wtorek, 4 lipca 2017

Pamiętnik ze starej szafy - Patrycja May (fragment powieści)

Kiedy zaczynała mnie już ogarniać czarna rozpacz,
w końcu jeden jedyny człowiek zaproponował
mi pomoc. Z ulgą pomyślałam, że chociaż on
nie uległ tej zbiorowej histerii z obwinianiem mnie
o katastrofę morską. Jakże bardzo się myliłam, zrozumiałam
chwilę później. Zaproponował mi swoje
dresy i trampki. Miał ze dwa metry w każdą stronę,
a rozmiar buta wielkości bez mała tych płetw,
które mi oferowano wcześniej. Nie mogłam jednak
wybrzydzać. Podwinęłam spodnie i rękawy bluzy,
ale z butami było gorzej. Wpadłam w lekką panikę,
bo za czterdzieści minut powinnam być w domu.
Nie zamierzałam tam przecież nocować. Moje buty
leżały na dnie akwenu i sądząc po materiale, z jakiego
były wykonane, leżą tam pewnie do tej pory.
Przy klubie była niewielka plaża i płot z siatki,
przy którym stało kilka rowerów. Doznałam olśnienia.
Pożyczę rower, pojadę, przebiorę się, załatwię
co trzeba i wieczorem oddam. Przecież oni i tak tam
przesiadywali do ciemnej nocy. Poleciałam do moje-
go „wybawcy” od trampek w rozmiarze czterdzieści
sześć i zapytałam, czy mogę pożyczyć któryś rower.
Zarówno on, jak i „Ogorzały” wyrazili chęć pomocy
i wskazali dwa stojące najbliżej drzwi. Do wyboru —
normalnie eldorado. Szkoda że w kwestiach obuwia
nie było takiego urodzaju. Wsiadłam na niebieski,
bo pasował do dresików i ruszyłam przed siebie. Jakież
było moje zdziwienie, kiedy nagle podbiegł do
mnie kompletnie obcy facet, zrzucił mnie z roweru
w pobliskie krzaki i wrzeszczał jak opętany:
— Złodziejko, oddawaj rower, zara milicję wezwę.
Te buty też pewnie ukradłaś, bo takie jakieś wielkie.
Ci dwaj stali w drzwiach i ryczeli ze śmiechu, jak
zarzynane barany. Przeprosiłam grzecznie, powyciągałam
sobie jakieś liście z włosów i uciekłam. Byłam
zdruzgotana, bo pierwszy raz w życiu coś ukradłam.
Świadomie czy nie, ale fakt pozostał faktem.
Wsiadłam do autobusu, bez biletu, rozczochrana,
w ogromnych butach, i rozmyślałam, jak oddać ciuchy,
żeby nie musieć tam wracać, i jakie życie jest
okrutne. Po jakichś dwudziestu minutach stojący
obok pasażer odwrócił się i głosem pełnym żałości
powiedział do mnie:
— O Boże, ja od dziesięciu minut stoję na pani
nodze i dopiero teraz zauważyłem. Przecież to musi
boleć… Strasznie przepraszam.
Nie mógł wiedzieć, że stopa w owym trampku
kończyła się w połowie buta, więc lekko się zdziwił,
kiedy odpowiedziałam zblazowanym tonem:
— Nic nie szkodzi… Może pan stać dalej.
Do klubu postanowiłam pójść dopiero za rok,
bo po pierwsze zaczynała się jesień, a po drugie miałam
nadzieję, że po takim czasie nikt mnie już nie
rozpozna jako złodziejki rowerów. Ciuchy zawiozła
Julka, po którą potem musiał pojechać mój brat,
bo oczywiście wrzucili ją do wody.

1 komentarz:

  1. Z fragmentu wyłania się bardzo zwariowana bohaterka. Ciekawe. :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku, będzie nam bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza.