicie przekonać się sami.

Melissa Darwood to naprawdę jedna z nielicznych polskich autorek, której twórczość mogę brać w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Często zastanawiam się, jak bujna jest jej wyobraźnia, bo uwierzcie mi na słowo, że wymyśla takie historie, które są świeże, fascynujące i przede wszystkim zapadające w pamięci. Jej książki są inne, są niepowtarzalne, a pomysły na fabułę nowatorskie. Ja zatracam się w każdej z nich i oczywiście tak samo było i tym razem. Historia Mili jest po prostu genialna, hipnotyzująca i niesamowicie wciągająca, od książki nie potrafiłam oderwać się nawet na chwilę i z ogromną ciekawością wczytywałam się w fabułę. 

„Tryjon” to powieść, która wciąga w wir wydarzeń już od pierwszej strony, bo choć akcja książki nie pędzi na łeb na szyję, to i tak dużo się w niej dzieje, pojawia się mnóstwo tajemnic i pytań bez odpowiedzi. Im dalej czytałam, tym bardziej byłam zaintrygowana wszystkim tym, co wymyśliła autorka, nie raz moja buzia była otwarta z wrażenia, ale bardzo często tak mam, gdy czytam książki Melissy, która potrafi i chyba lubi zadziwiać czytelników. Wiecie co, jest najlepsze w jej książkach? Myślę, że wiecie, ale i tak Wam to napiszę. Każda z historii, które zawiera w swoich powieściach, wydaje się na pierwszy rzut oka błaha, ale to tylko pozory, bo każda z nich jest niewyobrażalnie mądra, każda z nich niesie jakieś przesłanie, zmusza do zadawania pytań, do przemyśleń, a przede wszystkim skłania do refleksji. Tym razem autorka pokłoniła się przed życiem oraz śmiercią, ja do tej pory mam mętlik w głowie i cały czas myślę o wielu kwestiach. O tym, jak wielki wpływ na życie mają nasze czyny, o tym, co czeka nas po śmierci, czy nasze wybory, decyzje i uczynki będą miały wpływ na to, gdzie trafimy po śmierci i czy przed kimś odpowiemy za każdy grzech. Przyznam szczerze, że nigdy nie prowadziłam sama ze sobą takich rozmyślań, ale ta książka zmusiła mnie do tego. To nie wszystko, czego możecie spodziewać się po „Tryjonie”, ale ja już milczę i nic więcej Wam nie zdradzę. Zapewniam Was, że to lektura, która dostarczy Wam wielu emocji oraz wrażeń i na pewno nie raz będziecie zaskoczeni tym, jak toczy się akcja.

"Skupmy się może na tym, co posiadamy obecnie, a nie martwmy się tym, że możemy to stracić. Nic nie trwa wiecznie, kiedyś doznamy strat, o których nawet nie chcemy myśleć. Wówczas będziemy musieli się pogodzić z tym, co nas spotkało. Ale to jest przyszłość, a my jesteśmy w teraźniejszości."

Ogromnym atutem tej powieści są bohaterowie, czyli Mila, każda jej twarz oraz Zachary, którego niesamowicie polubiłam. Bardzo, ale to bardzo podobało się mi jak Melissa ukazała jego postać, jego charakter oraz zmiany, które w nim zachodziły.

Polecam Wam tę powieść, jak i inne książki autorki z całego serca i z czystym sumieniem. Melissa Darwood pisze świetnie, potrafi zainteresować czytelnika, a jej książki są inne i wyjątkowe. Myślę, że każdy w nich znajdzie coś dla siebie. Ja w każdej jej historii przepadam z kretesem.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Strażnicy Ga'Hoole. Porwanie - Kathryn Laski

„Gdy świt przykryją skrzydła zła, nadejdą strażnicy, którzy pod osłoną nocy dokonają wspaniałych czynów”

Gdy Soren wypadł z gniazda, został skazany na pewną śmierć. Na całe szczęście lub może nieszczęście uratowali go członkowie Akademii Osieroconych Sów. Gdy mała sówka tam trafiła, od razu odebrano jej imię i nadano numer, co było dość dziwne. W Akademii Soren zaprzyjaźnia się ze sprytną i uszczypliwą Gylfie i razem z nią odkrywa prawdziwe przeznaczenie tej szkoły. Od tego dnia sówka ma tylko jeden cel… jak najszybciej opuścić to złe miejsce. Czy jej się to uda? Czym tak naprawdę jest Akademia? O tym przekonajcie się sami.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak świetnie spędzę czas przy tej książce, bo choć dedykowana jest ona dzieciom i młodzieży, to naprawdę i starszy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie i na pewno pochłonie go ta historia. Ze mną tak było i z ciekawością śledziłam perypetie Sorena i jego przyjaciółki. Kiedyś uważałam, że książki, w których to zwierzęta grają pierwsze skrzypce, nie są ciekawe, ale przekonałam się, że jest zupełnie odwrotnie. Poza tym moim zdaniem bardzo trudno stworzyć zwierzęcego bohatera, który będzie potrafił, zaciekawić swoją historią. Kathryn Laski się to udało i wiem, że na pewno przeczytam kolejne tomy tej serii. Wiem także, że w 2010 roku powstała adaptacja trzech pierwszych tomów tej serii, więc na pewno film obejrzę.

Dużym atutem tej książki jest styl, jakim została napisana oraz czcionka, która naprawdę jest sporych rozmiarów, więc każde dziecko nie powinno mieć żadnego problemu podczas czytania. Dla mnie też było to dużym ułatwieniem, gdyż wzrok już nie ten, co dziesięć lat temu.

Gwarantuję Wam, że ta historia wciągnie Was w głąb fabuły tak jak mnie. W szczególności polecam ją miłośnikom fantasty tym mniejszym, ale także i dużym. To świetna i wciągająca historia  o bohaterskie, o walce dobra ze złem. W książce dużo się dzieje, fabuła zaskakuje i wywołuje w czytelniku niepewność. Nigdy nie spodziewałam się, że książka o sowach, tak mi się spodoba. Na pewno przeczytam kolejne tomy.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowa Baśń.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Czwarta Małpa - J.D.Baker



Dzisiaj mam dla Was recenzję książki "Czwarta Małpa", thrillera z elementami kryminału, który wstrząsnął całym Instagramem.

Gdy wchodziłam na bookstagrama, to widoczna była tylko ta okładka, a ja już wtedy zaczytywałam się w jej historii, która jednocześnie niesamowicie mnie wciągnęła, ale i zmroziła krew w żyłach. Po prostu nie sądziłam, że ta książka może być tak dobra. Czytałam ją z wielkimi wypiekami na twarzy, ciekawa dalszej strony. Ale od początku. Zapraszam Was na recenzję!

Pięć lat tropienia zbrodniarza, który ciągle się wymykał. Sprawca tak sprytny, zawsze o krok przed policją. Czy kiedykolwiek powinie mu się noga? W wreszcie nadchodzi ten dzień. Łapią seryjnego morderce. Nieuchwytnego, działającego można powiedzieć w wyższym celu. Właśnie tak zaczyna się prawdziwe dochodzenie w sprawie najbardziej przerażających zbrodni...


Czwarta Małpa to kryminał troszkę nietypowy, bo zaczyna się tak, że mamy wrażenie, że właśnie poznaliśmy zakończenie. W miarę jak czytałam książkę pojawiało się jednak coraz więcej niewiadomych. Powstawały one poprzez sięgnięcie głównego bohatera po pamiętnik mordercy w którym opisywał bardzo nietypowe dzieciństwo. Niejednokrotnie zmroziło mi to krew żyłach, a ja łapałam się za włosy z wrażenia. Nie będę ukrywać, że w tej książce bardziej wyczekiwałam tych "pamiętnikowych" opowieści, niż głównej fabuły. Co było powiedzieć chwilami przytępiające, ponieważ dużo rzeczy mi umknęło przy czytaniu tej pierwszorzędnej historii. Bardzo podobało mi się to, że autor bawi się nami i naszym osądem jeśli chodzi o morderce. To taka psychologiczna przepychanka, gdzie na początku autor podsyca w nas nienawiść do #4MK, a potem wzbudza w nas litość i poczucie winy w stosunku do skrzywdzonego chłopca, którym w jakimś stopniu nadal ten morderca jest. Właśnie takim bardzo skrzywdzonym dzieckiem rządnym sprawiedliwości.

Bardzo podobało mi się nawiązanie autora do jednego obrazu/posążków wywodzących się z Japonii, które ukazują "Trzy mądre małpy". Cała książka postawiona na tej właśnie idei, była bardzo ciekawa i bardzo zadziwiająca. Świetnie wplątane morderstwo w japońskie przysłowie:

 "Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego."

Polecam Wam  tę powieść z ręką na sercu! To jest bardzo dobry kryminał, który na pewno zagrzeje swoje miejsce w moim TOP tego roku. Możliwe, że na podium zestawienia!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca ❤️

Ułamek sekundy - Douglas E. Richards (PATRONAT MEDIALNY)

„Co jeśli znalazłbyś sposób, by wysłać coś w przeszłość? Nie tę sprzed tygodni, dni, czy nawet minut. Co jeśli mógłbyś to przenieść zaledwie o mgnienie oka? Czy mogłoby się to w ogóle do czegoś przydać? Nie zdążyłbyś naprawić wyrządzonego zła, zmienić biegu wydarzeń, skreślić odpowiednich liczb na loterii.” 

Nathan Wexel to genialny fizyk, który sądził, że udało mu się znaleźć sposób na wysłanie materii w przeszłość. Niestety mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego teoria będzie niezwykle ważna dla wielu osób i przez to on i jego narzeczona Jenna Morison staną twarzą w twarz z niewyobrażalnym niebezpieczeństwem. Gdy mężczyzna zostaje zamordowany z rąk porywaczy, Jenna wie, że musi uciekać i zrobić wszystko, by dowiedzieć się, co tak ważnego wymyślił Nathan. Czy jej się to uda? Czy będzie, potrafiła stawić czoła wszelkim niebezpieczeństwom? Dlaczego teoria o przeskoczeniu w przeszłość o ułamek sekundy jest tak ważna? O tym przekonajcie się sami.

„Douglas E. Richards jest autorem bestsellerów z list New York Timesa oraz USA Today, takich jak WIRED i wiele innych. Zanim zaczął karierę jako pisarz, zajmował wysokie stanowisko w firmie biotechnologicznej. Ukończył mikrobiologię na Uniwersytecie Stanowym Ohio, a następnie zdobył tytuł magistra z inżynierii genetycznej na Uniwersytecie w Wisconsin (gdzie zaprojektował kilka zmutowanych wirusów, obecnie nazwanych jego imieniem). Uzyskał również dyplom MBA na Uniwersytecie w Chicago. 
W uznaniu dla jego twórczości, Richards został zaproszony jako „gość specjalny” na festiwal San Diego Comic-Con International, obok takich legend, jak Stan Lee i Ray Bradbury. Jego artykuły były publikowane w National Geographic, BBC, Australian Broadcasting Corporation, Earth & Sky, Today's Parent i wielu innych.
Pisarz mieszka obecnie w San Diego w Kalifornii, wraz z żoną i dwójką psów.”

Zabierając się za czytanie tej powieści, nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać. Opis ogromnie mnie zafascynował, a cegiełkę do mojej ekscytacji dołożyła piękna i tajemnicza okładka, poza tym chyba nigdy wcześniej nie czytałam science fiction połączonego z thrillerem. Sama tym faktem jestem zaskoczona, bo wydawało się mi, że zaliczyłam już każdy gatunek literacki. No, ale skończę już pisać o tym co czytałam, a czego nie i przejdę do ważniejszych spraw, czyli do tego, jakie emocje i wrażenia wywołała we mnie ta książka.

Powieść ta wciąga już od pierwszej strony, ja przepadłam z kretesem w świecie fizyki, astronomii, czy biotechnologii i choć jakoś szczególnie nigdy nie uważałam na lekcjach fizyki (w sumie to był to dla mnie jeden z najgorszych przedmiotów), to lektura tej książki była dla mnie czymś świeżym i porywającym. Autor bardzo skrupulatnie przyłożył się, by przybliżyć czytelnikowi arkana tych dziedzin, więc książka obfituje w wiele pojęć oraz opisów, które może nie dla każdego będą zrozumiałe, ale o niektórych z nich na pewno każdy choć raz słyszał. Powieść tę zdecydowanie trzeba czytać bardzo uważnie, by nie przegapić pewnych ważnych i istotnych niuansów. Na końcu autor umieścił tekst, w którym opisał, co było prawdą, a co fikcją literacką i za to mu bardzo dziękuję, bo choć nie wszystko było dla mnie czarną magią, to nigdy jakoś szczególnie nie interesowałam się tematami dotyczącymi czasu i wszechświata, więc raczej na pewno nie połapałabym się w tym, co jest prawdą, a co nie. Muszę się Wam także przyznać do tego, że nigdy zbytnio nie zastanawiałam się nad konsekwencjami podróży w czasie, zawsze uważałam, to za coś fajnego i ekscytującego, co mogłoby przynieść wiele dobrego, ale autor uświadomił mi, że niestety także i wiele złego. 

Książka zaczyna się mocnym akcentem i w pierwszych rozdziałach naprawdę wiele się dzieje, później akcja przycicha, a wszystko zaczyna się toczyć miarowym i powolnym tempem. Ale nie myślcie, że robi się nudno, bo mimo tego, że między działaniami Jenny i prywatnego detektywa Aarona Blake’a pojawia się wiele technicznych opisów to książka i tak porywa i z zapartym tchem śledzi się poczynania bohaterów. W ogóle to chylę czoła przed autorem, za to ile pracy włożył w tę książkę i ile czasu musiał jej poświęcić, bo niełatwo jest przedstawić naukowe rzeczy w sposób interesujący i porywający, dokładając do tego ciekawą fabułę i świetnie wykreowanych bohaterów. 

„Ułamek sekundy” to kawał dobrej literatury i ja tę książkę z czystym sumieniem Wam polecam. Powieść wciąga w głąb fabuły, jest ciekawa, fascynująca, a przede wszystkim zaskakująca i nieprzewidywalna.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Kiedy przyjdzie czas - Natalia Jagiełło-Dąbrowska

Jakiś czas temu wpadła w moje ręce debiutancka powieść Natalii Jagiełło – Dąbrowskiej „Nasze kiedyś”. Książka mimo kilku mankamentów bardzo mi się podobała, więc gdy tylko dowiedziałam się, że wychodzi druga część historii Julii i Hektora, wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Czy książka mnie usatysfakcjonowała? Zapraszam na recenzję.

„Urlop na Majorce był najlepszym urlopem w życiu Julii. I zakończył się w najgorszy z możliwych sposobów. Julia wraca do Londynu przekonana, że Hektor, jej wielka miłość, oszukał ją, że była tylko jego zabawką. Pragnie o wszystkim zapomnieć, pogodzić się ze stratą i bólem. Tęsknota jest jednak silna, a Hektor nie ustępuje, nieustannie szukając z nią kontaktu. W nadziei na odnalezienie spokoju Julia wyjeżdża w swoje rodzinne strony. Tu będzie musiała się zmierzyć ze swoją przeszłością i podjąć decyzje, które zaważą na jej dalszym życiu…”

„Kiedy przyjdzie czas” to powieść, która w moim odczuciu jest dużo lepsza niż część pierwsza. Jest bardziej dopracowana, dopieszczona i na pewno bardziej emocjonująca. Myślę, że każdy, kto rozpoczął przygodę z historią Julii i Hektora, będzie w pełni usatysfakcjonowany jej zakończeniem. Książka jest sporych gabarytów, bo ma aż ponad 450 stron, ale czyta się ja naprawdę bardzo szybko, myślę, że dzieje się tak za sprawą stylu, jakim została napisana, który jest niezwykle lekki i przyjemny  w odbiorze. Dużym plusem jest także narracja poprowadzona w pierwszej osobie, dzięki której mogłam zagłębić się w przemyśleniach i uczuciach głównej bohaterki. Według mnie ta część jest dużo cięższa, na pewno bardziej wzruszająca i poruszająca trudne i bolesne tematy. Autorka skupiła się na wielu aspektach z życia bohaterki, z którymi kobieta będzie musiała sobie poradzić. Książka pełna jest realizmu, nic w niej nie zostało przekoloryzowane czy wyidealizowane, a takie historie lubię najbardziej, bo wtedy łatwiej jest mi się zidentyfikować z bohaterami.

Jeżeli jestem już przy bohaterach, to muszę napisać, że wreszcie udało mi się polubić Julię, w poprzedniej części miałam z tym problem i choć teraz nie raz denerwowała mnie swoim, można by rzec dziecinnym zachowaniem, to jednak udało się mi, obdarzyć ją sympatią. Za to jeżeli chodzi o Hektora, to teraz zdecydowanie go polubiłam i nie raz zaimponował mi swoją wytrwałością i dążeniem do celu.

Historia Julii nie należy łatwych, prostych i przyjemnych, ale takie właśnie jest prawdziwe życie, które często ma słodko-gorzki smak. To przepiękna opowieść o miłości, o przyjaźni, która nie raz Was wzruszy, rozbawi, ale przede wszystkim chwyci za serce. Polecam Wam z czystym sumieniem obydwie książki Natalii Jagiełło – Dąbrowskiej i jestem przekonana, że się nie zawiedziecie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Oliwer Bowden - Origins. Pustynna Przysięga


Można powiedzieć, że z serią Assassins Creed, że jestem od początku. W 2007 roku zagrałam w pierwszą część tej odsłony i od tamtej pory przyglądałam się, jak seria się rozszerza i ulega zmianom. Książek, co prawda nie czytałam wszystkich (więc jeszcze wszystko przede mną!), ale jak usłyszałam, że mam możliwość przeczytania "Origins", od razu wiedziałam, że to zrobię i tak też właśnie się stało!

Książka jest prequelem gry w której poznajemy już dużo starszego Bayeka - obrońce Siwy, medżaja, który broni Egiptu i starych wartości. Trawiony zemstą, powoli, ale sukcesywnie pozbywa sie wspólnych wrogów. W książce poznajemy Bayeka jako młodego żądnego przygód chłopaka, który dopiero wchodzi w świat dorosłych, którzy są skorumpowani, kierowani rządzą bogactwa i krwi. Ojciec Bayeka, dostaje tajemniczą wiadomość, która jest takim zapalnikiem przemiany Bayeka. Wyrusza on w podróż za swoim ojcem, aby poznać prawdę nie tylko o wiadomości, ale i o swoim dziedzictwie...

Zawsze ceniłam sobie w grach AC i w książkach Oliwera Bowdena taki realizm (jak na taką tematyke, to ubisoft idealnie umiał wpleść wątki historyczne w podłożoną przez siebie historie), niestety gdy porównuje Origins jako grę i jako książkę, to muszę przyznać, że tutaj książka trochę mnie zawiodła. Czułam, że mimo osadzenia akcji w Egipcie, nastroje i zachowania niektórych osób były nazbyt współczesne. W końcu Origins opowiada historie która dzieje się w czasach Kleopatry, a mimo wszystko kobiety w tej książce, zachowują się strasznie przerysowanie jak na tamte czasy. Wiecie, mogę się mylić, co prawda historie lubię, ale ten okres niespecjalnie mnie kręci. To tyle jeśli chodzi o takie złe wrażenie, teraz przechodzimy do plusów.

Podobało mi się bardzo wyjaśnienie tego jak Bayek zaczynał swoją drogę w byciu Medżajem i skupieniu tej fabuły na właśnie takich naukach. Moim zdaniem Oliwer Bowden świetnie wyrysował porywczy i idealistyczny charakter młodego Bayeka, targanego sprzecznościami i rodzącą się miłością do swojej towarzyszki Ayi, której co dziwne w ogóle nie polubiłam. Niby to była postać, którą powinnam polubić, ale przez to jakie wywarła na mnie wrażenie w grze, nawet książka nie umiała tego zamazać. 

Polecam, jako fajne dopełnienie do gry. Jest to super książka, którą z przyjemnością czytałam. Oczywiście polecam ją też osobom, które nie grały nigdy w Assassins Creed, ale chciałyby w ten świat wejść!

Dziękuję za przeczytaniu Wydawnictwu Insignis! 



sobota, 14 kwietnia 2018

Nie wszystko stracone - Danielle Steel (PRZEDPREMIEROWO)


Nie mam w zwyczaju sięgać po książki popularnych autorów. Zwykle w księgarniach staram się wyszukiwać jakiś perełek, by móc „odkryć” autora i jego dzieła nie czytając wcześniej o nich opinii. Jednak raz na jakiś czas, trafia się książka, która swą fabułą zaciekawia mnie tak bardzo, że chce ją mieć u siebie tu i teraz. Tak było z „Nie wszystko straconeDanielle Steel.

Danielle Steel to autorka, która napisała 120 książek, a ja żadnej z nich nie czytałam. Zdarzyło mi się kilka przekartkować i rzucić okiem co tam jest, jednak bez większego entuzjazmu i chęci zgłębienia fabuły. Jednak to zmieliło się dzięki tej książce.

Główną bohaterką jest Sydney Wells, 49-letnia wdowa, którą poznajemy osiem dni po tragicznej i niespodziewanej śmierci męża. Andrew, był zdrowym, niewiele starszym od niej mężczyzną w kwiecie wieku. Ich wspólne życie płynęło prawie bezproblemowo. On prowadził własną firmę, był w stanie zapewnić Sydney dostatnie życie u swojego boku. Dla niego zrezygnowała z pracy rozchwytywanej i cenionej projektantki. Oboje nosili jednak brzemiona wcześniejszych małżeństw.

Pierwszy mąż Sydney zginął tragicznie dawno temu, jednak ten związek zaowocował dwoma córkami. Sophie i Sabrina, to obecnie dorosłe kobiety sukcesu branży fashion. W życiu prywatnym niestety idzie im trochę gorzej.
Z poprzednią żoną Andrew rozstał się jeszcze zanim poznał Sydney. Jednak to właśnie ją, Marjorie winiła za rozpad swojego małżeństwa. Wszystko to wmawiałam swoim córką Kellie i Kyrze, dzięki czemu od początku nienawidziły one nowej żony swojego ojca.

Dzień po pogrzebie do domu, w którym mieszkała Sydney razem z Andrew zawitał prawnik. Poinformował ją, że mężczyzna, z którym spędziła szczęśliwe ostatnie 16 lat swojego życia, zaniedbał jedną, lecz bardzo istotną dla niej sprawę. Testament, który spisał przed poznaniem jej, nigdy nie został zmieniony… To oznaczało jedno. Cały majątek, piękny dom, w którym przez tyle lat byli szczęśliwi, wszystkie dobra oraz firmę odziedziczyły córki Andrew i jego była żona…

Dla Sydney nie zostało praktycznie nic… Małe mieszkanko w Paryżu zakupione na jej nazwisko, kilka sztuk biżuterii i pełno wspomnień, to wdowa dostał po śmierci mężczyzny, który dbał o jej dostatnie i bezproblemowe życie w ciągu ostatnich lat. Teraz to wszystko musiało się zmienić.
Córki Andrew dały jej miesiąc na wyprowadzkę z domu, który odziedziczyły, patrzyły na wszystko, co wynosiła z domu, by przypadkiem nie zabrała im czegoś zbyt wartościowego.

Musiała przenieść się do maleńkiego mieszkanka w kiepskiej dzielnicy, które wynajęła za ostatnie posiadane pieniędze. Wiedziała, że musi znaleźć prace, by mieć za co opłacić rachunki i co jeść i jakoś przetrwać. Była świadoma, że od czasu kiedy ostatnio pracowała, minęło już bardzo dużo czasu. Teraz projektanci nie pracowali już na papierze i z ołówkiem w ręku, wiedziała to, bo jej córki zajmowały się modą. Ona nie była w stanie nadążyć za tym, jak branża rozwinęła się przez te wszystkie lata. Jednak postanowiła spróbować, poszła na kilka rozmów kwalifikacyjnych. Usłyszała to, czego się spodziewała „minęło za dużo czasu odkąd Pani ostatnio pracowała”. Stało się to, czego bała się najbardziej, nie była w stanie znaleźć pracy i nic nie wskazywało na to, iż sytuacja ulegnie zmianie.

Jednakże podczas ostatniej podróży poznała Paula Zellera, właściciela formy odzieżowej. Gdy ich samolot musiał awaryjnie lądować. Paul zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen, wspierał ja i pocieszał. Powiedziałby skontaktowała się z nim, gdy będzie potrzebować pomocy.
Teraz potrzebowała pracy, a w jego firmie Lady Louise na pewno znalazłby, się dla niej jakiś etat. Córki odradzały matce kontakt z tym człowiekiem. W branży modowej jego firma znana była z kopiowania ubrań innych marek i sprzedawania ich za gorsze, wiedziały, że praca tam może zniszczyć dobre imię ich matki oraz ich samych.

Jednak Sydney nie miała wyjścia. Potrzebowała pracy i to prędko. Wtedy nie wiedziała jak duży błąd popełniła zadając się z Paulem Zellerem i jakim pionkiem stanie się w grze o duże pieniądze.

Muszę Wam przyznać, iż dawno nie miałam w rękach książki, którą tak przyjemnie, spokojnie i szybko mi się czytało. Nawet nie jestem w stanie określić, jak długo z nią siedziałam. Bo to była po prostu chwila.

Tak mocno wciągnęła mnie fabuła tej historii, że czas, jaki poświęcam tej książce, nie miał dla mnie żadnego znaczenia. I to, że w tym czasie mogłabym robić coś innego. Nic oprócz książki nie było dla mnie wtedy ważne. Tak bardzo chciałam wiedzieć co będzie dalej, a dalej było tylko lepiej.

To jest tylko i wyłącznie zasługa kunsztu aktorki. Teraz już wiem skąd taki fenomen powieści Danielle Steel. Nie wiem też, dlaczego wcześniej jej książki do mnie nie przemawiały. Może po prostu musiałam do nich dojrzeć.

Premiera 18.04.2018r,

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu: Znak Literanova

piątek, 13 kwietnia 2018

Piołun na zapomnienie - Anna Trojanowska




„Rok 1895. Lea, młoda kobieta z prowincji, poślubia Józefa, statecznego aptekarza, i przenosi się do Warszawy. Swojego męża ledwie zna. Wydaje się, że nie pasują do siebie, ale Lea ufa, że postępując zgodnie z naukami swej ciotki, stworzy szczęśliwą rodzinę. Wkrótce przekonuje się, że wyniesione z domu umiejętności nie są przydatne, a jej znajomość leczniczych ziół to zdaniem Józefa przesądy. Na jej drodze pojawią się różne przeciwności i ludzie, którzy wykorzystają jej naiwność i poczucie zagubienia. Wiele musi się wydarzyć, aby poznała siebie i przekonała się, na czym naprawdę jej zależy, i zawalczyła o swoje miejsce w męskim świecie, jakim w owych czasach jest apteka. Niebezpieczna okazuje się również przeszłość, dawne sekrety męża, które Lea za wszelką cenę chce poznać…”

Przyznam się bez bicia, że „Piołun na zapomnienie” to powieść, której sama nie wybrałam sobie do recenzji. Dostałam ją znienacka od wydawnictwa w przesyłce niespodziance i naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się po tej książce spodziewać. Nie ukrywam, że opis mnie zaintrygował, więc z zapałem zabrałam się za czytanie tej powieści. Czy mnie się spodobała? Oczywiście, że tak, ale mam też do niej jakieś małe „ale”. 

Na naszym rynku wydawniczym przeważają książki, których fabuła dzieje się współcześnie i naprawdę czasami ciężko trafić na dobrą książkę, która przenosi czytelnika do przeszłości i ukazuje ówczesny świat. Jednak Annie Trojanowskiej się to udało i zaserwowała mi naprawdę bardzo fajną podróż do dziewiętnastowiecznej Warszawy i jej mieszkańców. Ogromnie zaintrygowała mnie postać Lei, kobiety niepokornej, która próbowała żyć według przyjętych norm społecznych, niestety nie dla niej była taka droga. Kobieta nie chciała żyć w cieniu męża, chciała poznawać świat i robić to, co kocha, a muszę nadmienić, że Lea znała się na ziołach i umiała to wykorzystać. Jeżeli choć trochę znacie historię, to wiecie, że w tamtych czasach kobiety powinny siedzieć w domach, ładnie wyglądać i być wizytówką męża. Lea taka nie była, można by rzec, że była ewenementem, który dążył do spełniania własnych marzeń. Oczywiście możecie się domyślić ilu osobom nie odpowiadało to, czym zajmowała się kobieta i próbowali pomieszać jej szyki. Czy im się to udało? Tego już Wam nie zdradzę.

Wyżej pisałam, że mam jakieś „ale” do książki i teraz mam zamiar Wam o tym napisać. Powieść ta ma aż 638  stron, a ja uważam, że nic by się nie stało, gdyby tych stron było mniej, bo choć sama lubię długie książki, to tutaj momentami się męczyłam. Winę za to ponoszą zbyt długie opisy przemyśleń Lei, które w moim odczuciu czasami zbyt wiele nie wnosiły do fabuły. 

Jeżeli chodzi o bohaterów, to jestem bardzo zadowolona z ich kreacji. Autorka nie skupiła się tylko na głównej bohaterce i nie tylko jej poświęciła wiele uwagi. Wydaje mi się, że każdy z bohaterów ewolułował i zmieniał się, a jest to bardzo rzadkim zjawiskiem w książkach. Przeważnie autorzy skupiają się tylko na postaciach pierwszoplanowych, nie skupiając się na nikim innym. Tutaj było inaczej i naprawdę Anna Trojanowska pokazała potencjał każdego z bohaterów.

„Piołun za zapomnienie” to na pewno powieść napisana z niezwykłą pasją i sercem. To książka pełna emocji, świetnych bohaterów, trudnych wyborów oraz intryg. Jeżeli lubicie takie klimaty jest ona dla Was idealna.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Kłopoty mnie kochają - Joanna Szarańska

"Zojka jest początkującą dziennikarką i marzy o tym, żeby wreszcie zainteresowała się nią redakcja jakiejś popularnej gazety. Ale nie jako podejrzaną o zabójstwo!

Pędząc na pociąg, tylko na chwilę spuszcza z oka torebkę, a potem znajduje w niej osobliwy dowód zbrodni wciśnięty do ciasta z kremem. Zojka ląduje na pierwszym miejscu listy podejrzanych i musi czym prędzej wyplątać się z tej afery. Niestety, wyjątkowo irytujący redaktor lokalnej gazety już zwęszył sensację…

Jakby tego było mało, Zojka musi jeszcze zażegnać konflikt z przystojnym, choć gburowatym sołtysem i przekonać kuzynkę, że wcale nie zamierzała podrywać jej narzeczonego."

Na naszym blogu pojawiały się już recenzje książek Joanny Szarańskiej, ale to nie ja je pisałam, zawsze jakoś było mi z nimi nie po drodze i przekazywałam je dziewczynom, żeby czytały. Ostatnio w moje ręce wpadły dwie książki autorki, jedna z nich to „Kłopoty mnie kochają” i tym razem postanowiłam, że to ja je przeczytam, mimo tego, że naprawdę nie mam już gdzie wciskać nadprogramowych książek. Na całe szczęście nie żałuję swojego wyboru, bo lektura tej książki dostarczyła mi wspaniałej rozrywki i świetnie spędziłam przy niej czas. Teraz tylko mogę pluć sobie w brodę, że wcześniej nie zapoznałam się z jej twórczością.

„Kłopoty mnie kochają” to świetna komedia kryminalna przy lekturze, której uśmiech nie schodził mi z twarzy. Głównym atutem tej książki jest główna bohaterka Zojka, którą po prostu kłopoty kochają, bo naprawdę spotyka je na każdym kroku. Już na samym początku niesamowicie ją polubiłam, ale nie mogłam inaczej, bo to strasznie pozytywna bohaterka, której przygody wywoływały u mnie niekontrolowane wybuchy śmiechu. Muszę także wspomnieć o babci Zosi, która miała w sobie tyle energii, że nawet ja jej tego zazdrościłam, bo ja przy niej wypadam dość blado ;). Oczywiście ciekawych bohaterów w tej książce jest sporo, ale chyba wolę, żebyście sami ich poznali. Mogę Was tylko zapewnić, że każdy z nich jest idealnie dobrany do tej powieści i spotkanie z nimi będzie dla Was bardzo, ale to bardzo zabawnym doświadczeniem.

Nie będę rozpisywać się na temat tej książki, ale zapewniam Was, że warto po nią sięgnąć. To świetny antydepresant, bo humoru jest w nie co niemiara. To genialna komedia pomyłek, w której znajdziecie zaskakującą zagadkę kryminalną.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

środa, 11 kwietnia 2018

Sweet Cheeks. Zapach namiętności - K. Bromberg (PATRONAT MEDIALNY)




K. Bromberg podbiła serca polskich czytelniczek serią Driven, którą ja pokochałam całym sercem, w szczególności historię Coltona i Rylee, którym autorka poświęciła aż cztery tomy tej serii. Niecierpliwie czekałam na kolejną książkę, która ukaże się na naszym rynku wydawniczym i wreszcie, nareszcie się doczekałam. Zapraszam na recenzję „Sweet Cheeks. Zapach namiętności”. Czy i tym razem K. Bromberg dostarczyła mi wielu emocji? Pobudziła wyobraźnie i wzburzyła krew? Przekonajcie się sami.

„A co jeśli wielka miłość jest bardziej niezwykła i zaskakująca niż hollywoodzki scenariusz? I do tego smakuje jak słodka babeczka?”

Można by rzec, że Saylor zostawiła swojego narzeczonego prawie przed ołtarzem, gdyż zerwała zaręczyny wtedy, gdy przygotowania do ślubu były już dopięte na ostatni guzik. Po tym wszystkim kobieta rzuciła się w wir pracy i zaczęła spełniać swoje marzenia. Jednak po kilku miesiącach jej względny spokój został zaburzony w momencie, gdy otrzymała zaproszenie na ślub swojego byłego narzeczonego. Saylor pod wpływem emocji zdecydowała się na niego pójść, ale niestety nie miała na oku żadnego mężczyzny, który mógłby jej towarzyszyć. Wtedy to właśnie kolejny raz w jej życiu pojawił się Heyes Whitley, którego Saylor znała od lat i który dziesięć lat wcześniej złamał jej nastoletnie serce. Czy to mądry wybór, żeby ten seksowny gwiazdor Hollywood, był jej weselnym partnerem? Czy kobiecie uda się zapomnieć o przeszłości? Tego musicie się dowiedzieć sami.

„Stał się moim pierwszym zauroczeniem.
Później moją pierwszą miłością.
A potem... moim pierwszym zawodem miłosnym.” 

No i cóż mogę napisać o tej książce? Oczywiście tylko to, że to kolejna powieść K. Bromberg, która jest po prostu świetna, która wchłonęła mnie w głąb fabuły, w której zafascynowali mnie bohaterowie i która mogłaby się w ogóle nie kończyć. No ale właśnie takie są książki taj autorki, nie można się od nich oderwać, a historie miłosne, które opisuje na kartach swoich powieści, są piękne, zmysłowe, zabawne, ale i także momentami wzruszające. Znajduję w nich zawsze wszystko to, co powinien zawierać każdy romans, czyli świetną fabułę, genialnych bohaterów oraz ich radości, rozterki i troski. Zadziwiające jest, to, że autorka za każdym razem opisuje wszystko niezwykle subtelnie, z wyczuciem oraz smakiem, dzięki temu moje każde spotkanie z jej twórczością, jest niczym niezwykła podróż do świata pełnego uczuć i emocji. „Sweet Cheeks. Zapach namiętności” to powieść, w której znajdziecie miłość, przyjaźń, ogromne przyciąganie, namiętność, no i oczywiście ogniste pożądanie.

„Bo miłość jest jak magia. Możemy się zastanawiać nad tym, jak i kiedy do niej dochodzi, dlaczego przewraca nasz świat do góry nogami i jak mogliśmy bez niej żyć, gdy już nam się przytrafi. Ale to nie oznacza, że uzyskamy jakiekolwiek odpowiedzi.” 

K. Bromberg jest dla mnie mistrzynią w kreowaniu bohaterów. Zawsze udaje jej się stworzyć postacie, które są niby zwyczajne, ale jednak wyjątkowe. Bardzo łatwo jest się z nimi utożsamić, bo to osoby takie jak my, które mimo sukcesów, dóbr materialnych, czy sławy, są normalni, nieprzerysowani, którym życie nie raz daje w kość. Mają swoje wady, zalety i niejednokrotnie na swoich barkach dźwigają wiele problemów i trosk. Dzięki temu naprawdę stają się nam niewyobrażalnie bliscy, niczym przyjaciele i martwimy się o ich los. To także dlatego męska część bohaterów stworzonych przez K. Bromberg jest obiektem westchnień wielu czytelniczek, sama jestem jedną z nich ;). Muszę przyznać, że Heyes od razu zaskarbił sobie moją sympatię, to taki typ mężczyzny, o którym marzą i śnią kobiety, do tego inteligentny i niezwykle przystojny. Za to Saylor to kobieta, niezwykle silna, która nawet przeciwności losu potrafiła wykorzystać na swoją korzyść. Polubiłam Saylor, polubiłam Heyesa i z ogromną przyjemnością śledziłam ich historię.

Jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo spodobała się mi w tej historii. Mianowicie chodzi mi o to, że nic w tej książce nie dostajemy na tacy, autorka umiarkowanie serwuje nam informacje i powoli odkrywa wszystkie karty. Jest to dla mnie ogromnym plusem, bo nienawidzę, gdy już na samym początku książki znajduję większą część informacji.

Polecam Wam tę powieść z całego serca, bo ja w tej historii się zakochałam. Więc jeżeli lubicie twórczość K. Bromberg, jeżeli lubicie świetne napisane romanse i jeżeli lubicie dobrą czytelniczą ucztę, to koniecznie musicie poznać tę historię. Może Was zaskoczę, a może nie, ale to nie tylko opowieść o miłości, to także historia o tym, jak w życiu każdego człowieka ważne są marzenia i jak ważna jest ich realizacja. A i jeszcze jedno… nigdy nie martwcie się tym, co ludzie powiedzą ;)

Ta historia jest niczym słodka babeczka, ale nie bójcie się, o skok cukru we krwi Wam nie grozi. Autorka o to zadbała i dorzuciła do tej opowieści garść goryczy, która wprowadziła w fabułę idealną równowagę.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Editio Red.


Jedno z nas kłamie - Karen M. McManus


Na książkę "Jedno z nas kłamie" natknęłam się przy okazji robienia zapowiedzi i mając w pamięci bardzo dobrą powieść od tego wydawnictwa, czyli "13 minut" postanowiłam, że wezmę ją do recenzji, bo z opisu przypominała właśnie wyżej wymienioną lekturę. Jesteście ciekawi, czy kolejna pozycja tego wydawnictwa mnie do siebie przekonała? Od razu tak tylko szybko nadmienię, że tytuł jest dla mnie mocno intrygujący a okładka książki mistrzowsko pasuje do tej historii. A no i jeszcze tak wspomnę, że podobno prawa filmowe zostały wykupione, więc warto teraz się zaczaić na tę pozycję ;) No! A teraz  zapraszam na recenzje.

W zwykłym jakby się wydawało liceum Bayview, 5 uczniów zostaje zatrzymanych po lekcjach w "kozie", aby poddać się karze za trzymanie telefonów na lekcji. Każdy z innej bajki, ale łączy ich jedna wspólna chwila. Zbrodnia. Jeden trup - 4 uczniów na których spada wina. Kto zabił? Komu wierzyć? Przekonacie się sami sięgając po "Jedno z nas kłamie"

Moim zdanie to bardzo ciekawa książka, która na początku zaczyna się jak zwykła młodzieżówka. Jednak miała ona w sobie coś więcej, taką obietnice naprawdę dobrej intrygi, która miała się dopiero rozpocząć. Nie powiem, to co autorka wymyśliła, było bardzo ciekawe, a ta intryga bardzo przypasowała mojemu czytelniczemu sercu. Książkę czytało się bardzo szybko, dzięki czterem spojrzeniom na całą tę sytuację. Każda z postaci wnosiła coś nowego do śledztwa, a ja prowadziłam je razem z policjantami. Nie mówię już o tym, że każda z postaci czyli Bronwyn (idealna "pani Perfekcja"), Addy (słodziutka i głupiutka dziewczyneczka), Nate (diler i po prostu typowy "badass") oraz Cooper (który równie dobrze mógłby być sportowym przykładem dla każdego z nas) byli inni, po prostu na pierwszy rzut oka, nie pasowali do popełnionej zbrodni, ale wraz z poznawaniem fabuły, nie byłam już tego taka pewna. Co muszę od razu powiedzieć, to, to, że jeśli dobrze się wczytacie w tę książkę, to już na samym dosłownie początku możecie wyczytać, kto tak naprawdę popełnił tę zbrodnię. I wiecie co? Właśnie gdybym słuchała tych podszeptów i nie zmieniała swojego myślenia, to już dawno miałabym rozwiązaną zagadkę! Ale to nic, i tak świetnie się bawiłam!

Jestem bardzo ciekawa ekranizacji książki i tego, którzy aktorzy zostali dobrani do ról. Ponieważ miałam wrażenie, że postacie Bronwyn jak i Coopera były bardzo spłycone, przez co nie za bardzo ich poznałam i nie przekonałam się do nich. Były dobre, ale uważam, że autorka trochę je skrzywdziła takim spłycaniem ich historii. Dlatego mam małe życzenie, aby w ekranizacji książki w te postacie wcieliły się naprawdę charyzmatyczne postacie, które nadadzą im głębi.

Polecam tę książkę i uważam, że spodoba się ona młodszym i starszym czytelnikom. Ode mnie tylko taka notka, abyście naprawdę dobrze się wczytali, bo rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki!

Dziękuję za przeczytanie wydawnictwu Prószyński

wtorek, 10 kwietnia 2018

Przyciąganie - Elżbieta Rodzeń (PRZEDPREMIEROWO, PATRONAT MEDIALNY)

Pamiętam jak dziś, co się ze mną działo, gdy czytałam „Dziewczynę o kruchym sercu” Elżbiety Rodzeń. Było to wtedy moje pierwsze spotkanie z jej twórczością, nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po tej książce i nie byłam przygotowana na cały ten ładunek emocjonalny, który w niej znalazłam. To właśnie wtedy Elżbieta Rodzeń zawładnęła moim czytelniczym sercem i wiedziałam, że przeczytam wszystko, co wyjdzie spod jej pióra. Dziś zapraszam Was na recenzję jej najnowszej powieści, która swą premierę będzie miała 16 kwietnia, a mój blog objął ją patronatem medialnym.

Nadia zmuszona jest zacząć wszystko od nowa. Ucieka od życia i mężczyzny, który miał być jej całym światem. Z silnej kobiety zmienia się w osobę, która ze strachem ogląda się za siebie. Gdy otrzymuje propozycję pracy, jako osobista pielęgniarka niepełnosprawnego Garretta, ma nadzieję, że wreszcie odzyska spokój i będzie bezpieczna. Jednak Garrett młody i przystojny prawnik nie jest zadowolony, że ktoś ma go niańczyć i przeszkadzać mu w jego dość ekstremalnym stylu życia, więc postanawia jak najszybciej pozbyć się Nadii ze swojego domu. Tylko czy będzie to takie proste? O tym przekonajcie się sami.

W recenzji, którejś z powieści Elżbiety Rodzeń napisałam, że warto zapamiętać to nazwisko, bo to autorka, która wyda jeszcze wiele pięknych powieści. Nie pomyliłam się, bo naprawdę za każdym razem dostaję historię, która dostarcza mi mnóstwa emocji, radości i wzruszeń. Każda jej powieść nie jest zwykłą opowiastką, bo autorka przemyca w treści wiele ważnych spraw i porusza trudne i bolesne tematy. Tym razem skupiła się na niepełnosprawności i uświadomiła mi, że nie jest to żadną karą, czy wyrokiem, bo nawet poruszając się na wózku inwalidzkim, można spełniać marzenia i przekraczać granice. Można normalnie żyć, pracować, cieszyć się życiem i przede wszystkim kochać i być kochanym. Jednak nie tylko na tym skupiła się autorka, bo został także poruszony temat przemocy domowej oraz przemocy na tle seksualnym, czyli coś, co niestety dzieje się w niejednym domu za zamkniętymi drzwiami. Oczywiście głównym wątkiem jest rodzące się pomiędzy bohaterami uczucie najpierw przyjaźń, która z czasem zmienia się w miłość. Autorka w bardzo piękny sposób opisała ich relację, ich postrzeganie siebie nawzajem oraz uczucia kłębiące się w ich sercach. To taka historia, o której się nie zapomina, i która długo zostaje z czytelnikiem. W sumie Elżbieta Rodzeń to jedna z nielicznych autorek, której książki zapadają mi w pamięci, pamiętam ich fabułę oraz zakończenie. To naprawdę sztuka tak wbić mi się w głowę i moje myśli, przy tak dużej ilości książek, które czytam. Myślę, że to zasługa tego, że Ela w każdą swoją powieść wkłada całe serce i kocha to, co robi, po prostu dba o każdego czytelnika.

Oczywiście bohaterowie zostali wykreowani świetnie. Nadia to taka dziewczyna, którą polubiłam już na samym początku. Miła, serdeczna, zagubiona, chcąca od życia tylko stabilizacji, bezpieczeństwa i spokoju. Jeżeli chodzi o Garretta to nie od razu obdarzyłam go sympatią, na początku wydał mi się totalnym dupkiem, ale bardzo szybko zmieniłam o nim zdanie, bo arogancja i niezbyt miłe zachowanie względem Nadii, było tylko maską, pod którą skrywał się człowiek dotknięty przez los, który nosił w sercu ogromną tajemnicę. Oboje dotknięci przez los, tak różni, a jednak tacy sami.

„Nie miałam pojęcia, co mnie czekało, ale wiedziałam jedno. Przyciąganie między nami było tak silne, że nie mogłam go zignorować. Pragnęłam poddać się tej miażdżącej sile i przekonać na własnej skórze, jak to jest być z tym mężczyzną. Nie myślałam już o żadnych kosztach, które miałabym za to ponieść. Po prostu musiałam znaleźć się w jego ramionach.”

"Przyciąganie", to kolejna powieść Elżbiety Rodzeń, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Autorka przyzwyczaiła mnie do tego, że jej książki przepełnione są całą paletą emocji, które chwytają za serce, za dusze, a problemy bohaterów stają się moimi problemami i wraz z nimi toczę walkę o nową i lepszą przyszłość. "Przyciąganie" to historia, jakiej nie powstydziłoby się napisać prawdziwe życie. To opowieść prawdziwa do bólu, emocjonująca, skłaniająca do refleksji, ale także dająca nadzieję na lepsze jutro. To piękna powieść o miłości, przyjaźni, o błędnych decyzjach i ich konsekwencjach, o trudnych wyborach i o nadziei, która zawsze umiera ostatnia. Polecam Wam ją z czystym sumieniem, bo Elżbieta Rodzeń, to jedna z najlepszych autorek, której twórczość do tej pory poznałam. Zatraciłam się w tej historii i mam nadzieję, że z Wami będzie podobnie. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Trudne światło - Thomas Gonazlez

„Nieszczęście jest jak wiatr. Zjawia się w sposób naturalny i nieprzewidziany. Wystarczy chwila, by podmuch połamał gałęzie drzew, ale nie jest w stanie wyrwać ich z korzeniami. Ta metafora doskonale oddaje życie Davida.

David, uznany malarz, w swoim domu w Kolumbii wraca do chwil, które wszystko zmieniły. Wypadek Jacobo. Podróż do kliniki w Portland. Ostatnie dni z Sarą.
Jaki będzie jego ostatni obraz: czarno-biały czy jednak pełen barw?”

Czasami trafiamy na swojej drodze na książki, które w sercu zostawiają ślad i o których ciężko zapomnieć. Dla mnie taką książką okazało się „Trudne światło” Tomasa Gonzaleza. Powieść, którą wzięłam zupełnie w ciemno, nie znając autora, sugerując się tylko i wyłącznie dość tajemniczym opisem. Przepadłam w tej historii już na samym początku, a im dalej czytałam, tym bardziej byłam wzruszona, a moje serce krwawiło z bólu. Głównym bohaterem i narratorem książki jest David, malarz, który opowiada nam historię swojego życia. Wspomina swoją żonę Sarę, która była miłością jego życia, ale przede wszystkim opowiada o wypadku swojego syna Jacobo. Nie mogę Wam niestety nic  więcej zdradzić, ale uwierzcie mi na słowo, że dawno nie czytałam tak pięknej i chwytającej za serce prozy. Podczas czytania wiele razy czułam się, jakbym została wrzucona w emocjonalny wir, który szalał w moim sercu, w mojej duszy i w głowie. Książka jest krótka, bo ma zaledwie dwieście stron, ale autor zawarł w niej wszystko, to co najważniejsze i otulił to ogromnym ładunkiem emocjonalnym, który na całe szczęście całkowicie mnie nie przytłoczył. 


„Smutek jest czymś nieruchomym: jest płynny, zmienny, a jego płomienie, bardziej niebieskie niż pomarańczowe i czerwone, czasem przeraźliwie bladozielone, torturują człowieka raz z jednej strony wewnątrz ciała, raz z drugiej, czasem palą całe wnętrze, i to tak mocno, że zaczynasz krzyczeć w milczeniu jak na sławnym obrazie Muncha, gdzie człowiek stojący na moście wydaje z siebie krzyk.”

Trudne światło to jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam w tym roku. To przepiękna historia o najpiękniejszym uczuciu jakim jest miłość, o bólu, o stracie i o przyjaźni. Sztuką jest pisać tak pięknie, jak Tomas Gonzalez, tak zachwycać i wkradać się do czytelniczych serc. Ja przepadłam w tej historii i myślę, że z Wam będzie podobnie.
To genialna nowość wydawnictwa Znak. 

Gorąco polecam!

Misja Wywiad z Sylwią Trojanowską

Zapraszamy Was na Misję Wywiad z Sylwią Trojanowską.



„Serdecznie dziękuję za zadane pytania! Przyznam, że niektóre zmusiły mnie do głębokiego zastanowienia się nad odpowiedzią. Trudno mi było wyróżnić jedno z pytań, dlatego zrobiłam losowanie. „A gdyby tak…” trafia do EP EP. Pozdrawiam Was ciepło! Wasza Sylwia”

Sylwia Waligóra
1. Zadam bardziej osobiste pytanie: nosimy takie same imiona, ale ja swojego nie lubię, nie podoba mi się, nie akceptuję go w odniesieniu do własnej osoby. Jak to wygląda w Pani przypadku?
Szczerze mówiąc, bardzo lubię swoje imię, choć jako mała dziewczynka żałowałam, że nie nazywam się Klaudia, Karina lub Kinga. Jakoś imiona na literę „K” bardziej mi odpowiadały. 

Sylwio, nasze imię jest piękne, symbolizuje silne kobiety, mocno związane z naturą. 
Pozdrawiam Ciebie ciepło!

Hanna Artychowska
1. Kiedy jest brak pomysłu co dalej u bohaterów pisanej książki albo po prostu, zwyczajnie po ludzku, brak chęci do pracy/pisania (a każdy takie dni ma! nawet jeśli lubi to co robi) czym wypełnia Pani wtedy czas?

Czasami jestem bardzo zmęczona i brakuje mi sił na pisanie. Zdarza się. Wówczas oddaję się innym czynnościom: czytaniu, oglądaniu filmu, ćwiczeniom fizycznym, a przede wszystkim rozmowie z kimś bliskim.

Sylwia Szczepańska
1.W literaturze obyczajowej czuje się Pani jak ryba w wodzie. Czy jest może inny gatunek z którym chciałaby się Pani zmierzyć? Albo może jakiś szczególny nurt, a którym chciałaby Pani spróbować swoich sił? A jeśli tak, to jaki i dlaczego, i dlaczego jeszcze nie....?

Moja pierwsza powieść, nieopublikowana jeszcze, to powieść fantasy dla młodzieży młodszej. Bardzo lubię ten gatunek i wierzę, że „Tajemnice Krainy Lunitów” ujrzą kiedyś światło dzienne.

Ewelina Łukawska
1. Gdyby ktoś dał Pani propozycję zekranizowania jednej z Pani książek zgodziłaby się Pani? 2. Ma Pani jakiś ulubionych aktorów, których chciałaby Pani mieć w obsadzie?

Ekranizacja. Który autor o tym nie marzy ;) Byłoby cudnie! Nie zastanawiałam się nad obsadą, ale moje Czytelniczki robiły to już kilkakrotnie. Przyznam, że bawiłam się przy tym wybornie!

EP EP
1. Pani Sylwio. Proszę powiedzieć skąd pomysł by zostać pisarką,
bo z tego co kojarzę dotychczas życie zawodowe toczyło się innym torem?

Moje obecne życie toczy się dwutorowo. Z jednej strony jestem trenerem biznesu oraz coachem, a z drugiej autorką powieści obyczajowych i sztuk teatralnych. Jak na razie udaje mi się połączyć obydwie aktywności dość dobrze. A co najważniejsze, z obydwu czerpię mnóstwo dobrej energii.

Joanna Wiewióra
1. Czytając Pani książki, czytelnik przenosi się w świat bohaterów. Czy te historie, które są opisane w książkach to pisze Pani trochę na podstawie świata rzeczywistego czy raczej stara się Pani je ubarwiać?

Niektóre wątki w moich powieściach są inspirowane sytuacjami, które zaobserwowałam lub o których gdzieś usłyszałam. Wprowadzając je na karty powieści zmieniam je, ubarwiam lub tych barw pozbawiam. Wszystko zależy od okoliczności.

Maria Skibińska
1. Gdyby mogła się Pani przenieść w dowolne miejsce na świecie to dokąd? A może właśnie nie?

Uwielbiam Szczecin, ale gdybym miała się gdzieś przenieść, chciałabym przede wszystkim, żeby było tam odrobinę cieplej. Lato w Szczecinie, zima w Australii, południowej Italii, Fuertaventurze.

Magdalena Chęcińska 
1. Piszesz bo...?

Przynosi mi to dużo pozytywnych emocji.

2.Czy czyta Pani swoje książki, tak papierowo?

Nie. Nie przeczytałam żadnej z mojej książek po otrzymaniu egzemplarza papierowego. Czytam jedynie fragmenty na spotkaniach autorskich.

Agnieszka Ewelina Rowka
1. Skąd wziął się pomysł na napisanie trylogii historii Kasi Laski?

Powiedziałabym, że z życia. Pracowałam kiedyś przy projekcie zmiany stylu życia osób otyłych i swoje obserwacje przelałam po prostu na papier.

Ewa Recka
1. Czy chciałabyś aby ta powieść została zekranizowana?

Ekranizacja. Który autor o tym nie marzy ;) Byłoby cudnie! Nie zastanawiałam się nad obsadą, ale moje Czytelniczki robiły to już kilkakrotnie. Przyznam, że bawiłam się przy tym wybornie!

Daria Skiba
1.A gdyby tak... nie pisać, to co? :)

Cieszyć się życiem! Pisanie to nie wyrok, lecz potrzeba serca. Jeśli przestanę czerpać z tego radość, jestem pewna, że pojawi się na mojej drodze coś nowego, co napełni moje serce emocjami i dobrą energią.

Dorota Zaborska
1.W jaki sposób/słowami zachęci, przekona Pani czytelnika, którzy nie znają Pani twórczości, nie czytali żadnej książki do sięgnięcia po nią? I czy takiej osobie poleci Pani książkę wyjątkową, taką, która powinna być przeczytana jako pierwsza?

Jeśli lubisz czytać książki o poszukiwaniu szczęścia, o dążeniu do tego, by stawać się szczęśliwszą, to z całego serca polecam Tobie moje powieści. To nie są lukrowane historie, lecz takie z życia wzięte, które oprócz przyjemnej rozrywki zapewnią Tobie możliwość przemyślenia życiowych spraw I wyborów oraz swoich priorytetów.

sobota, 7 kwietnia 2018

Bądź przy mnie zawsze - Agata Przybyłek

Jeżeli śledzicie naszego bloga, to wiecie, że bardzo lubię twórczość Agaty Przybyłek. W swojej biblioteczce mam wszystkie jej książki, choć przyznaję się bez bicia, że mam trochę zaległości i nie każdą z nich jeszcze przeczytałam. Na szczęście sukcesywnie je nadrabiam i dziś zapraszam Was do lektury recenzji „Bądź przy mnie zawsze”.

„Laura, świeżo upieczona absolwentka psychologii, poznaje chłopaka ze wsi. Alek prowadzi odziedziczone po rodzicach gospodarstwo rolne. Choć pochodzą z dwóch różnych światów, wzajemna sympatia bardzo szybko przeradza się w głębsze uczucie. Ona, zdolna i ambitna, ma przed sobą wyjazd na zagraniczny doktorat. On, prostolinijny i wielkoduszny, nie zamierza zostawić spuścizny po nieżyjących rodzicach. Czy łączące ich uczucie będzie w stanie przetrwać rozłąkę?

Róża, urocza starsza pani, po latach emigracji powraca do ojczyzny. Z braku innej możliwości zatrzymuje się w domu u nieznajomej rodziny. Chociaż Róża nie znajduje porozumienia z właścicielką, jej wielką sympatię zyskuje nastoletni syn kobiety. Rodząca się między nimi nić porozumienia sprawia, że staruszka postanawia pierwszy raz w życiu opowiedzieć komuś swoją historię. Jest to opowieść o stracie, bólu i cierpieniu, ale także o ponadczasowej miłości przezwyciężającej nawet śmierć.

Jak splotą się te dwie historie? Czy to, co zdarzyło się kiedyś, może w jakikolwiek sposób wpłynąć na gnającą do przodu przyszłość?”

„Bądź przy mnie zawsze” to kolejna książka Agaty Przybyłek, która mnie nie zawiodła. Powieść ta sporo czasu przeleżała na mojej półce, ale jak wiecie, moja recenzyjna kolejka nie ma końca. Teraz troszkę żałuję, że tak długo zwlekałam z lekturą tej powieści, bo to piękna historia, o miłości, o trudnych wyborach, o bólu i stracie. Autorka uświadomiła mi także, jak wielką siłę ma wybaczanie. To opowieść, w której historia z przeszłości miesza się z tą z teraźniejszości, w której miłość ma ogromną moc i pokazuje, że jest w stanie przezwyciężyć nawet śmierć. To, co spodobało mi się w tej książce najbardziej, to to jak autorka ukazała rodzące się uczucie między Laurą i Alkiem, którzy swoją wspólną przygodę rozpoczęli od przyjaźni, od miłych spotkań, od wspólnych spacerów i randek, takich normalnych bez zbędnego blichtru. Było to niezwykle naturalne i prawdziwe, że aż sama zapragnęłam cofnąć się w czasie, by znów stać się młodą dziewczyną, która spotyka swoją pierwszą i tą jedyną miłość. Takiej książki było mi trzeba, by zobaczyć prawdziwie oblicze miłości, tak silnej, że nie bała się miesięcy rozłąki, która potrafiła przetrwać najgorszy sztorm i dla której nie liczył się status społeczny. Naprawdę przepadłam w tej powieści i myślę, że z Wami będzie podobnie.

"Są takie miłości, z których nie da się wyleczyć. Co więcej, nie ma nawet sensu próbować." 

Agata Przybyłek przyzwyczaiła mnie do książek lekkich, pełnych humoru, ale także traktujących o rzeczach ważnych i życiowych. „Bądź przy mnie zawsze” to książka troszkę inna, bo choć i w niej pojawia się humor, to nie jest on na pierwszym miejscu. W moim odczuciu to powieść bardziej dojrzała i przede wszystkim bardzo wartościowa. 

Jeżeli chodzi o bohaterów, to każdemu z nich autorka poświęciła wiele czasu i uwagi. Każdy z nich był bardzo wyrazisty i charakterystyczny. Bardzo polubiłam postać Alka, chłopaka prostolinijnego, którego serce było ze szczerego złota. Sympatią obdarzyłam także panią Różę, kobietę, która przed śmiercią postanowiła pożegnać się z miejscem bliskim jej sercu. Wspomnę jeszcze o Konradzie młodym chłopku, który mimo okropnego losu, jaki zgotowali mu rodzice, był wspaniałym nastolatkiem z ogromnym talentem. 

Polecam Wam tę powieść i jestem pewna, że miło spędzicie przy niej czas. To książka bardzo wartościowa, która ukazuje siłę prawdziwej miłości, bawi oraz wzrusza. Zaskoczyła mnie autorka zakończeniem, które było inne, ale niezwykłe ciekawe.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.