czwartek, 30 listopada 2017

Pan Przypadek i kobietony - Jacek Getner

Na samym początku muszę się Wam przyznać do tego, że decyzję o zrecenzowaniu najnowszej książki Jacka Getnera, podjęłam dość spontanicznie. Wcześniej nie znałam autora, a tym bardziej jego twórczości, ale gdy wpadałam na post, gdzie autor poszukiwał osób, które zrecenzowałyby jego książkę, długo się nie zastanawiałam i wysłałam do niego wiadomość. Czy podjęłam dobrą decyzję? Czy książka mnie usatysfakcjonowała? Zapraszam na recenzję.

„Pan Przypadek i kobietony” to już szósty tom przygód detektywa geniusza Jacka Przypadka. No ale jak wiecie, to moje pierwsze spotkanie z tym dość ciekawym bohaterem. Oczywiście bez problemu można czytać każdy tom osobno, bo każdy tom to inne perypetie pana Przypadka. Tym razem detektyw będzie musiał się zmierzyć z niecodziennymi zagadkami, które za każdym razem będą dotyczyć kobiet sukcesu. W pierwszym śledztwie o kryptonimie Kobiety, które nienawidzą kobiet, Jacek będzie się starał wytropić mordercę Indży Wasowicz, która została zamordowana dość nietypowym narzędziem, czyli pilnikiem do paznokci. W drugiej sprawie Śmierć nadejdzie w urodziny, Przypadek będzie się starał zapobiec morderstwu Kaliny Bilskiej, którą ktoś chce dopaść podczas jej przyjęcia urodzinowego. A w ostatniej sprawie Szybka i wściekła detektyw będzie pomagał Matyldzie Dumie, mistrzyni sportów motorowych odnaleźć jej brata Mateusza, który zaginął  po jej wypadku na torze. Oczywiście przy rozwiązywaniu spraw detektyw zawsze będzie wspierany przez swoją sąsiadkę Irminę Bamber oraz byłą udawaną narzeczoną Marzenę Kolską. 

„Jacek Getner – wicehrabia polskiej komedii kryminalnej, pisarz, scenarzysta, dramaturg. Laureat licznych konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor scenariuszy do kilkuset odcinków różnych seriali telewizyjnych oraz dialogów do fabularnych gier komputerowych.”

Chyba już wiecie, że jak lubię kryminały, to tak samo uwielbiam komedie kryminalne, więc „Pan Przypadek i kobietony” to po prostu idealna książka dla mnie. Świetnie spędziłam przy niej czas, bo autor naprawdę w zabawny sposób odkrywa ludzkie przywary i słabości. Jacek Getner ma naprawdę olbrzymie poczucie humoru, potrafi wodzić czytelnika za nos i mylić tropy, więc nie myślcie sobie, że tak łatwo rozgryziecie wszystkie sprawy, bo jestem przekonana, że zakończenie na pewno Was zaskoczy.

Jestem pod dużym wrażeniem kreacji głównego bohatera, bardzo go polubiłam i trochę, żałuję, że nie znam wcześniejszych tomów, bo z przyjemnością obserwowałabym każdą zmianę, jaka w nim zachodziła. Ale wszystko przede mną i podejrzewam, że w wolnej chwili poznam wszystkie sprawy, jakimi zajmował się Jacek Przypadek. To bohater, który z ogromną łatwością rozwiązywał wszystkie powierzone mu sprawy i często łapałam się na tym, że przypominał mi sławnego Sherlocka Holmesa, był tak samo bystry, z tak samo genialnym umysłem i do samego końca pozostał dla mnie zagadką.
W ogóle autor poświęcił wiele czasu każdemu z bohaterów. Każdy z nich okazał się niezwykle wyrazisty, charakterny i łatwo zapadał mi w pamięci.

Autor ma bardzo lekkie pióro, a sama fabuła wciąga niesamowicie. Sama przeczytałam książkę w zaledwie trzy godziny, ale po prostu nie potrafiłam odłożyć jej na półkę, dopóki nie poznałam zakończenia. Już teraz mogę Wam oznajmić, że Jacek Getner oficjalnie został moim ulubionym autorem i przeczytam każdą kolejną książkę, którą napisze, a te napisane wcześniej nadrobię. 

„Pan Przypadek i kobietony” to książka pełna dobrego poczucia humoru, okraszona dużą dawką cynizmu, co razem stworzyło idealną i wciągającą całość. Polecam Wam tę powieść z czystym sumieniem i jestem przekonana, że tak jak ja przepadniecie w zawiłych sprawach Jacka Przypadka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.

Sexy bastard. Cash - Eve Jagger


Niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego tomu serii Sexy bastard Eve Jagger, gdyż byłam niezmiernie ciekawa, kolejnej gorącej historii. Pierwszy tom był naprawdę bardzo fajny, a sam Ryder podbił moje serce. Tym razem spotkałam się z Cashem, seksownym barmanem, który złamał niejedno kobiece serce. Ale czy dobrał się do mojego? Zapraszam na recenzję.

Cash Gardner jest barmanem w jednym z najmodniejszych barów w Atlancie. To wspólnik i przyjaciel Rydera, którego mieliśmy okazję poznać we wcześniejszym tomie. Uważa, że już zawsze będzie singlem, a jego kontakty z kobietami pozostaną już zawsze, takie jak dotychczas, czyli dobra zabawa i seks... nic więcej. Wszystko się zmienia, gdy poznaję Savannah, piękną panią prawnik, przyjaciółkę Cassie. Kobieta od razu wpada mu w oko, ale Cash czuje, że Savannah jest inna i z nią przelotny seks mógłby zmienić się w coś więcej. Oboje przegrywają z pożądaniem, a ich romans z każdym dniem przechodzi na wyższy poziom. Niestety między nimi jest wiele tajemnic, które mogą zniszczyć rodzące się uczucie. Czy sobie zaufają? O tym musicie przekonać się sami.

Każdy, kto polubił Rydera i Cassie, na pewno pokocha Casha i Savannah, bo to bardzo ciekawi i sympatyczni bohaterowie. Śmiem nawet twierdzić, że historia tej dwójki okazała się dużo bardziej porywająca i wciągająca. I choć w książce nie ma jakiś spektakularnych zaskoczeń, a tajemnice, jakie skrywają bohaterowie, nie są zbyt wielkiego kalibru i zdecydowanie zostały trochę przez autorkę wyolbrzymione, to mnie ta opowieść porwała i przeczytałam ją w zaskakującym tempie. Nie jest to typowy erotyk, ale oczywiście sceny seksu się pojawiają, a jak już się pojawiają, to potrafią doprowadzić krew do wrzenia. Dla mnie to bardzo fajne połączenie romansu z lekkim erotykiem, więc osoby, które nie przepadają za scenami seksu prawie na każdej stronie, powinny być usatysfakcjonowane. Dużym plusem tej powieści jest to, że autorka nie skupiła się tylko na dwójce głównych bohaterów i nie raz mamy okazję podpatrzeć całą paczkę przyjaciół i przy okazji lepiej ich poznać. Widzimy także jak dalej rozwija się uczucie pomiędzy Cassie i Rydarem i jak ich związek ewoluuje. Osobiście bardzo polubiłam Jacksona i niecierpliwie czekam na tom o nim. Kolejna rzecz, która przypadła mi do gustu, to spora dawka poczucia humoru, niektóre rozmowy chłopaków naprawdę potrafią rozśmieszyć, a ja lubię się pośmiać podczas czytania, chociaż wtedy wyglądam jak totalna wariatka.

Bardzo polubiłam Casha oraz Savannah i momentalnie obdarzyłam ich sympatią. Cash to mężczyzna, który na samym początku wydał się mi takim typowym lekkoduchem, który żył z dnia na dzień, od jednej kobiety do drugiej, ale tak naprawdę okazał się on mężczyzną bardzo wartościowym, skorym do pomocy o naprawdę ogromnym sercu. Oczywiście to bohater, który podbił moje serce i chciałabym go mieć przynajmniej za przyjaciela. Jeżeli chodzi o Savannah, to jest to kobieta na pozór twarda niczym skała, która do perfekcji opanowała sztukę maskowania swoich uczuć przed najbliższymi. Dopiero przed Cashem otworzyła swoją duszę oraz serce i zdradziła mu wszystkie bolesne dla niej tajemnice. Dla mnie to para idealna, która perfekcyjnie się uzupełniała.

Jeżeli lubicie książki lekkie i przyjemne, które wspaniale umilają czas, to drugi tom serii Sexy bastard jest dla Was idealny. To historia przewidywalna, ale niesamowicie wciągająca, która zapewniła mi kilka godzin świetnej zabawy.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

środa, 29 listopada 2017

Conviction - Corinne Michaels (PRZEDPREMIEROWO)

Po zakończeniu, jakie autorka zaserwowała mi w „Consolation” od razu musiałam zabrać się za lekturę „Conviction”, bo inaczej chyba zeszłabym na zawał, albo przynajmniej popadałabym w depresję. Każdy, kto już czytał „Consolation”, wie, o czym mowa, bo podejrzewam, że po przeczytaniu zakończenia targały Wami podobne emocje. Długo zastanawiam się co napisać w recenzji drugiego tomu i postanowiłam, że będzie ona bardzo minimalistyczna, bo nie chcę zbytnio spoilerować, po prostu lubię moją głowę, a gdybym się rozpisała, to niektórzy mogliby chcieć mnie jej pozbawić.  Nie skupię się zbytnio na fabule, tylko na emocjach i wrażeniach, jakich dostarczyła mi lektura tej powieści. Zapraszam.

„Zakochałam się w Liamie tylko po to, aby moje serce
znów pękło na milion kawałków.
Paraliżuje mnie świadomość życia bez niego,
ale rzeczywistość wygląda tak, że odszedł.
On tego nie rozumie, a ja nie mogę go do niczego zmusić.
Gdyby tylko dostrzegł pewność kryjącą się za moimi słowami...
Wtedy nadal bylibyśmy razem.”

Każdy, kto czytał „Consolation” wie, jak autorka zagrała na emocjach czytelników samym zakończeniem książki. Ja byłam zdruzgotana i po prostu nie wierzyłam, w to co czytam. Miałam ogromną ochotę odnaleźć autorkę i powiedzieć jej kilka słów do słuchu, za to, że postanowiła tak namieszać w życiu Natalie i Liama. Oczywiście w tej części emocji znów Wam nie zabraknie, bo to, co się wydarzyło, przewróciło ich świat do góry nogami. Odniosłam wrażenie, że "Conviction" jest historią smutniejszą, ale przez ten smutek cały czas przebijała nadzieja, która podnosiła mnie na duchu i cały czas liczyłam na happy end. Ktoś może napisać, że zakończenie zostało trochę przesłodzone, ale dla mnie nie jest to żaden problem, bo Ci bohaterowie wycierpieli tyle, że należało się im każde cukierkowe serduszko, które zafundowała im autorka. "Conviction" to po prostu świetne uwieńczenie historii tej dwójki bohaterów. Zapewniam Was, że będziecie się złościć, wściekać, wzruszać, ale i także nie raz uśmiech zagości na Waszych twarzach. Autorka ma niesamowite poczucie humoru i jego również w tej części nie zabraknie.

W tym tomie również bohaterowie dostarczą Wam wielu wrażeń i emocji, tych dobrych, ale także tych złych. Nie raz będziecie miały ochotę potrząsnąć Liamem, by wreszcie się obudził i zawalczył o kobietę swego serca. Jednak musicie pamiętać, że Liam to prawdziwy żołnierz, dla którego honor i lojalność, to dwie naprawdę bardzo ważne rzeczy, a decyzje, które podejmował wydawały mu się najlepsze dla Natalie oraz Aary. Czy takie były? Tego już Wam nie zdradzę. Poza tym to nadal ten sam Liam, którego poznaliśmy w "Consolation" czuły, opiekuńczy, troskliwy i tak bardzo kochany, więc naprawdę bardzo łatwo wybaczyć mu wszystkie złe decyzje odnośnie swojej przyszłości z miłością swojego życia. Bo czy można wygrać z prawdziwym przeznaczeniem? Jeżeli chodzi o Natalie, to w moim odczuciu jej postać nie zmieniła się za bardzo, bo choć czasami czuła się rozdarta i zagubiona, to jednak wiedziała, czego chce, kogo kocha i z kim chce spędzić resztę swojego życia. Przed nimi naprawdę wiele przeciwności losu, trudnych decyzji i tylko od nich zależeć będzie, jak będzie wyglądała ich przyszłość, czy będą razem szczęśliwi, czy oddzielnie zatopią się w smutku i tysiącu cudownych wspomnień.

"Pocałuj mnie, do cholery. Upomnij się o mnie."

"Consolation" i "Conviction" to książki, do których wrócę na pewno jeszcze nie jeden raz, bo historia Natalie i Liama zagnieździła się w moim sercu i pewnie już nigdy go nie opuści. Pokochałam bohaterów i cały czas kibicowałam im w drodze do szczęścia. To historia o prawdziwej miłości, o przeznaczeniu, o tym jak ranią i krzywdzą kłamstwa oraz o nowym początku, który nie zawsze jest bezbolesny. Polecam Wam tę historię z czystym sumieniem i jestem przekonana, że podbije Wasze serca, w moim zajęła honorowe miejsce. 

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł.

Premiera: 05.12.2017

czwartek, 23 listopada 2017

Grzech - Max Czornyj

Jak wiecie, uwielbiam debiuty, więc z ogromną przyjemnością zabrałam się za lekturę „Grzechu” Maxa Czornyja. Nie spodziewałam się po tej książce zbyt wiele, bo kryminał, czy thriller to gatunek, który naprawdę sprawia początkującym autorom wiele kłopotu. Takie powieści muszą wciągać już od pierwszej strony i muszą mieć to „COŚ”, co sprawia, że fabuła książki jest ważniejsza niż obiad, czy spanie. Czy Max Czornyj sprawił, że zapomniałam o bożym świecie? O tym przekonacie się, czytając moją recenzję.

„W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety, a ich rodziny otrzymują tajemnicze listy. Do sprawy zostaje przydzielony wybuchowy komisarz Eryk Deryło.
Gdy znalezione zostają pierwsze zwłoki, na miasto pada strach, a presja wywierana na lubelską policję rośnie.
Tropy mnożą się i plączą. Krąg podejrzanych się poszerza.
Strach przeradza się w panikę. Ciało kobiety zostało okrutnie zbezczeszczone, z rozmysłem upozowane i porzucone na jednym z lubelskich cmentarzy. Morderca przez cały czas znajduje się o krok przed ścigającą go policją. 
Do sprawy włącza się Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy.

Czy okoliczności, w jakich porzucane są ciała, mają znaczenie? A może wyraźne, bluźniercze nawiązania do symboliki religijnej stanowią jedynie próbę zmylenia pościgu?
Jedno jest pewne, zapłatą za grzech jest śmierć.”


Max Czornyj urodził się w 1989 roku. Studiował prawo  w Polsce, ale także i we Włoszech. Lubi stare wino, spleśniałe wino i samochody bez dachu. „Grzech” to jego debiutancka powieść, którą mam nadzieję, zwojuje polski rynek wydawniczy.

„Albowiem zapłatą za grzechy jest śmierć”
                                                                                    Rz 6,23

W ostatnim czasie przeczytałam kilka dobrych kryminałów, ale zdecydowanie nie tak dobrych, jak „Grzech” Maxa Czornyja. Autor zaskoczył mnie pomysłem, fabułą, a nawet bohaterami. I może ktoś powie, że takie coś już było, że takich książek jest sporo na na naszym rynku wydawniczym i wiecie co? Ja się z tym zgodzę, ale sztuką jest napisać coś, co wydaje się nam znajome i nas zainteresować, a tym bardziej zaintrygować, a Maxowi się to udało w stu, a może i dwustu procentach. Książka trzyma w napięciu od początku do samego końca, akcja jest dynamiczna, cały czas coś się dzieje i nie ma mowy o żadnej nudzie. Ja czytając tę książkę, przepadłam w świecie sadystycznego mordercy, świecie policji, która każdego dnia walczyła z czasem i w świecie nadziei, że zaginione kobiety odnajdą się całe i zdrowe.

„Grzech” zdecydowanie nie jest powieścią dla osób wrażliwych i delikatnych. Bo choć Max Czornyj nie wdaje się zbytnio w szczegóły przy opisach zbrodni, to każdemu słowu nadaje taki wydźwięk, że wyobraźnia czytelnika działa na najwyższych obrotach i to, co nie zostało napisane, bardzo łatwo nam sobie dopowiedzieć i wyobrazić. Uwierzcie mi na słowo, że te wyobrażenia w ogóle nie należą do przyjemnych, ale czego można się spodziewać po chorym i sadystycznym mordercy.

Rozdziały są krótkie i napisane z perspektywy kilku bohaterów, dzięki temu możemy poznać myśli policji, mordercy, osób porwanych, a także męża jednej z zaginionych. Jest to świetnym zabiegiem, bo pozwala nam poznać tych bohaterów dogłębnie i wraz z nimi przeżywać ich dramaty i chore pomysły psychopaty. Autor cały czas nas zwodzi, niepokoi i zaskakuje prawie na każdej stronie. To właśnie takie książki są czytelniczą ucztą dla każdego książkomaniaka.

Bardzo polubiłam postać komisarza Deryło, bo wydał mi się on niezwykle autentyczną postacią. To taki policjant z jajami, który dla pracy i rozwiązania sprawy był skory poświęcić wiele. Zagadką okazała się dla mnie postać Miłosza Tracza, policyjnego profilera, który miał za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy i albo coś przegapiłam, albo dopiero w kolejnych częściach tego cyklu uda się mi go rozszyfrować.

Polecam Wam tę powieść z czystym sumieniem i jestem przekonana, że Max Czornyj tak jak i mnie porwie was do świata psychopatycznego mordercy. Mnie ta powieść nie raz zmroziła krew w żyłach, a serce doprowadziła na skraj zawału. Katarzyna Puzyńska twierdzi, że to znakomity kryminał i ja się z nią w pełni zgadzam. Teraz muszę czekać na kolejną część, ale wiem, że warto.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.

Czas cudów, czyli opowieści pod jemiołą - praca zbiorowa (PATRONAT MEDIALNY)

Gdy za oknem coraz szybciej zapada zmrok, wszyscy czujemy, iż nadchodzi właśnie ten magiczny Świąteczny czas. Jednak nie dla każdego ten okres jest czymś bezgranicznie wyjątkowym. 
Taką osobą jestem ja i nawet, gdy ktoś zada mi to pytanie: Dlaczego nie lubisz świąt?
Odpowiadam: Nie, tyle że nie lubię, po prostu nie czuje tej całej ’’magii” świąt.
Pomyślicie: No cóż, idealna osoba do napisania recenzji i rekomendacji do świątecznej książki.

Nie ukrywam, że moment, w którym dowiedziałam się, do czego będę pisać rekomendację, lekko mnie zaskoczył, ale i ucieszył. Właśnie dlatego uwielbiam to, co robimy tu z dziewczynami. Musimy przełamywać własne bariery, by jak najlepiej ocenić zarówno dla Was, jak i dla Autora jego dzieło, potrzebujemy odciąć się od własnych opinii/przeżyć byśmy, jak najlepiej mogły prowadzić tego bloga.


Czas cudów, czyli opowieści pod jemiołą” to zbiór świątecznych opowiadań polskich pisarzy. 
Wydawnictwo Videograf zaproponowało dziesięciu autorom stworzenie świątecznych historii, byście mogli właśnie z nimi spędzić magiczne i niezapomniane święta.


Postanowiłam przybliżyć Wam jedynie dwie z nich. Chce, byście mogli sami od początku do końca, przeżyć te cudowne historie w zimowej aurze.

Jedną z nich, która wzięła udział w tworzeniu „Czasu cudów” jest Patrycja May, którą mam nadzieje już znacie, gdyż jej „Pamiętnik ze starej szafy” objęłyśmy patronatem (jak nie czytaliście to marsz, bo warto!), tym razem stworzyła „Niecichą noc

To historia o pewnej polskiej rodzinie, której dwójka z trójki dzieci wyemigrowała, w różne strony świata. Jak wiadomo, gdy dzieci dorastają i do tego rozjeżdżają się po świecie, układając sobie nowe życie, święta z rodzicami schodzą na dalszy plan. Nie zawsze pojawia się możliwość, by te cudowne dni spędzić, ze wszystkim których się kocha… 

Na kilka dni przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia Jasiek, jak i Maryla informują swoją matkę, że zamierzają powrócić do domu na kilka, tych rodzinnych dni. I wszystko zaczyna układać się jak w bajce. Perspektywa Świąt, gdy przy rodzinnym stole zasiądą: rodzice z trójką dzieci, japońską narzeczoną syna, zięciem i wnukiem oraz starą przygłuchą ciotką, przewraca spokojne życie trójki osób do góry nogami.

„Niecicha noc” jest to opowieść, w której pierwsze skrzypce gra, rodzinna bezwarunkowa miłość. Wigilia to najważniejszy wieczór w roku, ale tylko gdy spędzamy go w gronie bliskich nam osób. Patrycja May pięknie opisuje nam magię Świąt Bożego narodzenia.  Doskonale pokazuje, że całe przedświąteczne przygotowania, prezenty, jedzenie i choinka nie są najważniejsze, liczy się tylko to by spędzić ten wyjątkowy czas razem.


Kolejną z autorek która stworzyła świąteczną historie, jest Łucja Wilewska, jej książkę również objęłyśmy  patronatem, a było to „Ósme niebo”. Do „Czasu cudów” napisała „Doktora z alpejskiej wioski

Każdy z nas (przynajmniej tak zakładam) ma w rodzinie bądź wśród znajomych kogoś, czyje urodziny przypadają akurat w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Takiej osoby wśród tylu opowiadań nie mogło zabraknąć.

Hania swoje trzydzieste urodziny będzie obchodzić w pierwszy dzień Świąt. Jest prawie szczęśliwa, pisze prawie, bo sama Hania, chyba nawet nie jest tego pewna.

Samotna też nie jest, ale uczucie jej i Kamila nie jest do końca określone, ich związek, choć niespełna roczny dla niej ma wielkie znaczenie. Poznała już rodzinę swego wybranka, a święta i urodziny to idealna okazja, by w końcu przedstawić go swoim najbliższym. Stare ciotki w końcu będą musiały przestać gadać, że zostanie starą panną.

Tak właśnie Hania wiąże swoją przyszłość z Kamil, tylko czy Kamil jest tego równie pewien?

Przecież idą Święta, jej urodziny wszystko powinno iść w dobrym kierunku. Jednak nie każda miłość kończy się happy endem, ale każde Święta dają nadzieje w końcu to czas cudów i „Doktor z Alpejskiej wioski” może znaleźć się w Polskim domu.

Łucja Wilewska pokazuje nam piękno odnajdywanej miłość oraz to, że czasem nawet bardzo blisko jest ktoś, kto może odmienić nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. Odnalezienie tej właściwej osoby i to w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia sprawia, że ten magiczny czas staje się wyjątkowy.  

Tak jak przeczytaliście na początku, jestem z tych, co nie czują tej całej magii świąt, ale mogę z ręką na sercu powiedzieć Wam, że dzięki tym opowiadaniom już nie mogę się doczekać tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia.


Wiem, że będę na nie patrzeć z zupełnie innej strony niż dotychczas, odnajdywać te małe i niby nieistotne, a tak piękne  rzeczy oraz gesty, które urzekły mnie, gdy na spokojnie usiadłam z „Czasem cudów”.


Za możliwość przeczytania dziękuje Wydawnictwu Videograf

Zdobyć Rosie. Czas próby - Kirsty Moseley

Dziś zapraszam Was na recenzję „Zdobyć Rosie. Czas próby” Kirsty Moseley, czyli kontynuację powieści „Zdobyć Rosie. Początek gry”.

Jeżeli czytaliście poprzednią część, to już wiecie, że Rosie i Nate po wielu wzlotach i upadkach postanowili być razem. Nate jest w stu procentach przekonany, że Rosie to ta jedyna i że to właśnie z nią chce zbudować przyszłość. Poza tym Nate przeszedł diametralną zmianę i z podrywacza zmienił się w odpowiedzialnego mężczyznę, który jest podporą dla swojej kobiety i jej synka. Jednak Rosie trudno w pełni się zaangażować i cały czas wstrzymuje się od deklaracji miłości. To wszystko za sprawą przeszłości, która nie daje dziewczynie o sobie zapomnieć. Czeka ich ciężka próba. Czy ją przetrwają?

Uważam, że ta część jest zdecydowanie lepsza od swojej poprzedniczki. Dużo więcej się w niej dzieje, ale chyba i tak zabrakło mi jakiegoś zaskoczenia, czy nieoczekiwanego zwrotu akcji. Dużym plusem jest to, że Nate przestał mnie irytować, a to dla mnie bardzo ważne, bo w poprzedniej części miałam czasami ochotę go udusić. Bardzo spodobała mi się zmiana, jaka w nim zaszła, bo naprawdę stał się odpowiedzialnym mężczyzną, który wie, czego chce od życia. I choć może nie jest to książka, która pochłania bez reszty, to ja świetnie spędziłam przy niej czas. Ale cóż poradzić na to, że lubię książki Kirsty i chyba przeczytam każdą, która ukaże się na naszym rynku wydawniczym.

Tak jak poprzednio książka prawie w całości napisana jest z perspektywy Nate'a, a jak wiecie, ja bardzo lubię zagłębiać się w męskich umysłach, które skrywają wiele tajemnic. Dzięki temu możemy także dużo lepiej poznać Nate'a i staje się on nam bardzo bliski. W książce pojawiają się także rozdziały z perspektywy Rosie, może nie ma ich zbyt dużo, ale dzięki nim lepiej nam zrozumieć jej postępowanie i ostrożność względem związku z mężczyzną jej marzeń.

Jeżeli miałabym wybrać najlepszego bohatera tej powieści, to zdecydowanie byłby to DJ. Ten mały chłopiec nie tylko skradł serce Nate'a, ale i moje.

Jeżeli lubicie twórczość Kirsty Moseley, to myślę, że historia Nate'a i Rosie przypadnie Wam do gustu. Ja spędziłam miło przy niej czas i uważam, że z Wam będzie podobnie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.  

środa, 22 listopada 2017

Dziewczyna ze złotej klatki - Anna Szafrańska (PATRONAT MEDIALNY)

„O miłości, która wszystko przetrzyma”

Mogłoby się wydawać, że życie osiemnastoletniej Amelii Raczyńskiej jest idealne. Dziewczyna ma obrzydliwie bogatych rodziców, mieszka w ogromnej rezydencji pełnej służby i ochrony, uczęszcza do najlepszego prywatnego liceum, a pieniądze nie są dla niej żadnej problemem, po prostu ma wszystko. Tylko czy na pewno? Mimo że Amelia może kupić wszystko, to jednak jest coś, czego nie może mieć, mianowicie wolności i własnego zdania. Jej życie jest już całe zaplanowane. Po ukończeniu szkoły zaręczyny z przystojnym, ale chamskim Igorem Staszewskim, potem ślub, dzieci itd. Niestety rodzicie planując życie córki, nie zapytali jej o zdanie, a Amelia chciałaby żyć jak normalna nastolatka, popełniać własne błędy, spełniać marzenia, a przede wszystkim poznać smak miłości. Gdy w jej liceum zostaje przeprowadzany remont, Amelia postanawia na miesiąc przenieść do normalnej szkoły. Tam poznaje Roberta, który staje się jej bliski. Jednak sieć kłamstw, w którą mota się dziewczyna, może zniszczyć rodzące się między nimi uczucie i doprowadzić do katastrofy.

„Nazywam się Amelia Sybilla Raczyńska.
Mam osiemnaście lat i kończę drugą klasę o profilu humanistycznym w Prywatnej Szkole Roberta Schumana. Mam kochającą siostrę, wspaniałego starszego brata, oziębłych rodziców i szofera Józefa – fantastycznego staruszka uwielbiającego wyścigi konne.
W moim nastoletnim życiu nie mogę być normalną dziewczyną.
Nie mam ambicji ani marzeń.
Nie wiem, co to prawdziwa miłość.
I nie wiem, czy kiedykolwiek ją spotkam...”

„Dziewczyna ze złotej klatki” to kolejna powieść Anny Szafrańskiej, która mnie oczarowała. Wiem, że Ania pisze świetnie, bo pokochałam jej twórczość już po przeczytaniu jej debiutu, ale i tak nie byłam przygotowana na to, co dostałam w jej najnowszej powieści. To książka, która jest po prostu świetna, cudowna, genialna. Historia Amelii pochłonęła mnie już od pierwszej strony i z zapartym tchem śledziłam jej losy, a uwierzcie mi na słowo, że w książce dzieje się naprawdę dużo. Ania jest mistrzynią w serwowaniu emocji i w zaskakiwaniu czytelnika i nie ma mocnych, by domyślić się, co znajdzie się na kolejnej stronie, a tym bardziej jakie będzie zakończenie. Przyznam się Wam szczerze, że gdy czytałam kilkadziesiąt ostatnich stron, to rwałam sobie włosy na głowie, bo nie mogłam uwierzyć, że Ania taki okrutny los zgotowała swoim bohaterom. 

To nie jest cukierkowy romans jakich wiele, to historia o trudnej miłości, o pogoni za marzeniami, o ucieczce w normalność oraz o zasmakowaniu wolności i prawdziwego życia. To powieść, która w pewnym momencie doprowadziła mnie do łez, ale zostałam tak przytłoczona emocjami, że było to ode mnie silniejsze. Poza tym moje łzy świadczą tylko i wyłącznie o tym, że książka jest emocjonująca... po prostu idealna. 

Ogromnym plusem tej powieści są bohaterowie i to nie tylko ci pierwszoplanowi, bo autorka poświęciła wiele pracy każdej z postaci i bardzo dokładnie przybliżyła nam rodziny głównych bohaterów. Pokazała relacje, jakie ich łączą, co pozwoliło mi poznać każdego z nich od podszewki. Każdy z nich jest inny, każdy z nich ma swoje wady, zalety i tajemnice. Niełatwo jest stworzyć plejadę tak różnorodnych postaci, ale Ani Szafrańskiej wyszło to idealnie.

Zapomniałam dodać, że w książce pojawia się wątek sensacyjny, który zaskakuje i mrozi krew w żyłach. Zapewniam Was, że z zapartym tchem będziecie śledzić nie tylko walkę bohaterów o miłość, ale także o życie...

Polecam Wam tę powieść z czystym sumieniem. To piękna opowieść o miłości, o marzeniach, pełna tajemnic, lęku i bólu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce i wydawnictwu Novae Res.

Bezkres nadziei - Joanna Jax ( Przedpremierowo, patronat medialny)

W czasie drugiej wojny światowej wiele osób dzieliło losy podobne do bohaterów cyklu „Zemsta i przebaczenie”, jednak Joanna Jax posiada dar opowiadania w niezwykły sposób historii zwykłych ludzi, wkładając w nie wiele serca, emocji i tego czegoś, co sprawia, że nie chcemy się od nich uwolnić.

„Piąty tom cyklu "Zemsta i przebaczenie" II wojna światowa dobiega końca. Europa podnosi się ze zgliszcz i czuć powiew wolności. Jednak nie dla wszystkich oznacza to koniec kłopotów, a z biegiem czasu następuje głęboki podział nowego świata. Los rozdziela czwórkę bohaterów i każdego z nich stawia przed trudnymi wyborami i wyzwaniami, a brzemię wojny odciska na ich życiu bolesne piętno. Czy uda się pokonać rosnące mury, a miłość i przyjaźń wygrają z nienawiścią i egoizmem, gdy ludzkie ścieżki wyznacza historia? Ucieczki nazistów, stalinowskie rządy, kołymskie gułagi i walka o władzę, a gdzieś pomiędzy toczące się życie zwykłych ludzi.”

Okres tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej to niemniej bolesna karta w historii naszego kraju niż sama wojna.
Warszawa w przeważającej części leży w gruzach , mieszkańcy borykają się z brakiem mieszkań i panującym głodem. Prawie każdy stracił kogoś bliskiego. Bohaterowie powieści zmagają się z konsekwencjami wojny. Sytuacja polityczna i społeczna kraju zmienia się diametralnie, co wpływa na losy naszych protagonistów. Każdy z nich stara odnaleźć się w nowej sytuacji, ale każdemu z nich reżim rządów Stalina utrudnia powrót do normalnego życia. Alicja zmaga się z następstwami swoich poczynań i decyzji, jakie podejmowała w czasie wojny, również dla Igora jego dawne ideały, w które przestaje powoli wierzyć, wystawiają mu rachunek. Hanka zaczyna nowe życie w Londynie, a Emil w swoim stylu zaczyna przystosowywać się do egzystencji na gruzach zniszczonej Warszawy, jednak troski przysparza mu zaginięcie Szymka.

Po raz kolejny Joanna Jax w nieodmiennie dobrym stylu, z pieczołowitością, nader wiarygodnie i realistycznie odtworzyła powojenną rzeczywistość. W bardzo prosty i przyswajalny sposób daje nam swoistą lekcję historii. Myślę, że dla młodszego pokolenia, ale i dla osób, które do tej pory stroniły od tej dziedziny, jest to bardzo dobra droga do poznania wielu faktów historycznych i polubienia książek tego typu.

„Bezkres nadziei” to już piąta część „Zemsty i przebaczenia” co uświadomiło mi, że nieubłaganie zbliżamy się do końca tego cyklu. Choć czekanie na kolejne części było trudną lekcją cierpliwości, tak pożegnanie z bohaterami będzie jeszcze trudniejsze. Nawiązując do tytułu tego tomu, pozwolę sobie przytoczyć fragment wiersza:

„Bez nadziei-nie da się żyć,
bez nadziei-nie warto być,
bez nadziei- nie można kochać
bez nadziei-nie byłoby nas! (…) „

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Videograf.

wtorek, 21 listopada 2017

Misja Wywiad z Niną Reichter

Zapraszamy Was na nasz kolejny wywiad. Tym razem w Misji wzięła udział Nina Reichter autorka cyklu powieści pt. "Ostatnia spowiedź" oraz "Love Line". I właśnie tą książką autorka postanowiła nagrodzić Joanne Wiewiórę za zadanie jej najciekawszego pytania. Serdecznie gratulujemy i prosimy o kontakt przez nasze fp. w ciągu 3 dni.




Daria Kowalczyk
1. Czy jest na świecie takie miejsce do którego by się Pani przeniosła bez zastanowienia? A może znalazła Pani już swój azyl, swoje zacisze, do którego uwielbia Pani wracać po dalekich podróżach i nie wyobraża sobie Pani żadnej przeprowadzki?

Kiedyś nie wahałabym się przy odpowiedzi na to pytanie – powiedziałabym, że gdybym mogła, wróciłabym do Australii. Jednak z wiekiem człowiek obrasta w doświadczenia i we wspomnienia, ale też w niechęć do zmian. Ostatnio na wakacjach z mężem odwiedziliśmy Los Angeles – miasto, do którego chciałam się przenieść. Wydawało mi się to proste, tyle razy przecież się przeprowadzałam. A jednak, gdy spacerowałam po tamtejszych ulicach, okazało się, że coraz ciężej mi wyobrazić sobie zmianę przyzwyczajeń, otoczenia. Widziałam, że wiele rzeczy będzie mi przeszkadzać. Na przykład ilość bezdomnych i niewyobrażalne korki. I tak – czar prysł. Ale być może gdybym odwiedziła jakiś egzotyczny raj, np. Tajlandię, zamarzyłabym, żeby tam mieszkać? Nie było mnie tam, więc nie wiem.

2. Co pomaga skupić się Pani pisząc książkę? Ma Pani jakieś ulubione piosenki, ulubioną herbatę czy coś podobnego, dzięki której ma Pani wenę do pisania?

Kiedyś pomagały mi ulubione papierosy. Zresztą udowodniono, że nikotyna przyśpiesza procesy zachodzące mózgu. No ale paląc książki pisze się szybciej, tylko krócej.  Więc pozbyłam się nałogu. Herbaty nie pijam, nie lubię. Lubię za to waniliową kawę, która zwykle towarzyszy mi przy pisaniu, tylko wtedy popijam ją trochę nieuważnie i kończy się na tym, że wypijam sześć filiżanek. Przy muzyce piszę rzadko, a jeśli już to przy konkretnym utworze, który służy jako podkład muzyczny do danej sceny. Ustawiam go wtedy na playliście i zapętlenie. I potem tak leci przez dwa dni.

Krystian Pawłowski
1. Jak Ci idą lekcje śpiewu?

Po czterech lekcjach nauczycielka (ze znudzenia albo litości dla samej siebie) oddała mnie pod skrzydła innej osoby. To chyba wystarczy za odpowiedź.

2. Który znany mężczyzna (aktor, piosenkarz, sportowiec itp.) podoba Ci się ze względu na wygląd fizyczny?

Hm. Dawno o tym nie myślałam. To zależy. Czasami podobają mi się mężczyźni bardziej męscy, jak Jason Mamoa, Josh Holloway czy Artur Boruc - a innym razem delikatniejsi, ale ciekawi, w typie Kuby Gierszała. Można chyba powiedzieć, że w mężczyznach podobają mi się skrajności.  Nie lubię półśrodków.

Karolina Adamczak
1. A ja zapytam o to jaką książkę wzięłaby Pani ze sobą na bezludnej wyspę?

Pielgrzyma Terry’ego Hayes’a. Albo Dallas 63’ Stephena Kinga. Między tymi dwoma chyba musiałabym losować.

2. Gdyby miała Pani możliwość napisania biografia, czyją chciałaby Pani napisać?

Jamesa Camerona.

Aneta Ciurkot
1. Czy w wieku szkolnym lubiła Pani czytać książki? Jeśli tak to jaka była Pani ulubiona?

Nie. Jeżeli szkoła wpaja coś skutecznie, to właśnie niechęci do książek. Proszę spojrzeć na listę lektur. W podstawówce przyniosłam do domu cienką książeczkę –„Antka” Bolesława Prusa. Byłam jeszcze wtedy pilną uczennicą, więc uważałam, że lektury bezwzględnie należy czytać. Do dziś pamiętam chwilę, gdy otwarto piec z Rozalką i przeczytałam zdanie: „W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą.”
Czytałam je osiem razy, zanim dotarło do mnie, co się właściwie stało. Przez następne dwa lata nie otworzyłam żadnej książki. Czy jako dziesięciolatka zadumałam się nad losem dzieci wiejskich w XIX wieku, co było pewnie celem tej lektury? Niekoniecznie. Zastanawiałam się natomiast, czy powinnam ufać swoim rodzicom, skoro Rozalkę zabiła jej rodzona matka. Myślę, że osoba układająca listę lektur, która zaproponowała tę książkę dzieciom, była idiotą.
Ponownie zaczęłam dużo czytać dopiero w wieku trzynastu lat, kiedy podczas przerwy przyjaciółka (z błyszczącymi i nieco nawiedzonymi oczami) wcisnęła mi książkę do ręki i powiedziała: „Musisz to przeczytać.” To był Harry Potter. 

2. Gdyby musiała Pani napisać własną definicję słowa ROMANS jakby ona brzmiała?

Nie wiem, czy moja definicja różniłaby się znacząco od tej przyjętej. Natomiast bez względu na gatunek dobra historia to taka, o której myślimy jeszcze długo po jej zakończeniu.

Małgorzata Adamczuk
1. Co by Pani powiedziała osobie która nie przepada za typowymi ''romansidłami''. Jak przekonałaby Pani taką osobę do sięgnięcia po ''Love Line'', a może przeciwnie, odradzałaby Pani?

Nie nazwałabym LOVE Line romansem, prędzej obyczajem. W dodatku myślę, że osobie, która pochłania typowe romansidła LOVE Line w ogóle się nie spodoba. Nie znajdzie ona tego, do czego jest przyzwyczajona -bohaterowie nie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, a kartki nie drżą od płomiennych wyznań. Pojawia się za to warstwa psychologiczna, kilka refleksji społecznych.

Ewelina Łukawska
1. Czy pisanie książek było Pani odwiecznym marzeniem?

Nie. Ale pamiętam, że w wieku trzynastu lat rozgłaszałam wszystkim, że napiszę książkę. Chodziło o podręcznik do chemii (do dziś nie wiem dlaczego; może dlatego, że chemii wtedy się jeszcze nie uczyłam, więc nie miałam jak się przekonać, że będę z niej fatalna). Ale to był epizod. A potem wpadłam na pomysł, że piszę autobiografię o dość niegramatycznym tytule. Ale wymyśleniu tytułu się skończyło.

2. Gdyby miała Pani wehikuł czasu użyłaby go Pani? Jeśli tak, to w jakim celu?

Nieużycie go byłoby strasznym marnotrawstwem. I tchórzostwem, prawda? Myślę jednak, że nie cofnęłabym się w czasie. Wolałabym zerknąć w przyszłość.

Justyna Polok
1.Czy jest Pani zadowolona z tej książki ?

Generalnie jak najbardziej, a jednak gdybym mogła dziś edytować sceny, to w dwóch poczyniłabym pewne zmiany. To chyba taka bolączka ludzi twórczych. Bardzo rzadko jesteśmy całkowicie zadowoleni z efektów swoje pracy. I zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie gdybym powiedziała Wam, o jakie szczegóły chodzi, kazalibyście mi narysować sobie mi kółko na czole.  No ale tak już jest.

2.Czy planuje Pani napisanie kolejnej książki?

Pewnie.

Ewelina Eweluśka
1. Jaki jest Pani sposób na trafienie do serca swego wybranka?

Nie celować.

2. Dlaczego wybrała pani romanse a nie np. obyczajówkę czy thriller do pisania książek? Co Panią do tego skłoniło?

LOVE Line jest obyczajem; romans rozwija się w tej książce trochę obok. W ogóle – nie skupiam się tak bardzo na gatunku, a na zjawisku, jakie chcę w danej książce opisać. W Ostatniej spowiedzi skupiłam się między innymi naciskach, jakie rodzice wywierają na dorastające dzieci oraz na tym, że każdy wybór, nawet ten pozornie właściwy, pociąga za sobą konsekwencje. W LOVE Line chcę ukazać destrukcyjną siłę mediów społecznościowych, szkodliwość prasy kobiecej, podwójne standardy dotyczące płci. Staram się pisać o tym, co mnie zadziwia, porusza, denerwuje. Tematów szukam wśród spraw, które miały na mnie jakiś wpływ. A potem dopasowuję fabułę, która pomaga mi ten problem uwidocznić.

Izunia Raszka
1. Czy ciężki był research do Love Line?

Nie był trudny, ale to dlatego, że wszystko, co opisane jest w książce mieści się w granicach moich zainteresowań. Tricki psychologiczne, o których mowa w książce, były mi wcześniej znane - jedyne, co musiałam zgłębić to styl kierowania rozmową, jaki do swoich podbojów wykorzystują PUA.

2. Jakie ma Pani rytuały związane z pisaniem?

Mam jeden. Choć to raczej warunek, nie rytuał. Włączam internet.

Kinga Grabowska
1. Jak za pomocą trzech słów opisałaby Pani swoją książkę "Love Line"?

Niebanalna, błyskotliwa, dająca do myślenia.

2. Czy jest jakiś temat, którego nie podjęłaby się Pani poruszyć pisząc kolejną książkę?

Trochę boję się traum. Pisania o emocjach związanych z tragicznymi wydarzeniami, których nie przeżyłam. Ale wtedy najczęściej po prostu poświęcam więcej czasu, by się przygotować.

Joanna Wiewióra
1. Czy miała Pani kiedyś takie przeczucie, że jak napisze książkę to albo wydawnictwo jej nie będzie chciało wydać lub czytelnicy jej nie będą chcieli mieć na własnej półce?

Nie. Czasami mam przeczucie, że dany fragment, element lub wybór bohatera się nie spodoba – ale przecież nie wszystko się musi podobać. Poza tym nie da się napisać książki odpowiedniej dla wszystkich i interesującej każdego w takim samym stopniu. Wiadomo, że nastolatka zaczytująca się w Cassandrze Claire nie zachwyci się tym samym co kobieta czytająca Moyes, a tym bardziej Munro. Gusta są różne, świadomość czytelnicza również.

Adrianna Cholma
1. Czy kiedy pisałaś Leztze Beichte, wyobrażałaś sobie tę historię w postaci książki?

Na początku – nie. Po zakończeniu – jak najbardziej. Ale wyobrażałam ją sobie w czarno białych okładkach, podobnych jak w serii „Szeptem”. Nie wiem dlaczego.

2. Czy bohaterowie Love Line są wzorowani na osobach realnych, jak w przypadku Ostatniej Spowiedzi?

Wzorowani nie. Inspirowani – prędzej.

Natalia Wójcik
1. Jaka jest Pani ulubiona książka?❤️

Bardziej odpowiednie byłoby pytanie o dziesięć ulubionych książek  Mówiłam o „Pielgrzymie” i „Dallas”, więc wymienię jeszcze „Zanim się pojawiłeś”, „Gwiazd naszych wina”, „Jeden dzień”. Ale ponieważ czytam książki tak różne gatunkowo, ciężko je ze sobą porównywać, a co dopiero wybrać tę najbardziej wzruszającą lub najlepszą. Ale średnio co trzy lata znajduję książkę, która trafia u mnie na najwyższą półkę.

Marzenia Kaliny - Aneta Krasińska (PATRONAT MEDIALNY)

Chyba już wiecie, że Aneta Krasińska to autorka, której twórczość uwielbiam i mogę brać w ciemno wszystko, co wyjdzie spod jej pióra. To autorka, która w przepiękny i prawdziwy sposób pisze o prawdziwym życiu, a jej książki pełne są uczuć i emocji, więc to oczywiste, że nie mogłam nie przeczytać jej najnowszej powieści „Marzenia Kaliny” i dzisiaj zapraszam Was na recenzję tej właśnie książki.

W powieści przeplatają się ze sobą losy trzech bohaterek, które na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Są w różnym wieku i z odmiennym bagażem doświadczeń, mają zupełnie inne zainteresowania oraz usposobienie. Tym, co je łączy, jest pragnienie posiadania rodziny, którą utożsamiają ze szczęściem. 

Kalina ma cudowną pracę, kochającego męża i własny dach nad głową. Wydawać by się mogło, że nic więcej nie potrzeba młodym ludziom do szczęścia. Nic bardziej mylnego… 

Lena to nastolatka poturbowana emocjonalnie przez los, jaki zgotowali jej rodzice. Skrzywdzona przez najbliższych i osamotniona, staje się łatwym celem dla człowieka, który chce wykorzystać jej niewinność… 

Elżbieta jest dojrzałą kobietą. W młodości spotkała mężczyznę, który odcisnął piętno na jej życiu. Dramatyczna decyzja dotycząca dziecka wciąż głęboko tkwi w jej podświadomości i nie pozwala normalnie funkcjonować … 

Okrutny los drwi z kobiet, a feralny wypadek splata ich historie… 

„Marzenia Kaliny” to kolejna książka Anety Krasińskiej, która pokazuje prawdziwe życie i realne problemy, z którymi zmaga się niejedna z nas. Aneta to autorka, która o ludzkich dramatach pisze w sposób niewyobrażalnie ludzki i szczery, dzięki temu jej książki czyta się z niewyobrażalną przyjemnością, a w bohaterkach bardzo łatwo odnaleźć część siebie. W swojej najnowszej powieści splata losy trzech kobiet, które łączy jedno... każda z nich pragnie szczęśliwej i kochającej rodziny. Dla niektórych to niewiele, ale dla tych kobiet, jest to najważniejsze. Każda z nich ma swoje wzloty i upadki, z którymi radzi sobie na swój własny sposób, nie zawsze taki, który się sprawdza.

"Każdy dzień to zmaganie człowieka z przeciwnościami losu. Jego marzenia i rozterki przeplatają się ze sobą, tworząc ciasno splecioną pajęczynę, która sprawia, że chce się żyć i wciąż podążać do celu. Czasem jednak pajęczyna zaczyna się rwać, a jej naprawa wymaga niebywałej zręczności i ogromu chęci." 

Jedną z głównych zalet twórczości Anety Krasińskiej jest język, jakim operuje. Jej powieści mimo wielu trudnych tematów zawsze napisane są lekko, dzięki czemu czyta się je z ogromną przyjemnością. Poza tym wszystko jest spójne, na temat i co najważniejsze nie ma zbędnych opisów, których tak nie lubię. Sztuką jest pisać o życiu, o problemach, z którymi zmaga się niejedna z nas i tego nie przekoloryzować. Jednak Anecie Krasińskiej się to udaje i zawsze czytając jej książki, czuję się tak, jakby historie bohaterów działy się gdzieś koło mnie, dzięki czemu zawszę mogę, całą sobą się w nie zaangażować.

„Marzenia Kaliny” to niesamowicie głęboka powieść, pełna uczuć i emocji. Bohaterki otwierają nam oczy na wiele istotnych spraw i skłaniają nas do refleksji odnośnie życia i własnego postępowania. To książka dająca nadzieję na lepsze jutro, a tego najbardziej potrzebuje każdy z nas. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Replika. 

Terapia - Kathryn Perez (PRZEDPREMIEROWO)


Czy każda książka ma duszę? Myślę, że tak, choć nie zawsze czytelnik ją w niej odnajduje. Sama uwielbiam takie powieści, gdzie każde słowo, każde zdanie napisane przez autora trafia wprost do mojego serca, historia bohaterów staje się moją historią i czuję się tak, jakby dusza książki stawała się częścią mnie i zostawała ze mną na zawsze. Niestety takie powieści to rzadkość, a jak już uda mi się na taką trafić, to chłonę ją całą sobą i żyję życiem bohaterów jeszcze długo po jej skończeniu. Niezaprzeczalnie taką książką jest „Terapia” Kathryn Perez, która w moim sercu otworzyła wiele starych ran, ale także wiele z nich zamknęła. Zapraszam na recenzję.

"Czasami trzeba się zgubić, by się odnaleźć…

Jestem samotna.

Rozbita.

Żyletką tnę swoje odrętwienie, lecz otwieram w ten sposób jeszcze więcej ran.

Depresja, samookaleczanie, prześladowania… To moja codzienność.

Faceci, seks… To moja ucieczka.

Różnica pomiędzy prawdą a kłamstwem rozmywa się, pozostawiając mnie rozdartą, zdezorientowaną i zagubioną.

A kiedy demony zamieszkujące mój umysł usiłują mnie pokonać, dwaj mężczyźni, których kocham, starają się mnie uratować.

To moja historia o przyjaźni, miłości, cierpieniu i walce z samą sobą."

Bardzo długo zabierałam się za napisanie recenzji tej książki, bo to historia, która naprawdę jest bliska mojemu sercu. Depresja, samookaleczanie, brak akceptacji ze strony rówieśników, to wszystko nie jest mi obce i choć nigdy nie dotyczyło to bezpośrednio mnie, to książka mną po prostu wstrząsnęła, bo to samo spotkało bliskie mi osoby. Wiem co depresja, czy inne zaburzenia psychiczne potrafią zrobić z ludzkim życiem i niestety wiem, że często to wszystko kończy się samobójstwem... 

„Depresja to podstępna dziwka. Zakrada się do ciebie, kiedy najmniej się jej spodziewasz i przemyka cichutko przez korytarz twojej świadomości, pożerając światło twej duszy. Przychodzi właśnie wtedy, kiedy jest ci najciężej i sprawia, że i tak trudne już czasy stają się nie do zniesienia. Chciałabym, żeby depresja była żywą istotą, namacalnym, oddychającym stworzeniem. Otoczyłabym wtedy dłońmi jej krtań, zacisnęła  mocno i dusiła tak długo, aż w jej pustych oczach odbije się nicość, aż stanie się bezsilna i nigdy nie będzie w stanie ponownie mnie skrzywdzić.”

Gdzieś niedawno przeczytałam, że autorka w młodości sama zmagała się z podobnymi problemami i teraz już rozumiem, dlaczego ta powieść jest tak do bólu prawdziwa, dlaczego wyciska łzy i dlaczego trafia wprost do serca. Kathryn Perez w dosadnie brutalny sposób przedstawia wszystkie twarze depresji, ukazuje ból, samotność i niemoc człowieka, który się z nią zmaga, ale także pokazuje miłość, która jest w stanie przetrwać największe huragany. Tę powieść napisało prawdziwe życie, bo takich osób jak Jessica są tysiące. To historia, która naprawdę wycisnęła ze mnie wiele łez, ale czy obok takiego bólu, takiej samotności można przejść obojętnie? To historia, która niewątpliwie otwiera nam oczy na wiele spraw, jest smutna, jest bolesna, ale także daje ogromną nadzieję na lepsze jutro, na lepsze życie bez strachu i łez.

„Nie pozwól, żeby ten syf, który siedzi w twojej głowie przejął nad tobą kontrolę. Straszne myśli przychodzą do nas tylko wtedy, kiedy im na to pozwalamy. Potwory nie żyją pod łóżkami; one zamieszkują nasze umysły. Zapamiętaj to.„

Nie będę Wam już przybliżać postaci samej Jessiki, bo ją trzeba poznać osobiście, zapoznać się z jej lękami, z jej obawami, po prostu z całą jej smutną historią. Natomiast wspomnę Wam o dwóch mężczyznach, którzy odegrali bardzo ważną rolę w jej życiu, czyli o Jace Collinsie oraz o Kinglseyu Arringtonie. To naprawdę niezmiernie ważne postacie, pierwszy z nich pojawił się w jej życiu już jako nastolatek i dzięki niemu dziewczyna przeżyła ostatni rok w szkole, połączyła ich miłość, ale niestety przez pewne decyzje Jessiki, ich drogi się rozeszły. Drugi z nich pojawił się w jej życiu, gdy  próbował wreszcie zawalczyć o swoje zdrowie, przyjaźń zamieniła się w miłość i można było im wróżyć happy end... 

„Terapia” to powieść, którą powinien przeczytać każdy nastolatek, ale także i każdy rodzić, bo może dzięki tej lekturze nie przegapi sygnałów, które wysyłają dzieci borykające się z ogromnymi problemami. To naprawdę książka godna uwagi, która uczy, otwiera oczy na wiele spraw, a przede wszystkim uświadamia, że problemy psychiczne nie pozbawiają ludzi uczuć, że depresja nie jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić i że zawsze trzeba szukać pomocy, by nie zatracić się w ciemności.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe.

sobota, 18 listopada 2017

Literat - Agnieszka Pruska

Z twórczością Agnieszki Pruskiej miałam już styczność, bo czytałam i recenzowałam Żeglarza, czyli trzeci tom cyklu o komisarzu Barnabie Uszkierze. Zaznaczyłam też wtedy, że z chęcią poznałabym wcześniejsze tomy i ku mojemu zdziwieniu wydawnictwo przysłało mi je. Więc dziś zapraszam na recenzję Literata, czyli debiutu autorki.

Przypadkowy biegacz, wczesnym rankiem zauważa w wykopie siedzącą postać, gdy do niej podchodzi, okazuje się, że to mumia. Na miejsce przybywa ekipa policyjna, której dowodzi komisarz Barnaba Uszkier. Rozpoczyna się śledztwo, które niestety po kilku tygodniach staje w martwym punkcie. Jednak pojawiają się kolejne zwłoki, a każda zbrodnia jest inna, ale równie makabryczna. Czy to sprawka seryjnego zabójcy? Czy komisarz Uszkier z sukcesem zakończy śledztwo? O tym wszystkim musicie przekonać się sami.

„Agnieszka Pruska to autorka serii z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej. Podobnie jak jej bohater ćwiczy aikido. Członkini Oliwskiego Klubu Kryminału, felietonistka i recenzentka serwisu Zbrodnia w Bibliotece. Czytelników zaprasza również na swoją stronę www.agnieszkapruska.pl” 

W ostatnim czasie czytałam same romanse i erotyki, więc Literat był świetną odskocznią od kwiatków, serduszek i wszechobecnej miłości. Tym bardziej to świetna odskocznia, gdyż Agnieszka Pruska stworzyła naprawdę interesujący i wciągający kryminał, od którego nie potrafiłam się oderwać. Dużym plusem tej powieści jest jej nieprzewidywalność, bo naprawdę ciężko odkryć, kto stoi za wszystkim morderstwami, więc dla mnie była to prawdziwa czytelnicza uczta, gdyż bardzo lubię główkować, zgadywać i wpadać na własne tropy podczas czytania kryminałów. Nigdy bym nie powiedziała, że to debiut pani Agnieszki, bo książka wcale a wcale nie odstaje od tego, co napisała później. Dla mnie jest to literatura na jak najwyższym poziomie i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, kto uwielbia kryminały. 

Muszę przyznać, że autorka jest perfekcjonistką w tym, co robi. Wszystko w książce dopieszczone, dopracowane, a pani Agnieszka opisała samą pracę policji w taki sposób, jakby sama stała gdzieś obok. Dla mnie to ogromny plus, gdyż naprawdę z ogromną przyjemnością śledziłam pracę śledczych, którzy próbowali rozwikłać zagadkę tajemniczych i makabrycznych morderstw.

Literat to świetny kryminał, który trzyma w napięciu do ostatniej strony i w którym naprawdę ciężko odgadnąć kim jest zabójca. To książka nieprzewidywalna, ciekawa z fajną dynamiczną akcją. Ja jestem zachwycona i myślę, że z Wami będzie podobnie.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Oficynka. 

Darsud Li - Ajrun

Dzisiaj mam dla Was książkę, która zaciekawiła mnie bardzo swoim opisem i tym, że została wydana w selfpublishingu (czyli, że autor wydaje książkę sam, a nie we współpracy z wydawcą). Moim zdaniem taka forma wydawania książek zdobywa u nas coraz większą popularność, a dzięki temu można trafić na naprawdę fajne powieści, i nie są one w żaden sposób gorsze, od książek wydawanych w tradycyjnym systemie wydawniczym.

Tak jak wspomniałam. Po dość ciekawym opisie wzięłam się za lekturę powieści, która miała być połączeniem fantastyki z ezoteryką (kojarzyło mi się z tymi wszystkimi programami w których wróżki wróżą z tych swoich kart, ew. z Wróżbitą Maciejem). Byłam bardzo optymistycznie nastawiona i zaraz zobaczycie co z tego wyszło! 

 Wędrówka dusz to zagadnienie, któremu literaci przyglądają się rzadko. A jeśli dodać do tego fantastyczny świat morskich stworzeń, Ajrun wydaje się pozycją odbiegającą od gatunkowej prozy dostępnej na rynku.

To wciągająca fabuła, bez dwóch zdań. W świat ezoteryki wprowadzeni zostajemy powoli: motywy wydają się na początku znane, jakbyśmy w ręku trzymali kolejną historię z pospolitego nurtu fantasy. Jednak już w trzecim rozdziale rytm prozy łamie się, postaci pogłębiają, a rozdzierające bohaterów dylematy wydają się nagle zaskakująco aktualne.

"Czytelnik zaczyna zadawać sobie pytanie, jak blisko jest światu przedstawionemu do otaczającej nas rzeczywistości. Tutaj Ajrun przejawia swoją największą siłę. Magia książki zaskakuje nagle i uderza niczym samotna fala - porównanie nadzwyczaj trafne, bo woda to motyw przewodni tej niesłychanie świeżej prozy.

Postacie z każdym rozdziałem zyskują na wyrazistości, a kolejne zwroty akcji nadają im głębszy rys. Gdy już wydają nam się doskonałymi znajomymi, autor wykonuje karkołomną woltę... Udaną na szczęście, chociaż sam musiał czuć wątpliwość, czy ten pomysł może się udać.

Ajrun jest jak klejnot z okładki. Wiele warstw składa się na wszechświat tej opowieści. Czuć, że autor zawarł tutaj coś więcej, coś nieuchwytnego, coś co odróżnia jego narrację od tysięcy innych prób oddania złożoności życia. Gdy kończymy lekturę, odnosimy wrażenie, że ktoś uchylił dla nas drzwi transcendencji. Jakbyśmy wyjrzeli za dekoracje otaczającej nas rzeczywistości. Opada zachwyt fantastycznymi rekwizytami, pozostaje głębia przeżycia prawdziwego przejścia. Ta książka zmienia."

"Ajrun" to książka z bardzo barwnymi opisami, ale oprócz tego znajdziemy tam także grafiki, które były można powiedzieć troszkę psychodeliczne. Autor pięknie zobrazował nam całą historie, ale jedno bardzo mocno nie podobało mi się w tej historii. Liczyłam na coś bardziej ułożonego, spokojniejszego... Natomiast  styl Autora często był tak pokrętny, że nie dało się tego wszystkiego ogarnąć, przez co moja przyjemność z lektury nieco malała. Nie było to przejrzyste w niektórych momentach, autor możliwe, że za dużo chciał wpleść w fabułę, ale jak wiadomo "co za dużo, to niezdrowo".

I tak właśnie mogłabym podsumować tę książkę. Moim zdaniem jest mocno przedobrzona, mimo tego że sam motyw "zajrzenia w głąb duszy" wydawał mi się naprawdę super, tak wykonanie tego wszystkiego mogę uznać za średnie.

Bohaterów mogłabym opisać jako dobrych, z ciekawą osobowością i historią. Każdy z nich różnił się od siebie, mieli w sobie coś wyjątkowego, przez co mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z lepszych rzeczy w tej książce. Dużo nie mogę o nich opowiedzieć, bo wszystko wydaje mi się znaczące, a nie chcę spoilerować.

Reasumując, jeśli kogoś ciekawią takie właśnie eksperymenty, to polecam, ale mi przez ten "bałagan" książka nie do końca przypadła go gustu. Przeszkadzało mi to w odbiorze, ale może Wam się spodoba. 

Dziękuję za przeczytanie Autorowi

Najtwardsza stal - Scarlett Cole



Harper Connelly uciekła przed przeszłością i mężczyzną, który wyrządził jej wiele krzywd psychicznych i fizycznych. Zmieniła imię, nazwisko i zamieszkała w Miami, lecz strach nigdy jej nie opuścił, a blizny szpecące jej plecy, codziennie przypominały jej o koszmarze, jaki przeżyła. Jednak dziewczyna postanowiła definitywnie rozliczyć się z przeszłością i zdecydowała, że zakryje okropne blizny tatuażem. W tym celu udała się do Trenta Andrewsa jednego z najlepszych tatuażystów w Miami. To spotkanie wywróciło życie obojga bohaterów do góry nogami, bo od razu poczuli do siebie wzajemne przyciąganie. Nowe życie, nowy start, nowa miłość. Czy to nie brzmi pięknie? Niestety przyszłość kolejny raz da o sobie znać. Czy wtedy Trent zdoła ocalić swoją ukochaną? O tym przekonajcie się sami.

„Jego pierś, szeroka i mocna, była jak kotwica dla jej niepokoju. Oparła o nie czoło, a jej ręce wisiały wzdłuż ciała, nie była w stanie go dotknąć, mogła tylko stać. Harper wzdrygnęła się, gdy położył jej ręce na ramionach. Zamknęła oczy. Powoli zsunął dłonie po jej rękach i objął ją w pasie, poniżej blizn, które przejęły kontrolę nad jej życiem. Pachniał mydłem, środkiem do prania i męskością. I niczym kwiat w deszczu na pustyni Harper rozwinęła się pod tym dotykiem. Wyprostowała się, zaczęła głębiej oddychać i w niewytłumaczalny sposób poczuła się bezpiecznie w ramionach człowieka, którego ledwie znała.”

„Najtwardsza stal” to bardzo fajny romans, przy którym świetnie spędziłam czas. Historia Harper i Trenta niesamowicie wciąga i ciekawi mimo tego, że jest dość przewidywalna i napisana według utartych schematów. To historia, która z pozoru wydała się mi dość banalna, ale to naprawdę złudne wrażenie, bo koniec końców książka okazała się bardzo wartościową lekturą, a naprawdę tego się po niej nie spodziewałam. Według mnie autorka stworzyła bardzo życiową powieść, która mówi o tym, że zawsze jest odpowiedni czas na to, by o siebie zawalczyć, jak ważne są dokonywane przez nas wybory oraz uświadamia, że miłość nie musi ranić. Scarlett Cole poruszyła także bardzo trudny temat, jakim jest przemoc fizyczna i psychiczna i pokazała, jaki ma wpływ na późniejsze życie ofiary.

"Dante chciał pokazać, że miłość pochodząca od Boga jest czysta, ale gdy trafia w nasze ręce, potrafimy to spieprzyć. My, zwykli śmiertelnicy, często nadużywamy miłości. Miłość zbyt silna może być tylko żądzą, a miłość nadużywająca może doprowadzić do gniewu."

Autorka zachwyciła mnie kreacją bohaterów. Trent zauroczył mnie już na samym początku swoim podejściem do życia, wrażliwością, cierpliwością i oddaniu do tego, co kocha, czyli tatuowaniu. Jeżeli chodzi o Harper to autorka bardzo prawdziwie uchwyciła obraz osoby, która zmaga się z bolesną przeszłością i cały czas boi się swojego oprawcy. Z ogromną przyjemnością obserwowałam zmiany, jakie w niej zachodziły i jak z zalęknionej kobiety zmieniała się w dziewczynę pełną odwagi, cieszącą się miłością i przyjaźnią bliskich jej osób.

Książka napisana jest lekko, przekonująco, a przede wszystkim ze smakiem. Idealna na długie zimne i deszczowe jesienne wieczory. Zapewniam Was, że miło spędzicie przy niej czas i tak jak ja niecierpliwie będziecie wyczekiwać kolejnego tomu i kolejnej historii miłosnej z tatuażami w tle. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bisness Culture.

czwartek, 16 listopada 2017

Błękit szafiru - Kerstin Gier

Dziś napiszę Wam troszkę o drugim tomie Trylogii czasu Kerstin Gier, czyli o „Błękicie szafiru”. Jesteście ciekawi, czy ta część dorównała swojej poprzedniczce? Jeżeli tak to zapraszam na recenzję.

Ta część zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zakończył się tom pierwszy, kiedy to Gideon i Gwendolyn wracają do teraźniejszości. Do świadomości dziewczyny dochodzi fakt, że wszystko, co wokół się dzieje, nie wygląda tak, jak zostało jej to przedstawione. Bo czy na pewno strażnicy mają rację, uznając Lucy i Paula za przestępców? Wiele spraw wymaga wyjaśnienia, a na domiar wszystkiego Gwendolyn nie wie co myśleć o tym, co łączy ją z przystojnym Gideonem, który raz ją uwodzi, a innym razem odtrąca. 

„Kerstin Gier to niemiecka autorka powieści dla kobiet i powieści młodzieżowych. Sukces Trylogii Czasu z dnia na dzień zrobił z niej jedną z najlepiej sprzedających się pisarek niemieckojęzycznych.
Studiowała edukację biznesową i psychologię komunikacji, próbowała swoich sił w wielu miejscach pracy, by w 1995 roku zacząć pisać powieści dla kobiet. Aktualnie mieszka wraz z mężem i synem w okolicach Bergische Land.”

Drugi tom Trylogii czasu jest zdecydowanie lepszy od części pierwszej, choć myślałam, że nie jest to możliwe, bo część pierwsza była naprawdę bardzo dobra. Jednak teraz akcja nabiera tempa już od samego początku, co mnie niezmiernie ucieszyło i porwało od razu w wir niesamowitych wydarzeń. W książce dzieje się bardzo dużo, a jej główną zaletą jest humor, który naprawdę niesamowicie bawi. Ale humor to nie wszystko, bo znajdziemy w niej także perypetie miłosne, podróże w czasie i spotkamy kilku nowych bohaterów tj. Xeneriusa gargulca oraz młodszego brata Gideona, który jest szalonym ryzykantem. Każda z tych postaci odegra jakąś rolę w życiu głównej bohaterki i oczywiście oboje dostarczą Wam sporo rozrywki. Oprócz tego fabuła książki jest wielowątkowa i dość zawiła, ale nie liczcie na to, że w tej części dostanie odpowiedzi na wszystkie pytania, bo co chwila pojawiają się kolejne tajemnice, które nie wróżą nic dobrego.

W tej książce nie ma nic, co mogłoby mi się nie podobać. Jest świetna fabuła, dynamiczna akcja i genialnie wykreowani bohaterowie. Bardzo ich polubiłam, choć nie ukrywam, że był moment, w którym Gideon stracił w moich oczach, ale o tym cicho sza. ;) 

Jeżeli lubicie książki o podróżach w czasie, gdzie humor, romans i tajemnice przeplatają się ze sobą, to ta powieść jest dla Was idealna. To taka książka, od której nie sposób się oderwać, ja spędziłam przy niej świetnie czas i jestem pewna, że z Wami będzie podobnie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

środa, 15 listopada 2017

W ogniu namiętności - Sylvia Day

Kolejny raz z rzędu przeczytałam książkę, napisaną w formie opowiadań. Jak podkreśliłam w ostatniej recenzji, nie przepadam za krótką formą, która nie daje mi możliwości zaprzyjaźnienia się z bohaterami na dłużej, a ja lubię przywiązywać się do postaci książkowych, co w efekcie często przysparza książkowego kaca :) Niestety taka dola blogera, nie zawsze mamy wpływ na to, co czytamy. Nie mniej jednak spróbuję przybliżyć Wam zbiór opowiadań „W ogniu namiętności”.

„Cztery gorące historie, cztery fascynujące opowieści z namiętnością w roli głównej. Rachel, Layla, Ana i Darcy: cztery kobiety, których całkowicie odmienne życiowe ścieżki prowadzą do tego samego celu: wielkiej, wszechogarniającej, dzikiej i bezpruderyjnej miłości. Nie ma fantazji, której nie można zrealizować, nie ma rozkoszy, po którą nie można sięgnąć, nie ma zasad, których nie można złamać. Są pragnienia, fantazje i żądze, które trzeba zaspokoić. Za wszelką cenę. „

Podejrzewam, że Sylvii Day nie trzeba nikomu przedstawiać. Autorka bestsellerowej trylogii o Gideonie Crossie ma na swoim koncie kilkanaście romansów i powieści erotycznych, które znalazły spore grono fanów na całym świecie. Tym razem pokusiła się o napisanie opowiadań. Czy taka forma zdobędzie równie liczne grono wielbicieli?

Niestety mnie książka nie zachwyciła, pomijając już nawet fakt, że nie lubię opowiadań. Przeczytałam już kilka książek tej autorki (seria Crossfire to jedna z moich ulubionych jak nie najulubieńsza seria z tego gatunku) jednak tym razem odniosłam wrażenie, że albo Day straciła formę, albo po prostu „popełniła” książkę dla kasy taką „na odwal”. Obydwie opcje są jak najbardziej możliwe.

„W ogniu namiętności” to cztery historie miłosne, przepełnione wszechogarniającą namiętnością, do której sprowadza się cała książka. Cztery różne opowieści, których wspólnym mianownikiem jest praca, jaką wykonują męscy bohaterowie, mianowicie są funkcjonariuszami służb specjalnych. Wokół tego tematu zbudowane są fabuły tych opowiadań i mogłoby się wydawać, że temat na tyle atrakcyjny, że powstanie coś naprawdę fajnego. Niestety tak się nie stało. Powiem szczerze, historie są po prostu nudne (może poza jedną „Wytrzymać wszystko„, którą nawet dobrze mi się czytało). Bohaterowie wyidealizowani, wręcz przerysowani, bohaterki, jak to w dzisiejszych czasach silne, wiedzące czego chcą i bezpruderyjne, co samo w sobie nie jest niczym złym, jednak mam takie wrażenie, że autorka zredukowała je trochę do takich „kotek w rui”, które poza seksem niewiele oczekują od życia.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie strasznie mierzi, mianowicie wulgaryzmy, jakich używa autorka. I choć w innych jej książkach nie przeszkadzały mi w ogóle, tak tym razem raziły ogromnie, były niesmaczne, chociaż niesmaczne to chyba niewłaściwe słowo, po prostu nie na miejscu. Z drugiej strony jednak, zdaję sobie sprawę, że po trosze może być to wina tłumacza. Jak wiadomo, nasz język jest ubogi w określenia, których można użyć, aby nazwać męskie czy żeńskie narządy płciowe. I tu jest pies pogrzebany. Zazwyczaj są one albo wulgarne, albo naukowo – medyczne czy zbyt infantylne. No cóż. Podziwiam jednak autorki, które radzą sobie, i to nawet całkiem dobrze bez tego całego nazewnictwa.

Myślę, że moja niezbyt pochlebna recenzja tak naprawdę nie zaszkodzi Sylvii Day, jak i również nie odwiedzie nikogo od czytania jej książek. Ja sama je lubię i na pewno przeczytam jeszcze nie jedną. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

Arsen - Mia Asher (PREMIEROWO)



„Wystarczyło jedno spojrzenie…

Jestem oszustką.
Jestem kłamczuchą.
Moje życie to jeden wielki bałagan.

Kocham mężczyznę.
Nie, kocham dwóch mężczyzn…
Tak sądzę.

Jeden z nich odwzajemnia to uczucie. Drugi sprawia, że płonę.
Jeden jest moją opoką. Drugi – kryptonitem.

Jestem załamana, zagubiona i zniesmaczona samą sobą.

Ale nie potrafię się powstrzymać. Oto moja historia.
Opowieść o mojej nieszczęśliwej miłości.”

Recenzję tej powieści miałam sobie zostawić na później, ale postanowiłam, że napiszę ją zaraz po skończeniu lektury, by moje emocje zbytnio nie opadły, a uwierzcie mi na słowo, że one cały czas krążą w mojej głowie, bo niełatwo zapomnieć o takiej książce i tym, co czułam, gdy ją czytałam. Od razu Was ostrzegę, że tę książkę najlepiej czytać, po wypiciu kubka melisy, zażyciu kilku tabletek relanium, bądź wypiciu sporej dawki alkoholu. Naprawdę jest to niezbędne, by utrzymać emocje na wodzy. Sama nie raz chciałam rzucić książką o ścianę, a najlepiej, gdybym znalazła się w jej środku i nakopała głównej bohaterce do dupy, bo to właśnie ona była zapalnikiem wszystkich złych emocji, które odczuwałam. 

„Nie zakochałam się tak po prostu. Chwyciłam miłość za rogi, a potem poniosłam spektakularną klęskę.”

Chylę czoła przed Mią Asher za kreację bohaterów, bo naprawdę niełatwo jest stworzyć tak wiarygodne i prawdziwe postacie, które różnią się od siebie diametralnie. Niełatwo jest także stworzyć główną bohaterkę, w taki sposób, by nie móc jej polubić, ale Cathy się nie lubi, ją się nienawidzi. To kobieta, która wywołała we mnie same negatywne emocje... złość, wściekłość i w ogóle nie potrafiłam jej współczuć, ja wręcz, czekałam na to, by życie dało jej w kość, by dało jej popalić. Pod jej adresem rzucałam wiele obraźliwych komentarzy, bo niestety była dla mnie wredną zapatrzoną w siebie suką, która robiła wszystko, tylko by jej było dobrze. Nie mogłam zrozumieć, jak mogła tak postąpić wobec męża, który gdyby tylko chciała, skradłby dla niej gwiazdkę z nieba. Nie myślcie jednak, że Ben był chodzącym ideałem. Nie, tak nie było, miał on tak samo wady jak wielu z nas. 

„Miłość nie powinna ranić. Miłość powinna leczyć, być ucieczką od nieszczęścia, sprawiać, by jebane życie było coś warte. Ale gdy patrzę na swoją żonę, wiem, że to wszystko pierdolenie.
Miłość może zniszczyć.
Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

No i na koniec Arsen, młody chłopak, z którym mam ogromny problem, bo już na samym początku przypięłam mu łatkę playboya i bogatego chłoptasia, który wykorzystywał swój urok, czar i pieniądze, by zaciągać dziewczyny do łóżka. Niestety zakończenie książki ukazało, go  zupełnie innym świetle i moje całe wyobrażenie o nim pękło jak bańka mydlana.

Jeżeli miałabym tę książkę określić tylko jednym słowem, to brzmiałoby ono GENIALNA. To taka książka, która pochłania bez reszty, hipnotyzuje i nie pozwala o sobie zapomnieć. Mówi się, że dobrą książkę poznaje się po emocjach, tych złych i tych dobrych, a tutaj Wam tego nie zabraknie. Ja czułam wściekłość, żal, smutek i naprawdę nie potrafiłam pogodzić się z wyborami Cathy. Przyznam się też Wam do tego, że popłakałam się, czytając tę historię, płakałam nad losem Bena, który został tak mocno skrzywdzony przez osobę, która była dla niego całym światem. Bez wątpienia jest to piękna historia, ale i smutna, która daje dużo do myślenia, bo to co spotkało tę trójkę bohaterów, dotyka wielu ludzi na całym świecie, bo zdrada istniała, istnieje i będzie istnieć nadal...

„Cathy.
Moja przyszłość, teraźniejszość i przyszłość – moja wieczność.
A przynajmniej tak myślałem.”

Polecam Wam tę powieść z całego serca. To historia, którą pokochacie, albo znienawidzicie, wybór należy do Was, ale na pewno o niej nie zapomnicie.

„Każdy czyn ma swoje konsekwencje. Nieważne, czy będzie się próbowało przed nimi uciec. W końcu i tak nas dopadną.”

Na sam koniec napiszę Wam jeszcze tylko, że to książka, która jest bardzo nieprzewidywalna i naprawdę ciężko domyślić się, co znajdzie się na kolejnej stronie, a tym bardziej jakie będzie zakończenie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł.

Premiera: 15.11.2017